Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 678 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS



Zapraszam na Forum Ks. Marka Bałwasa

www.forum.dobreprzeslanie.pl


________________________________________________________________

Młodzi i powołanie.

czwartek, 05 lutego 2009 21:17

Drodzy Maturzyści!

Człowiek jest sam dla siebie tajemnicą, dlatego ważnym zadaniem każdego młodego człowieka jest odkrywanie własnego powołania. Niestety wielu waszych kolegów i koleżanek to ludzie, którzy nie wiedzą ani kim są, ani po co żyją. Oni nie wiedzą, po co się uczą, pracują, zdobywają pieniądze, po co stawiają sobie wymagania, po co nawiązują kontakty, snują plany na przyszłość. Dopiero świadomość ostatecznego celu nadaje sens poszczególnym zachowaniom i działaniom, które podejmujemy. Niektórzy młodzi są aż tak naiwni, że sądzą, iż sensem ich życia jest być młodym, zdrowym i bogatym. Ale przecież także ludzie młodzi, zdrowi i bogaci popadają w alkoholizm czy narkomanię, wchodzą na drogę przestępczości, popełniają samobójstwa. Fakt ten dowodzi, że bycie młodym, zdrowym i bogatym nie jest sensem ludzkiego życia. Może być co najwyżej środkiem do osiągnięcia znacznie ważniejszych celów.

Człowiek, który nie odkrywa Bożego powołania, w myśleniu o przyszłości ogranicza się do wyboru zawodu, do zdobywania pieniędzy, do zaspokojenia potrzeb cielesnych czy szukania dobrego nastroju za wszelką cenę. Taki człowiek może coraz więcej mieć, ale coraz mniej jest sobą. Coraz mniej jest człowiekiem. W coraz mniejszym stopniu jest kimś uczciwym, kochającym, wewnętrznie wolnym. Natomiast coraz bardziej okazuje się zniewolony, zagubiony, bezradny wobec nacisku mody, popędów, rówieśników czy pogodni za iluzją łatwego szczęścia.

Dokument końcowy Kongresu Powołań, który odbył się w Rzymie w 1997 r., mówi, że „przeogromny smutek budzi spotkanie ludzi młodych, nawet inteligentnych i uzdolnionych, w których dostrzega się zgaszoną wolę życia, brak wiary w cokolwiek, niechęć do dążenia do wielkich celów, brak nadziei w świat, który może stać się lepszy, także dzięki ich wysiłkom. Wydaje się, że właśnie młodzi czują się zbyteczni w grze i dramacie życia, zgoła ustępujący wobec niego, zagubieni na przerwanych drogach i spłaszczeni na minimalnych poziomach aspiracji życiowych. Bez powołania, lecz także bez przyszłości lub z przyszłością, która nie będzie niczym więcej niż fotokopią teraźniejszości" (s. 16-17). Tacy młodzi, którzy nie odkrywają swego powołania, czują się niepotrzebni i popadają w najstraszniejszą chorobę, jaką jest obojętność na własny los.

W obliczu tych zagrożeń Bóg nie pozostawia nas własnemu losowi. On wybrał nas i pokochał zanim jeszcze żeśmy się urodzili, zanim pomyśleli o nas nasi rodzice, zanim nas zobaczyli i pokochali. Kochający Bóg przygotował dla każdego z nas konkretny plan życia. Ten Boży zamysł jest dostosowany do naszej historii, możliwości, aspiracji i uzdolnień i stanowi dla każdego szansę osiągnięcia pełni radości. Nikt z nas nie potrafi własną mocą i mądrością wyznaczyć sobie równie głębokiego i fascynującego projektu życia, gdyż nikt z nas nie zna siebie, ani nie potrafi pokochać samego siebie aż do tego stopnia, co Bóg. Tylko On rozumie do końca tajemnicę naszych serc, myśli i aspiracji i tylko On potrafi kochać nas miłością zbawiającą i przemieniającą nas w nowych ludzi: świętych, silnych i szczęśliwych. Dlatego warto słuchać bardziej Boga niż ludzi. Warto też słuchać bardziej Boga niż samego siebie: niż własnego ciała, własnych przekonań, emocji czy marzeń.

Osobiście doświadczyłem tej prawdy wtedy, gdy w klasie maturalnej przyszło mi decydować, jaki sens nadać ostatecznie memu życiu i jaką drogą życiową podążyć. Miałem wtedy mnóstwo planów i aspiracji, związanych zwłaszcza z marzeniem o założeniu szczęśliwej rodziny. Stopniowo jednak zacząłem odkrywać, że Bóg przygotował mi drogę życia kapłańskiego, która przewyższyła moje najpiękniejsze aspiracje i pragnienia. Dlatego odtąd codziennie dziękuję Bogu za Jego zaskakujący pomysł miłości wobec mnie. Dziękuję też sobie samemu za to, że przy podejmowaniu najważniejszych decyzji życiowych bardziej zawierzyłem Bogu niż samemu sobie.

Bóg, który jest miłością i prawdą, wszystkim nam wyznaczył podobne w swej istocie powołanie życiowe. Otóż wszyscy jesteśmy powołani do życia w miłości i prawdzie. To jest powołanie, które wierzący otrzymują wraz z łaską sakramentu chrztu świętego. Nikogo Bóg nie powołuje do życia w samotności, nienawiści, krzywdzie, egoizmie, kłamstwie czy iluzjach.

"Jak świętość jest dla wszystkich ochrzczonych w Chrystusie, tak też istnieje specyficzne powołanie każdego żyjącego; jak ta pierwsza jest zaszczepiona we Chrzcie świętym, tak to drugie jest związane z samym faktem istnienia. Powołanie jest myślą opatrznościową Stwórcy względem każdego stworzenia, jest Jego ideą-projektem, jakby pewnym marzeniem, które jest w sercu Boga, ponieważ los stworzenia leży Mu na sercu. Bóg-Ojciec pragnie, by było ono różne i specyficzne dla każdego żyjącego. Istota ludzka jest w rzeczywistości 'powołana' do życia i, gdy zaczyna żyć, niesie i odnajduje w sobie obraz Tego, który ją powołał. Powołanie jest boską propozycją do zrealizowania się według tego obrazu i jest jedyne, jednostkowe, niepowtarzalne, i dlatego też taki obraz jest niewyczerpalny. Każde stworzenie mówi i jest powołane do wyrażenia jakiegoś szczególnego aspektu myśli Boga. Tam odnajduje swoje imię i tożsamość; potwierdza i czyni bezpieczną swoją wolność i oryginalność" (Dokument Końcowy Kongresu Powołań w Rzymie, s. 21-22). Ojciec Święty Jan Paweł II stwierdza, że „miłość jest podstawowym i wrodzonym powołaniem każdej istoty ludzkiej" (FC, 11).

Wypełnić Boże powołanie to naśladować słowa i czyny Syna Bożego. To w taki sposób odnosić się do Boga Ojca oraz do ludzi na tej ziemi, jak czynił to Chrystus. To najpierw kochać. Kochać Boga nade wszystko, a ludzi ze względu na Boga. Kochać bliźniego już nie tylko jak siebie samego, ale bardziej: aż tak, jak Jezus nas pierwszy ukochał. Zrealizować we własnym życiu Boże powołanie to stać się przedłużeniem słów i czynów Chrystusa, to stać się przedłużeniem Jego obecności na ziemi. To oddać Jezusowi do całkowitej dyspozycji samego siebie, aby poprzez nas Jego serce i Jego ręce mogły nadal obejmować małych i zagubionych, chorych i odrzuconych przez ludzi, słabych i grzeszników.

Aby wierne naśladowanie Chrystusa było możliwe, musimy na co dzień pielęgnować naszą osobistą przyjaźń z Synem Bożym. Życie w obecności Jezusa dokonuje się poprzez słuchanie Jego słowa, poprzez modlitwę, poprzez kształtowanie sumienia, poprzez wypełnianie Bożych przykazań, poprzez sakrament pokuty i trud nawrócenia, poprzez uczestnictwo w ruchach formacyjnych. Miejscem szczególnie ważnym dla odkrycia i realizacji naszego powołania jest Eucharystia. W czasie Mszy św. nie tylko wsłuchujemy się w Słowo Boże i umacniamy się Ciałem Pańskim. Tutaj Chrystus przemienia nas samych, abyśmy stawali się darem miłym Bogu i ludziom, abyśmy stawali się - jak On - połamanym chlebem miłości, złożonym Bogu Ojcu na ofiarę za życie świata. Wierność własnemu powołaniu czerpie się ze źródeł Eucharystii i mierzy się w Eucharystii życia" (Dokument końcowy Kongresu Powołań w Rzymie, s. 39).

Drodzy Maturzyści,

Fakt, że uczestniczycie w tym dniu skupienia świadczy, że jesteście otwarci na Boże powołanie. Część z Was stawia sobie prawdopodobnie pytanie o to, czy Bóg nie powołuje Was do naśladowania Jego Syna w kapłaństwie. Popatrzmy zatem teraz na znaki, jakie towarzyszą powołaniu do kapłaństwa. Kapłaństwo nie jest jednym z praw obywatelskich, które z natury przysługują człowiekowi. Jest ono niezwykłym darem Bożej miłości. Jest Bożym pomysłem. Jest wyrazem troski Boga o człowieka. Jest owocem Bożej łaski. Kapłaństwo jest jednocześnie tajemnicą. Jest tajemnicą spotkania dwóch wolności: wolności Boga, który powołuje oraz wolności człowieka, który odpowiada na to powołanie. Często sam powołany nie jest w stanie do końca wytłumaczyć nawet samemu sobie, jak to się stało, że odkrył on i zrealizował powołanie do kapłaństwa.

Podstawowym znakiem powołania do kapłaństwa jest osobista przyjaźń z Chrystusem. Ktoś, kto nie jest zaprzyjaźniony z Chrystusem, nie może odkryć i zrealizować zamysłu, który Bóg ma wobec niego. Chrystus jest Tym, który powołuje, a Jego glos można usłyszeć tylko w bezpośrednim spotkaniu ze Zbawicielem. Nikt poza Chrystusem nie może nam objawić naszego powołania. Jeśli ktoś z jakiegoś względu nie nawiązał dotąd mocnej, osobistej przyjaźni z Chrystusem, a mimo to ma jakieś przeczucie, że jest powołany do kapłaństwa, to przed podjęciem decyzji o wstąpieniu do seminarium, powinien włączyć się w życie swojej parafii oraz w jakiś ruch formacyjny dla młodzieży, aby pogłębić swoją przyjaźń z Chrystusem i aby mieć szansę na dokonanie wstępnej weryfikacji swojego powołania.

Ten, kto dojrzale odkrywa w sobie powołanie do kapłaństwa, nie przeżywa przez to poczucia wyższości. Rozumie bowiem, że nie zasłużył on na powołanie i że wszyscy inni ochrzczeni, którzy nie otrzymali powołania do kapłaństwa, są także powołani do świętości, czyli do życia w Bożej miłości i prawdzie jako małżonkowie i rodzice, jako siostry czy bracia zakonni, jako misjonarze, jako członkowie świeckich instytutów życia konsekrowanego, czy jako osoby w inny jeszcze sposób służące Królestwu Bożemu na tej ziemi. Po drugie, ten, kto w dojrzały sposób odkrywa w sobie powołanie do kapłaństwa, nie przeżywa buntu, gdyż nie traktuje pójścia za głosem powołania jako rezygnacji z własnej wolności, lecz jako najlepszy sposób skorzystania z wolności, którą obdarzył nas Stwórca. Innymi słowy rozumie on, ze realizacja Bożego powołania nie jest rezygnacją z osobistego szczęścia i realizacji marzeń, lecz stanowi najlepszą drogę do szczęścia i trwałej radości.

Drodzy Maturzyści,

na zakończenie tej refleksji pragnę podzielić się z wami pewnym doświadczeniem. Otóż w czasie moich studiów w Rzymie miałem okazję służyć pomocą duszpasterską w jednej z parafii w pobliżu Wenecji. Oprócz księdza proboszcza, na plebani mieszkał osiemdziesięcioletni kapłan - rezydent. Był to człowiek schorowany, który często narzekał na swój los i okazywał rozgoryczenie. Jego ulubionym tematem rozmów było stawianie pytania: dlaczego przez ponad pięćdziesiąt lat pełniłem posługę kapłańską, skoro teraz jestem osamotniony i skoro nikt z dawnych parafian o mnie nie pamięta? W takich momentach ksiądz proboszcz - Don Francesco - ze stanowczością, a jednocześnie z delikatnością tłumaczył: nie pytaj dlaczego to wszystko czyniłeś. Pytaj raczej o to, dla kogo pełniłeś kapłańską posługę? Jeśli pełniłeś ją dla Chrystusa, z miłości do Niego i do tych, których On postawił na twojej drodze, to nikt nie odbierze ci radości i świadomości, że warto było zostać księdzem. Jeśli natomiast pełniłeś posługę kapłańska dla własnej satysfakcji, albo dla osiągnięcia wdzięczności ludzi, to zawsze pozostaniesz rozgoryczony.

Drodzy Maturzyści! Jeśli chcecie w odpowiedzialny i szczery sposób postawić sobie pytanie o własne powołanie, to niech w ciszy każdy z Was zapyta samego siebie: czy na tyle kocham Chrystusa, że potrafię opuścić wszystko i wszystkich, by pójść za Nim? Czy na tyle Go kocham, ze On mi wystarczy? Dlaczego czy dla kogo myślę o moim ewentualnym powołaniu do kapłaństwa?

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZD/mlodzipowolanie_2003.html

 

Konferencja x. Marka Dziewieckiego wygłoszona do maturzystów w 2003 roku.


Podziel się
oceń
1
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Ks. Edward Staniek- Kazania pasyjne (Śmierć Chrystusa).

piątek, 02 stycznia 2009 18:34

Spotykamy się po raz ostatni, aby razem ze św. Markiem być świadkami śmierci i pogrzebu Jezusa Chrystusa. Odczytując opis męki naszego Zbawiciela według św. Marka, próbowaliśmy dostrzec metody działania zła oraz postawę Chrystusa wobec ataków zła. Trzeba, by w ostatnich minutach życia Zbawiciela, w obliczu cierpień na krzyżu, postawić fundamentalne pytanie: Dlaczego Chrystus zgodził się na tak różnorodne ataki zła, skierowane na Niego? Mógł zginąć śmiercią męczeńską, nie musiał przechodzić przez najróżniejsze formy cierpienia.


Objawić potęgę zła


Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba sobie uświadomić że Chrystus przyszedł na ziemię po to, aby nam objawić z jednej strony wielkość i potęgę dobroci, z drugiej potęgę i metody działania zła. Sam mógł objawić czym jest dobroć, dlatego że sam był czystą Dobrocią. Natomiast nie mógł objawić zła, bo jako, Syn Boga nie może czynić zła. Będąc czystą Dobrocią może uczynić tylko dobro. Nie może uczynić nic złego. Musiałby wtedy poprzestać tylko na nauce o złu, ale wyjaśnienia na temat zła nie ujawnią jego potęgi. W tej sytuacji zgodził się, aby zło zaatakowało Jego. Chciał nam na sobie objawić potęgę oraz wszystkie formy niszczącego działania ze strony zła. Wchodząc zatem w mękę Jezusa Chrystusa, można rozpoznać wszystkie formy działania zła istniejącego na świecie: zdrada, opuszczenie, zwątpienie, zaparcie się, przekupstwo, bluźnierstwo, złośliwość, kłamstwo, poniżenie, upokorzenie, zazdrość itd. To wszystko zostało objawione na Chrystusie. On, będąc czystym Dobrem, zgodził się na to, abyśmy mogli odkryć, jak konkretnie wyglądało zło, grzech. Równocześnie Jezus chciał ukazać, jak człowiek wierny Bogu powinien zachować się wobec zła.


Samotność


Przejdźmy teraz do relacji św. Marka. „A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. O godzinie dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eloi, Eloi, lama sabachthani», to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Niektórzy ze stających obok słysząc to, mówili: «Patrz, woła Eliasza». Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić, mówiąc: «Poczekajcie, zobaczymy czy przyjdzie Eliasz, żeby Go zdjąć z krzyża». Lecz Jezus zawołał donośnym głosem i oddał ducha" (Mk 15,33-37). Św. Marek sygnalizuje ostatnią, najcięższą formę cierpienia - samotność wobec zła. Jak długo człowiek jest jeszcze połączony z kimś, kto go kocha, tak długo potrafi trwać w cierpieniu, w zmaganiu ze złem. Potęga zła jest jednak straszliwa i ciągle zmierza do tego, by człowieka odciąć od tych, którzy go kochają, by wrzucić człowieka do głębokiej studni samotności. Jeśli się to uda, w studni na głowę człowieka bezradnego i bezbronnego, zło może wylać wszelką swoją nieprawość. Ludzie mogą opuścić, ale Bóg nie opuszcza. Są jednak sytuacje, gdy ogrom zła jest tak straszny, iż człowiekowi wydaje się, że Bóg go opuścił. Pamiętajmy, że Chrystus przez trzy godziny wisi na trzech gwoździach, walczy o każdą sekundę swojego życia, walczy cierpiąc. Jest to czas agonii. Każda minuta takiego cierpienia na krzyżu wydaje się wiecznością, a co dopiero, jeśli to są długie godziny. W tej sytuacji, Chrystus przygwożdżony tym strasznym cierpieniem zostaje zaatakowany przez pokusę samotności. Wydaje się, że Bóg Go opuścił. Wówczas sięga do modlitwy starotestamentalnego żyda, ujętej w Psalmie 22: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?".


Zwątpienie


Ostatecznym celem wszystkich ataków zła na człowieka jest zwątpienie w Boga, w Jego Opatrzność, w Jego miłość. Chrystus doświadcza tej pokusy chcąc nam pokazać, że do ostatniego momentu musimy być czujni. On sam nie ulega tej pokusie. Odkąd rozpoczął publiczną działalność, raz po raz odrzucał różne formy pokusy, odnosząc nad nimi zwycięstwo. W tym momencie modlitwą odrzuca pokusę zwątpienia. Słowa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił" są modlitwą, która świadczy o tym, że Jezus wie do Kogo woła. Gdyby zwątpił, to w miejsce modlitwy pojawiłoby się bluźnierstwo.


Stojący obok żołnierze, odpowiedzialni za egzekucję, słysząc Jego słowa doszli do wniosku, że odnoszą się one do Eliasza proroka, który według tradycji żydowskiej miał być wzięty do nieba. Ten Eliasz miał przyjść po raz drugi, dlatego uważają, że Jezus woła przebywającego w niebie Eliasza, aby przyszedł i wybawił Go z krzyża. Podają nawet ocet, który służy do przywrócenia na moment przytomności. Ale Chrystus przytomności nie stracił. Odpowiedzią Chrystusa jest tylko modlitwa. On przeżywa ten ostatni moment po podaniu octu, jako niezwykle świadomy akt oddania siebie w ręce Boga, swojego Ojca. Św. Marek nie przytacza ostatnich słów Jezusa Chrystusa, mówi tylko o donośnym Jego krzyku.


Mesjasz i Syn Boży


Następnie Ewangelista notuje: „Zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: «Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym»" (Mk 15,38-39). Św. Marek pisząc Ewangelię, kładzie nacisk na to, że Jezus Chrystus, będąc na ziemi, ukrył swoją godność mesjańską oraz godność Syna Bożego. Ukrył dlatego, aby nie przerazić zła, bo gdyby objawił się w majestacie swojej potęgi, to zło natychmiast złożyłoby Mu pokłon. Zło nie będzie walczyć z czystym Dobrem, Świętością, z Bogiem. Nawet szatan złoży Bogu pokłon. Aby zło mogło być wolne w działaniu, Bóg ukrył w Jezusie Chrystusie swoją Boską moc oraz godność Mesjasza. Ale ukrycie to było, jak wspomniałem w pierwszym rozważaniu, do czasu. Miała się objawić cała potęga zła atakująca Jezusa Chrystusa. Dopiero z Niego na Golgocie wyzwala się ta potężna Boska moc.


Św. Marek łączy moment śmierci z objawieniem się Bożej potęgi w dwóch wymiarach. Pierwsze to jest zasłona w świątyni, która rozdarła się z góry na dół. Razem ze śmiercią, Jezus Chrystus zaczyna objawiać swoją godność i przemawia prawie natychmiast do kapłanów, do arcykapłanów, oni bowiem byli stróżami miejsca świętego. Tylko arcykapłan, a więc w tym roku Kajfasz, miał prawo wejścia do miejsca świętego, które stanowiło największą świętość dla Izraelitów. Kiedy Chrystus kona, zasłona się rozrywa i nie ma już miejsca świętego. Kajfasz musiał zrozumieć, że stracił sens swojego kapłaństwa, bo to miejsce, którego strzegł i do którego on jeden miał prawo wejść, zostaje udostępnione dla wszystkich. Miejscem świętym staje się Golgota. Tam jest ołtarz, tam jest Najwyższy Kapłan i tam największa i jedyna Ofiara. To jest znak dla świątyni i jej stróżów - kapłanów. O tym mieli się inni dopiero dowiedzieć bo nikt poza kapłanem nie miał możliwości wejścia do miejsca świętego.


I drugie wydarzenie. Setnik, a więc pogański żołnierz, który był odpowiedzialny za ukrzyżowanie, który czuwał nad tym, by gwoździe były dobrze wbite i miał zameldować Piłatowi o śmierci Skazańca, zostaje uderzony łaską. Jemu tuż pod krzyżem Chrystusa objawia swoją godność. On też pierwszy wyzna je: „Zaiste, ten człowiek był Synem Bożym". To jest objawienie dla pogan. Chrystus po swojej śmierci zaczyna ujawniać swoją mesjańską i Boską godność. Mesjańską dla arcykapłana, Boską dla pogan. Kluczowy tekst z punktu widzenia zrozumienia redakcji Ewangelii w ujęciu św. Marka.


Dobro nie walczy - dobro tworzy.


Ewangelista pisze: „Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome. Kiedy przebywał w Galilei, one towarzyszyły Mu i usługiwały. I było wiele innych, które razem z Nim przyszły do Jerozolimy" (Mk 15,40-41). W kazaniach pasyjnych widzieliśmy Chrystusa ciągle w rękach ludzi złych. Zdawało się, że w ogóle nie ma ludzi dobrych. Nie było ich obok Chrystusa. Były tylko ręce i serca złe albo słabe, ulegające złemu. Tymczasem ludzie dobrzy byli blisko, byli w Jerozolimie, obserwowali, co się dzieje, ale przebywali w ukryciu. Tak jest zawsze. Ile razy zło dochodzi do głosu, wtedy dobro ucieka do podziemia, ukrywa się, aby atak zła minął. Kiedy ten ryczący lew pożarł swoją ofiarę, syty krwią nie był już taki groźny, wówczas dobro staje się odważniejsze i zaczyna działać. Dobro bowiem nie lubi walczyć, ono lubi tworzyć. Dobro zajmuje się tym, co słabe; dobro zajmuje się ranami, które trzeba opatrzyć. Dobro nie lubi bezpośredniego starcia ze złem, ponieważ tu na ziemi kończy się to dla niego klęską. I tak też jest pod krzyżem.


„Pod wieczór już, ponieważ było Przygotowanie, czyli dzień przed szabatem, przyszedł Józef z Arymatei, poważny członek Rady, który również wyczekiwał królestwa Bożego. Smiało udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Piłat zdziwił się, że już skonał. Kazał przywołać setnika i pytał go, czy już dawno umarł. Upewniony przez setnika, podarował ciało Józefowi. Ten kupił płótno, zdjął Jezusa z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie, który wykuty był w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył kamień. A Maria Magdalena i Maria, matka Józefa, przyglądały się, gdzie Go złożono" (Mk 15,42-47).


Józef, o którym tu jest mowa, był członkiem Rady, która wydała wyrok na Jezusa. On sam tego wyroku nie podzielał. Najprawdopodobniej nie był zaproszony na Radę, w czasie której podjęto decyzję o śmierci Jezusa Chrystusa. Zdumiewa jego odwaga. Chrystus, jak pamiętamy, umiera jako więzień polityczny, jako buntownik i w tej sytuacji opowiedzenie się po stronie takiego Skazańca, było połączone z narażeniem siebie na różne podejrzenia. Tymczasem Józef z Arymatei śmiało idzie bezpośrednio do Piłata i prosi o wydanie ciała. Odwaga Józefa musi zdumiewać. Żaden z Apostołów, z bliskich, bezpośrednich uczniów. tylko Józef z Arymatei prosi o ciało Mistrza. Piłat dziwi się, że Jezus już skonał i wzywa do siebie setnika. Przed Piłatem, wiadomość o śmierci Jezusa Chrystusa podaje ten, który pod krzyżem wyznał wiarę w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Piłat otrzymuje oficjalnie zapewnienie o śmierci i św. Marek zaznacza, że Piłat podarował Józefowi ciało Jezusa. Podarował! Jeden z największych darów, jaki w ogóle Józef mógł otrzymać.


Opis pogrzebu jest bardzo zwięzły. Złożono Chrystusa do grobu, który był wykuty w skale. Maria Magdalena i Maria, matka Józefa, są obecne przy tym pogrzebie. Czy Chrystus powiedział już ostatnie swoje zdanie? Czy tak ma wyglądać koniec Mesjasza i taki ma być koniec dziejów Syna Bożego na ziemi? Czy faktycznie zło odniosło zwycięstwo? Czy grób to koniec ludzkiego życia? Czy śmierć ma ostatnie słowo tu na ziemi?


Trzeba stanąć przy tym grobie w Wielki Piątek i cierpliwie czekać, bo grób ten przemówi w poranek Wielkiej Niedzieli. Przekonamy się, że zwycięstwo zła było tylko chwilowe, że trzeba było, aby Mesjasz i Syn Boży przeszedł przez tak wielkie poniżenie, aby wejść do swojej chwały. Potrzeba było ze względu na nas. Bóg nie usunął zła z ziemi. Żyjemy w tym świecie, który podlega złu i droga do naszego zbawienia wiedzie przez ten świat. Tak ją wytyczył Chrystus. Nie dziwmy się, jeśli w takiej czy innej formie zło nas zaatakuje. Pozostańmy wierni Chrystusowi, wierni nawet wtedy, kiedy upokorzenie sięga tak daleko, jak dosięgło Jego.


Podziel się
oceń
2
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Kazanie ks. Marka Bałwasa w kościele NSPJ w Turku, 14.09.2008

niedziela, 21 grudnia 2008 20:54

Krzyż...

Ile razy ten znak kreśliłeś na swoim ciele?

Ile razy, od urodzenia do śmierci człowiek ten znak czyni?

Może już uleciało z pamięci jak mama, tata, może babcia albo dziadek brali twoją prawą dłoń i prowadzili ją do czoła, potem do piersi i do dwóch ramion, mówili „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego".

Ile razy w życiu uczyniłeś znak krzyża? A ile razy czynisz go dzisiaj?

Może to jest tylko wtedy, kiedy jesteś w kościele, bo tutaj wszyscy tak robią.

Czasami to wygląda tak dość magicznie... Różne te znaki krzyża robimy. Potem coś tam odmalujesz na czole, też niby to krzyż, ale czy to do krzyża podobne?


Pamiętam jak byłem w tym roku w Ziemi Świętej, gdy byliśmy na lotnisku, dwóch muzułmanów, gdy przyszła godzina modlitwy, wyjmują ze swojej walizki dywanik, rozkładają go w kącie na lotnisku, klękają w stronę Mekki, zdejmują buty, głowę skłaniają do ziemi i w takiej postawie się modlą. Nie patrzą na to, że tłum ludzi na lotnisku, że wszyscy się gapią; nic ich to nie obchodzi, dla nich najważniejsza jest modlitwa, przyznanie się do tego, że ich bogiem jest Allach.

Później, gdy samolot startował, niewielu było tych, którzy uczynili znak krzyża. Dlaczego? Czy to nie są chrześcijanie, katolicy? Wstydzą się znaku krzyża.

A czy ty nie wstydzisz się tego znaku? Kiedy w restauracji, w autobusie, w samochodzie, kiedy uczyniłeś, uczyniłaś znak krzyża? „No co ksiądz oszalał?!"- Nie.

Dzisiaj ludzie powtarzają sobie pytanie jak dać świadectwo, że jestem wierzący, jak mówić o Panu Bogu; bo jak się zaczyna poruszać temat wiary, Jezusa, to zaraz wszyscy patrzą jak na wariata, jakiś nawiedzony, niewiadomo skąd.

Nie musisz wiele robić; uczyń znak krzyża- przeżegnaj się przed jedzeniem w restauracji, przed podróżą- nie wstydź się; bo „Kto się do Mnie przyzna przed ludźmi- mówi Jezus- do tego i Ja przyznam się przed Moim Ojcem; ale kto się zawstydzi Mnie przed ludźmi, tego i Ja wstydził się będę przed Moim Ojcem."


A może te słowa z dzisiejszego czytania dotyczą ciebie- „W owych dniach podczas drogi lud stracił cierpliwość..."- może ty też już straciłeś, straciłaś cierpliwość do Pana Boga- „Panie Boże, już mam Cię dość! Uprzykrzyło mi się to życie! Już mi tak ciężko! Już mi tak trudno! Już mam dosyć, już nie mam siły, już nie dam rady, więcej już nie wytrzymam!"

„I tak szemrali Izraelici przeciwko Bogu. I zesłał Pan Bóg na nich węże o jadzie palącym...", i dopiero zrozumieli że są zależni od Boga, i poszli do Mojżesza- „ratuj nas, zgrzeszyliśmy przeciw Bogu, szemraliśmy". I modlił się Mojżesz, i dał im Pan Bóg węża z brązu, i kto na niego spojrzał zostawał przy życiu.

I dał nam Bóg swojego Syna, bo już bardziej nie mógł nam pokazać, że nas kocha.

Dał nam swojego Syna, który pozwolił się przybić do krzyża zamiast ciebie.

I na krzyżu wisi Jezus, a powinieneś wisieć ty i ja, za nasze grzechy; a wisi Jezus.

Miał tylko jeden jedyny powód dla którego dał się przybić do krzyża- bo tak bardzo ciebie kocha i to miłość Boga do człowieka zaprowadziła go na krzyż, „Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna Swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne."


Każdy z nas niesie swój krzyż. Ludzie często patrząc na mnie na wózku mówią: „O matko, jaki biedny ksiądz, zmarnowane życie..." wtedy głośno naprawdę mówię „Nie!" Ja nie potrzebuję litości, nie potrzebuję użalania się nade mną, ja potrzebuję tylko miłości, normalności, to, czego każdy z nas pragnie, normalnego podejścia do życia.

Każdy z nas ma swój krzyż, dopasowany tylko i wyłącznie do nas, każdy z nas ma swoje własne życie. I nie masz za ciężkiego krzyża, gdyby ci się wydawało że masz najcięższy ze wszystkich, to nie masz najcięższy, (sic!) popatrz na tych, którzy mają gorzej.

Ja, gdy w Internecie zobaczyłem film o człowieku, który się urodził bez nóg i bez rąk, taki się urodził, to gdy popatrzyłem na niego, mówię „O Boże, dziękuje Ci za to, co ja mam", bo ja mam jeszcze sprawne ręce, a ten człowiek nie miał nic, nie miał nóg, nie miał rąk i chwalił Boga, chwalił Boga za to, że dał mu dar życia, że ludzie mogą być dotknięci nawet przez uśmiech, przez jego uśmiech. I wielu ludzi Pan Bóg dotyka także przez mój uśmiech, i może dotknąć przez twój uśmiech, i może dotknąć innych ludzi przez twój znak krzyża, którego się nie będziesz wstydził.


Nie wstydźmy się krzyża, bo tylko pod tym krzyżem, pod tym znakiem Polska będzie Polską, a Polak, Polakiem.


Amen.



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

XX Saletyńskie Spotkanie Młodych- Dębowiec 2007.

niedziela, 21 grudnia 2008 17:44



Przygotować się do przyszłości - x.M.Dziewiecki,

Konferencja ks. Marka Dziewieckiego- "Przygotować się do przyszłości."


Sekta - bombardowanie 'miłością' - o. T.Marjański OP

Konferencja o. Tomasza Marjańskiego OP- "Sekta- bombardowanie miłością."


Spowiedź jest spoko - x.Krzysztof Czech,

Konferencja ks. Krzysztofa Czecha- "Spowiedź jest spoko."

Pliki można pobrać w dziale AUDIO na stronie http://www.spotkania.saletyni.pl/07_in.htm



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

XXI Saletyńskie Spotkanie Młodych- Dębowiec 2008

niedziela, 21 grudnia 2008 17:36

homilia ks. Grzegorza Szczygła MS - Dębowiec 2008  Homilia ks. Grzegorza Szczygła MS


kazanie ks. Artur Ważny, Dębowiec 2008  kazanie księdza Artura Ważnego


kazanie ks. Tomasz Źwiernik - Dziki, Dębowiec 2008 kazanie ks. Tomasza Źwiernika - Dzikiego


Konferencja - Rodzina Laszko z Krakowa, Dębowiec 2008  Konferencja - Rodzina Laszko z Krakowa


konferencja ks.Tomasz Źwiernik - Dziki, XXI-Saletyńskie Spotkanie Młodych, Dębowiec 2008  konferencja księdza Tomasza Źwiernika - Dzikiego


Konferencja Sex jest zbyt piękny... - dr Sylwester Laskowski, Dębowiec 2008  Konferencja dr Sylwestra Laskowskiego- "Sex jest zbyt piękny..."


Przygotowanie do Sakramentu Pojednania w Dębowcu - rok 2008  Przygotowanie do Sakramentu Pojednania


Istnieje możliwość pobrania plików na stronie: http://www.spotkania.saletyni.pl/08_in.htm  w dziale AUDIO.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Niewidomy żebrak Bartymeusz- rozważanie Słowa Bożego (o. Krzysztof Osuch SJ)

sobota, 20 grudnia 2008 17:39

Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Odpowiedział: Panie, żebym przejrzał. Jezus mu odrzekł: Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu (Łk 18,35-43).

Nie tylko Bartymeusz

Rozważając jakiś fragment Ewangelii, mamy szansę przeżyć spotkanie z naszym Panem i Zbawicielem - Jezusem Chrystusem. Tym razem niejako pretekstem do spotkania z Jezusem jest człowiek niewidomy o imieniu Bartymeusz. Łukasz mówi o jakimś niewidomym, a św. Marek podaje jego imię.

Niewidomy Bartymeusz zaznał nędzy życia w stopniu wyjątkowym. Oprócz niewidzenia i biedy doświadczał też gorzkiego smaku lekceważenia i odrzucenia. Czuł się też napiętnowany, gdyż kalectwo według ówczesnych potocznych przekonań żydowskich świadczyło o winie moralnej, jego własnej lub jego przodków. Na widok kogoś takiego - tylko nieliczni okazywali współczucie, zaś większość odwracała głowę i szerokim łukiem omijała nieszczęśnika. Tak było wtedy, podobnie bywa dzisiaj. (Zobaczmy, ile razy w życiu zatrzymaliśmy się przy kimś żebrzącym, by powiedzieć mu dobre słowo jako rodzaj jałmużny cenniejszej od paru groszy).

Wczuwając się w los Bartymeusza, mamy być może chęć wykrzyknąć, że tyle cierpienia na jedną głowę to za dużo! A może mamy ochotę z satysfakcją zdystansować się i powiedzieć sobie, że nasz los nie jest tak marny! W końcu, mamy się dużo lepiej; mamy oczy, nie żebrzemy... Mamy tyle dóbr i zabezpieczeń...

Jeśli jednak popatrzeć głębiej, to okazuje się, że tak naprawdę wszystkie biedy i choroby ciała ludzi opisanych w Ewangeliach - mają swój „odpowiednik" w biedach i chorobach naszych dusz, naszych serc. Tak naprawdę wszystkich nas dotyka w tym życiu jakiś stopień czy odmiana duchowej ślepoty, paraliżu, trądu i głuchoty. A z czasem odkrywamy i to, że nasza duchowa ślepota, paraliż, trąd i głuchota mają swoje źródło w grzechu. A więc w czymś najokropniejszym. Tak, najokropniejszym, gdyż grzech jest zerwaniem więzi z Bogiem, wymówieniem Mu posłuszeństwa i odmówieniem wiary i zaufania do Jego Dobroci, Miłości i Wszechmocy. Tkwiąc w grzechu, odwracamy się od Boga i trwamy zakrzywieni ku sobie (św. Augustyn) i ku samej doczesności.

To dobrze, że cieszymy się zdrowymi oczami ciała i dobrym słuchem, ale i tak mamy powody, by pytać siebie, jak funkcjonują oczy i uszy mojej duszy. I co tak naprawdę widzimy i pojmujemytajemnicy Boga Trójjedynego, z tajemnicy Jezusa Chrystusa? A także z tajemnicy człowieka? Poważne wejście w świat czterech Ewangelii dość szybko uświadamia nam, że wciąż daleko nam do patrzenia i widzenia jak Jezus Chrystus. Czujemy to może najbardziej, gdy konfrontujemy się z Przykazaniem Miłości, tj. z ogromem Miłości zaofiarowanej nam przez Boga i z wielką miarą miłości, którą winniśmy skierować ku Bogu, bliźnim, a także ku sobie samym.

Im dłużej przestajemy z Jezusem, tym bardziej On nas fascynuje i do Siebie pociąga, ale też pokazuje dzielący nas od Niego dystans, gdy chodzi o widzenie wszystkiego tak jak On; postępowanie tak jak On! I radowanie się Bogiem Ojcem jak On!

Nasza żebranina

A co do żebrania - to też nie jesteśmy „lepsi" od żebrzącego Bartymeusza.

Wprawdzie materialnie miewamy się znacznie lepiej niż on... Jednak w sensie duchowo-psychicznym zachowujemy się nierzadko jak żebracy! Zamiast radośnie i bezpiecznie mieszkać w domu Słowa Bożego (zachęcał nas do tego niedawny Synod Biskupów w Rzymie), to siadamy przy drogach bezbożnego świata (epatującego bogatą ofertą technicznej cywilizacji) i żebrzemy...

Co to dokładniej i praktycznie oznacza? - odpowiedzi łatwo znajdziemy sami... Ale trochę naprowadzę. Być może wiele godzin (nierzadko o wiele za dużo) przesiadujemy przed telewizorami, skaczemy z kanału na kanał, oblatujemy z pomocą sieci Internetu pół świata, by znaleźć to, czego nam brakuje do szczęścia... Szukamy i nie znajdujemy. Odczuwamy pustkę, której próbujemy zaradzić w kolejnym czy innego rodzaju „seansie" żebrania.

A są oczywiście różne inne formy żebrania, np. w międzyludzkich relacjach (a może raczej układach), kiedy to za odrobinę uznania potrafimy zapierać się swoich poglądów (religijnych czy nawet politycznych, jeśli są „zbyt" prawe). Czasem z lęku przed niewiadomą reakcją grupy, nie przyznajemy się do wiary i jasnych zasad moralnych. Niekiedy potrafimy komuś schlebiać czy przemilczać prawdę, byle tylko w zamian zyskać trochę aplauzu czy też oszczędzić sobie ryzyka wpisanego w bycie świadkiem poznanej prawdy i Boga nad wszystko umiłowanego.

Powiedzmy szczerze sobie i Jezusowi, jak to jest z naszym widzeniem i ślepotą... I jak bardzo pozorne jest nasze bogactwo... I ile jest w nas odczucia nędzy i form żebrania... Niech nasze braki nie zamykają nam ust i nie onieśmielają, lecz przyprowadzają nas do Jezusa.

Nie wstydźmy się wołać jak Bartymeusz: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

Dotrzeć do Jezusa mimo utrudnień

Warto podkreślić, że Bartymeusz był pozbawiony wzroku i wielu innych dóbr, ale słuch miał dobry. Z otwartym sercem nasłuchiwał, co wokół mówiono o Jezusie. Zasłyszane świadectwa o dobroci i mocy Jezusa wzbudziły w nim niezachwianą ufność. Czekał na sposobność, żeby móc osobiście poprosić Jezusa o ratunek! Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! - Tej okazji nie przepuścił. Nie bał się, że się ośmieszy. Wołał na całe gardło. Wszystko postawił na jedną kartę!

Jego ufna wiara napotkała na wielką przeszkodę. Ewangelista mówi, że ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Tak, ci na przedzie okazali się niewrażliwi na kogoś najbardziej potrzebującego. Im wystarczyło to, że sami są blisko Jezusa. Była to jednak tylko fizyczna bliskość. A poza tym, na razie, dzielił ich wielki dystans od Serca Jezusa, wrażliwego na każde wołanie o pomoc. Na każde, bez najmniejszego wyjątku.

Niewidomy nie dał się zbić z tropu. Lecz jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Użył całej swojej energii, by zostać usłyszanym. Był pewny, że gdy Jezus usłyszy jego prośbę, to na pewno zatrzyma się i pomoże również jemu. Rzeczywiście, Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Tym samym Jezus potwierdził, że przyszedł do tych, którzy źle się mają (Łk 5, 31).

Tylko ci na przedzie uznali, że „przypadek" Bartymeusza jest beznadziejny i nie wart uwagi Jezusa. Potwierdzili oni dziwną prawidłowość, że mianowicie Bóg Ojciec w swoim Synu Wcielonym z wielką miłością szuka każdej owcy zagubionej i z wielką delikatnością zwraca się do źle się mających, zaś my ludzie, będąc niedouczonymi uczniami Jezusa, potrafimy „znakomicie" utrudniać - sobie i innym - dostęp do zbawczej mocy Jezusa.

Jak ja reaguję na trudne sytuacje - własne i bliźnich? Czy nie oceniam ich jedynie z pozycji własnej bezradności? Ile osób uznałem w życiu za przypadki beznadziejne i nic im nie zaofiarowałem? Może ani jednym słowem nie wspomniałem o Jezusie jako potężnym Panu i życzliwym Zbawicielu?

Może przede wszystkim siebie samego traktowałem - jako przypadek beznadziejny? Było tak może wiele lat, że zamiast rozpalać ogień miłości, wiary i zaufania do Jezusa, to poddawałem się smutkowi? Może posuwałem się znacznie dalej w destrukcji własnej osoby, pogrążając się w rozpaczy czy nawet w jakiejś formie targając się na dar życia?

Zrzucić płaszcz

Wymowne i swoiście piękne jest to, że (jak zauważa św. Marek) niewidomy zrzucił ze siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. Uderza jego pośpiech i to, że użył całej swej energii, by jak najszybciej dotrzeć do Jezusa. Można powiedzieć, że mając najlepsze przeczucia, biegł ku nowemu rodzajowi życia, które da mu Jezus...

Nasze wejście w rekolekcje Ignacjańskie ma w sobie coś (a może nawet bardzo dużo) z różnych zachowań Bartymeusza, także tych: zrzucił płaszcz, zerwał się, przyszedł do Jezusa... A zrzucić płaszcz - to (oprócz sensu dosłownego) zrzucić czy porzucić te wszystkie postawy i nawyki, które odwodzą od Jezusa i utrudniają pójście Jego drogą, razem z Nim do Ojca.

Pewną (nawet znaczną) pracę duchową wykonujemy w czasie rekolekcji. Czy jednak narasta w nas gotowość (i troska o to), by także po rekolekcjach (za tydzień, za miesiąc, za rok) zrzucać płaszcz nawyków starego człowieka w nas? Dobrze wiemy (przeczuwamy), że niełatwo jest codziennie rozstawać się z tym, co stary człowiek w nas pamięta jako rzecz przyjemną i korzystną, choć według Dekalogu i Ewangelii wysoce niepoprawną, niemoralną. Św. Paweł powie, że co się tyczy poprzedniego sposobu życia - trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości (Ef 4, 22-24).

Nie jest to łatwe i proste, ale jest możliwe, gdyż mamy wolną wolę, a ta wrażliwa jest i skierowana ku Dobru, ku dobru prawdziwemu. Jezus Chrystus czyni naszą zniewoloną wolę na powrót wolną dla Boga! O pogłębienie wolności człowieka wewnętrznego w nas - gorąco Jezusa prośmy, wołając dziś i często, jak wielu wołało na kartach Ewangelii: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

o. Krzysztof Osuch SJ

Częstochowa, 17 listopada 2008 AMDG et BVMH

 

http://mateusz.pl/mt/ko/ko-nzb.htm


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Ojcostwo czyli wychowująca miłość. (Ks. Marek Dziewiecki)

sobota, 20 grudnia 2008 17:36

W obecnym kontekście kulturowym i ideologicznym dostrzegamy nie tylko kryzys małżeństwa i rodziny, ale w jeszcze większym stopniu chyba kryzys ojcostwa. Czytelnym tego potwierdzeniem jest postawa zwolenników aborcji, którzy traktują nienarodzone dzieci jako prywatną własność kobiety - matki, z zupełnym pominięciem roli i odpowiedzialności mężczyzny - ojca. W tej sytuacji warto przyjrzeć się postawie Boga wobec człowieka. Jego miłość - wierna i odpowiedzialna - stoi u podstaw ludzkiego ojcostwa.


Przypowieść o powracającym synu


Bóg nie zbawia nas w sposób magiczny, ale dlatego, że kocha miłością wychowującą, która nas przemienia. Ten aspekt Bożej miłości ukazuje opowiedziana przez Jezusa historia pewnego ojca i jego syna (por. Łk 15, 11-32). Nazywana jest ona zwykle przypowieścią o synu marnotrawnym. Sądzę, że słuszniej jest nazywać ją przypowieścią o powracającym synu. Nikt z nas nie żyje w doskonałej miłości i posłuszeństwie wobec Boga. Każdy jest w jakimś stopniu odchodzącym synem czy córką. Nie każdy jednak potrafi zastanowić się i wrócić, jak ów syn z przypowieści...


Jezus ukazuje w swoim opowiadaniu ojca doskonałego, który jest symbolem samego Boga-Ojca. Ojciec ten ma dwóch dorosłych synów. Jeden z nich wiernie mu służy, a drugi postanawia odejść. Wierzy, iż poza domem rodzinnym będzie mu lepiej. Kusi go perspektywa "wolności" od więzi i zobowiązań. Ma własny pomysł na to, jak być szczęśliwym. To sytuacja znana wielu matkom i ojcom, których dzieci chcą żyć "nowocześniej", "na luzie". Chcą być szczęśliwi bez stawiania sobie wymagań, które płyną z miłości i prawdy. Podobnie syn z przypowieści oznajmia ojcu, że odchodzi. I tu spotyka nas zaskoczenie, gdyż wydaje się, że ojciec nie próbuje zatrzymać syna mimo, że ogromnie go kocha i że niepokoi się o jego los. Mógłby użyć nacisku, na przykład nie dając mu jego części majątku. Nie czyni jednak tego, gdyż wie, że do miłości i dobra nie da się przymusić. Przymuszać można tylko do zła. Do miłości można jedynie zaprosić własną miłością. Ojciec zrobił wszystko, by syn nie odszedł: kochał.


Syn odchodzi nie dlatego, że ojciec nie potrafił go kochać (wypomniałby to ojcu przy rozstaniu!), lecz dlatego, że podąża za iluzją łatwego szczęścia, opartego na czynieniu tego co przyjemne, a nie tego, co słuszne i wartościowe. Jednak boleśnie przekonuje się, że tego typu "szczęście" jest iluzją. Prowadzi do umierania tego, co w człowieku najpiękniejsze. Aby przeżyć w sytuacji głodu i osamotnienia, błądzący syn godzi się na rolę pastucha świń. Odchodząc od ojca łudził się, że idzie w kierunku wymarzonej ziemi obiecanej. W rzeczywistości zgotował sobie piekło na ziemi.


Dylematy rodziców

 

Co w podobnych sytuacjach czynią rodzice tej ziemi? Zwykle nie wiedzą, w jaki sposób postępować wobec błądzących dzieci i jak je kochać. Niezwykle trudno jest kochać kogoś, kto bardzo błądzi. Większość rodziców kieruje się wtedy emocjami, a nie miłością. U jednych zwycięża rozgoryczenie, a nawet nienawiść. Wycofują miłość. Wyrzekają się syna czy córki. Odmawiają błądzącemu prawa powrotu do domu. Wtedy pozostaje mu już tylko rozpacz. Nawet gdyby uznał swój błąd, to nie ma do kogo wrócić. Inni rodzice popełniają błąd przeciwny: usprawiedliwiają błądzącego. Wynajdują okoliczności łagodzące. Twierdzą, że jest on ofiarą środowiska, mediów, ideologii. Czynią wszystko, by nie cierpiał mimo, że nadal błądzi! W takiej sytuacji syn będzie błądził dalej. Czasem tak długo, aż umrze... Czemu miałby się zastanowić i zmienić, skoro nie ponosi naturalnych konsekwencji własnych błędów?

 

Kochać dojrzale

 

Ojciec z przypowieści nie popełnia żadnego z powyższych błędów. Nawet w dramatycznych okolicznościach kocha w sposób wychowujący, czyli dostosowany do postępowania syna. Nie wycofuje miłości. Jego dom i ramiona pozostają otwarte. Ale też nie próbuje uchronić syna od cierpień, które ten sprowadza na siebie własnym postępowaniem. Ojciec jest bogatym człowiekiem. Mógłby posyłać służących, aby się opiekowali synem i nie pozwolili, by cierpiał głód. Ale wie, że tak postępując, byłby naiwny i nie pomógłby synowi w przemianie życia. Syn zachowa szansę na ocalenie tylko wtedy, gdy będzie cierpiał! Cierpienie, które przychodzi jako konsekwencja własnych błędów, jest dobrodziejstwem, bo otwiera błądzącemu oczy. Pomaga odróżniać dobro od zła. Roztropny ojciec wie o tym i dlatego nie próbuje chronić błądzącego przed zawinionym cierpieniem. Syn wykorzystuje tę szansę i zaczyna się zastanawiać. Uświadamia sobie, że u ojca było mu lepiej. Pod wpływem cierpienia przemienia się w syna powracającego. Rozumie już, że lepiej być choćby sługą u kochającego ojca niż niewolnikiem tego świata czy własnych iluzji o łatwym szczęściu.

Nie jest łatwo wrócić i powiedzieć: "Ojcze, zgrzeszyłem". Powracający syn zasługuje zatem na szacunek. On sam lęka się spotkania z ojcem, ale ku jego zaskoczeniu powrót przemienia się w wielkie święto. Dopiero teraz syn jest zdolny odkryć to, że ojciec nigdy nie przestał go kochać, że codziennie wychodził na drogę i żył nadzieją, iż syn zastanowi się i wróci. I że tylko z tego względu nie próbował go chronić przed cierpieniem. Powracający odzyskuje wszystko: miłość, prawdę i wolność. Odtąd nie będzie wątpił, że ojciec go kocha, ani nie będzie się już łudził, że może być szczęśliwym bez ojca czy wbrew ojcu.

 

http://tato.net/engine.php?attr=c3RyPTQ4MiZnbT0yMyZtaWQ9NjQmbGFuZ2lkPTE=


Podziel się
oceń
1
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Wieczorne rozmowy o. Krzysztofa Oniszczuka (audycja)- Radio Niepokalanów, 6.05.2008.

sobota, 20 grudnia 2008 16:29

Audycja z udziałem x. Marka Bałwasa- Radio Niepokalanów, 6.05.2008



Nagranie audycji o. Krzysztofa Oniszczuka, emitowanej w Radiu Niepokalanów 6. maja 2008 roku.
Gośćmi o. Oniszczuka byli
x. Marek Bałwas i p. Krzysztof Kędziora- wydawca płyty
x. Marka - "W poszukiwaniu prawdziwej miłości... zakochaj się w Jezusie".
Tematem audycji była działalność ewangelizacyjna x. Marka, nowe formy duszpasterstwa młodzieży, poruszono także kwestie związane z przeżywaniem cierpienia i niepełnosprawności. Był również czas na promocję płyty ks. Marka, która ukazała się na rynku wydawniczym w marcu 2008 roku.


Tekst na podstawie: http://www.dobreprzeslanie.pl/?section=home&subsection=wpis&id=15

 
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Przygotowanie do Eucharystii (Diecezjalny Przystanek Jezus- Turek, 27.10.2007).

sobota, 20 grudnia 2008 15:53







x. Marek Bałwas- przygotowanie do Eucharystii (fragment) ( Przystanek Jezus-Turek, 27.10.2007)












Nagranie jest fragmentem przydotowania do spowiedzi i Eucharystii prowadzonego przez ks. Marka Bałwasa w czasie Diecezjalnego przystanku Jezus w Turku, 27. października 2007 roku.



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Rachunek sumienia podczas Diecezjalnego Przystanku Jezus- Turek, 4.10.2008

sobota, 20 grudnia 2008 15:29

x. Marek Bałwas- Rachunek sumienia ( Przystanek Jezus- Turek, 4.10.2008)



Nagranie rachunku sumienia prowadzonego przez x. Marka Bałwasa dla młodzieży uczestniczącej w Diecezjalnym Przystanku Jezus w Turku
4. października 2008.



 
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

Dziś jest pierwszy dzień z reszty twojego życia... chyba, że jest to dzień twojej śmierci...

sobota, 20 grudnia 2008 15:00
Konferencja x.  Marka Bałwasa- XX Ogólnopolskie Spotkanie Młodych, Dębowiec 2007.mp3

Konferencja ks Marka Bałwasa pt. "Dziś jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia, chyba że jest to dzień Twojej śmierci" wygłoszona podczas XX Ogólnopolskiego Spotkania Młodych w Dębowcu w roku 2007. 


"Mieliśmy tylu wspaniałych gości którzy głosili nam konferencje - pierwszym z nich był ks Marek, cudowny człowiek który mówił o wielu sprawach cierpieniu, miłości. Jego życie jest naznaczone cierpieniem ponieważ jako młody kapłan miał wypadek i teraz jest na wózku, bardzo urzekło mnie to co powiedział, że nogi nie są najważniejsze w życiu, najważniejsze jest serce pełne zaufania w Boży Plan Zbawienia wobec każdego z nas.

Ks Marek pieknie mówił nam o miłości - to krótkie wspomnienie z tej konferencji.

" Na jakim czacie jest najwięcej ludzi? Oczywiście, ze na czacie "sex". Czego tam szukają ludzie? Czy seksu? Oczywiście że nie!! Szukają tam Miłości, tylko ze im sie miłość z seksem pomyliła i dlatego tak wiele zranionych ludzkich serc, tak wiele zniszczonych i pogrzebanych związków, bo zamiast miłości dali się splątać grą, która ich wprowadziła w grzech. Ks Marek mówił o trzech rodzajach Miłości: miłość "jeżeli" , miłość "ponieważ" i miłość "kropka". Każdy z nas te rodzaje miłości przeżywał. Miłość jeżeli mówi że jeżeli spełnisz nasze oczekiwania będziesz miła nasza miłość. A najgłupsze jest stwierdzenie że jeżeli mnie kochasz to pójdziesz ze mną do łóżka. To totalny egoizm a nie miłość. Jest także miłość ponieważ. Kocham cię, ponieważ jest ładna, itp. Miłość jakiej każdy z nas pragnie to miłość, która mówi, kocham  Cie " kropka" takim jakim jesteś. Ta właśnie miłość ma źródło w Bogu. Miłość jest piękna jeżeli jest czysta. Ks Marek często powtarzał, że " dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty twojego życia... chyba,że jest to dzień Twojej śmierci. Te słowa poruszają najgłębsze zakamarki serca. Każdy z nas ma do wyboru drogę, może to być droga bólu cierpienia, krzyż tak jak ma swój krzyż ten cudowny człowiek - ale ta droga bólu prowadzi do raju. Krzyż jest elementem nieodzownym ale nagroda jest życie wieczne."


Tekst za: http://szczera-do-bolu.blog.onet.pl/2,ID228261254,index.html

Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Mieszkanie przed ślubem. (Ks. Piotr Pawlukiewicz)

piątek, 19 grudnia 2008 14:05
ks_piotr_pawlukiewicz_mieszkanie_przed_slubem

Konferencja ks. Piotra Pawlukiewicza dla wszystkich młodych (starszych też ;) chrześcijan, a w niej między innymi:
- A B C relacji chłopak-dziewczyna.
- Co jest częstym problemem we współczesnym świecie?
- Co jest zagrożeniem dla młodych par?
- Do czego ma nas doprowadzić czas narzeczeństwa?
- Czy "miłość wszystko usprawiedliwia"?
- Czy potrzeba mieszkać razem by się "wypróbować"?

Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

Ostrożnie ze słowem "kocham". (Ks. Mieczysław Maliński)

czwartek, 18 grudnia 2008 10:27

     Przyszedł do mnie taki wysoki na 1.90 siatkarz z pytaniem, czy bym z nim nie pogadał. Pogadaliśmy.

Prosty: to co w sercu, to i na języku. Dziewczyna odeszła od niego.                               

             - Kochasz?
             - Kocham.
             - Ona ciebie kocha?
             - Mówi, że nie.
             - No dobrze, to teraz. Może z przekory. Ale dawniej? Mówiła ci dawniej, że cię kocha?
             - Nie. Nigdy, nigdy.
             - A ty?
             - Ja szaleję za nią.
             - Nie, ale czy ty jej to mówiłeś?
             - No pewnie.                                                                                                                     

 Zaniepokoiłem się tym wszystkim. Żal mi było chłopaka. Chciałem mu jakoś pomóc. Nic mi nie przychodziło do głowy. Chwyciłem się ostatniej deski ratunku. Powiedziałem:                                         

 - Wacek, pojadę i pogadam sam z tą dziewczyną.                                                                 

 Pojechaliśmy. Pokazał, gdzie ona mieszka, wytłumaczył jak dzwonić. Otworzyła Kazimiera we własnej osobie. Zupełne przeciwieństwo Wacka. Pewna siebie, rezolutna. Przedstawiłem się. Usiłowałem wytłumaczyć moją skomplikowaną rolę. Uwierzyła. Zgodziła się na rozmowę, ale nie od razu i nie w domu. Ustaliliśmy termin. Na pół godziny przedtem przyleciał Wacek. Kazałem mu się ulotnić i przyjść, gdy ona odejdzie. Przyszła punktualnie. Zacząłem w żartobliwym stylu. Powoli przechodziłem na coraz poważniejszy ton: że nieraz widziałem w życiu, jak świetne sprawy kończyły się w głupi sposób, czyli bez powodu. Wtedy ona oświadczyła:                                                                                                                                      

      - Ja go nie kocham.                                                                                                  

 Zaprotestowałem nieśmiało:

    - Ale pani spotykała się z nim. To jakoś zobowiązuje. Chłopcu mogło się w głowie zawrócić.                                            

    - Tak, ja wiem, że on mnie kochał. Powtarzał to do znudzenia. Nie tylko zresztą w cztery oczy. Wszędzie naokoło pokazywał mnie jak małpę w klatce, przedstawiając mnie komu trzeba i komu nie trzeba: "Moja dziewczyna". Mam tego już dość.

     Nie wolno powiedzieć za wcześnie człowiekowi ukochanemu słowa: kocham. Pod groźbą utraty jego miłości. Natychmiast, żeby nie było wątpliwości, jakiej wagi jest to stwierdzenie, natychmiast powtarzam: w momencie, gdy powiesz za wcześnie drugiej stronie słowo: kocham, przegrywasz - miłość się skończyła.

     Zdawałoby się, że zagadnienie zostało postawione na głowie. Spróbujmy wobec tego to udowodnić, a przynajmniej wyjaśnić. Taki jest już człowiek, że chce być posiadaczem, właścicielem rzeczy i ludzi. Chce mieć już kolejną sprawę z głowy: jako zdobytą, i iść dalej walczyć i zdobywać. A z drugiej strony, taki jest już człowiek, że nie chce być posiadany: nie chce być rzeczą, przedmiotem, który się ma. I gdy tylko spostrzeże, że ktoś uzurpuje sobie do niego prawo, ruchem samoobronnym odcina się od niego, zamyka się przed nim, ucieka od niego, broni się.

     Jeżeli mówisz za wcześnie ukochanemu człowiekowi słowo: kocham, on stwierdza, że cię już ma. stajesz się dla niego rzeczą. Nie dość na tym, on zaczyna cię unikać, bo czuje się zagrożony, w strachu, byś nim nie zawładnął. A w związku z tym likwiduje miłość ku tobie, która może w nim już była bardzo rozbudowana. Jak widzisz, w tym wszystkim chodzi mi nie tylko o ciebie - że ty nie będziesz kochany, ale o drugą stronę również - żeby ona mogła kochać.

     Nie chodzi o deklaracje słowne. Jak dziewczyna, zobaczywszy obiekt swojej miłości, wybałuszy oczy, jak zacznie się słaniać, to już nie musi mówić, ona już powiedziała, zdradziła się. Ale to nie tylko dziewczęta. To się w równej mierze zdarza chłopcom. Stąd prośba: na widok dziewczyny - obiektu twojej miłości, nie łap się ściany, boś przegrał sprawę z punktu; przegrałeś batalię. Jak się za wcześnie wysypiesz, przepadłeś, jesteś przegrany, bo ona cię odfajkowała: jeszcze jeden ustrzelony.

     A więc - spytasz - nigdy mi nie wolno powiedzieć tego słowa: "kocham"? Tak, ale tylko wtedy, i tylko o tyle, gdy ta druga strona dorosła do przyjęcia tej wiadomości, gdy na to czeka, gdy ty jej to samo słowo, z którym już już chce się do ciebie zwrócić, z ust wyjmujesz. Najbardziej idealnie byłoby, gdybyście to powiedzieli równocześnie i tyle samo. A więc w praktyce ma być tak: ty tylko pójdziesz o punkt wyżej pod tym warunkiem, że on, ona pójdzie o punkt wyżej. Bo chyba zgodzisz się, że miłość to jest sprawa nie tylko twoja, ani nie tylko twojego partnera, ale sprawa wspólna i nie wolno ci postępować samowolnie.

Ks. Mieczysław Maliński


Podziel się
oceń
1
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Homilia księdza biskupa Stanisława Stefanka TChr, wygłoszona podczas Mszy św. na IV Światowym Kongresie Rodzin "Rodzina wiosną dla Europy i świata" (Warszawa, 13.05.2007).

czwartek, 18 grudnia 2008 10:23
Bardzo nam drogi Księże Biskupie Tadeuszu, przewodniczący świętego zgromadzenia, drodzy Bracia Kapłani, umiłowani Bracia i Siostry, uczestnicy kongresowego spotkania.


1. Bogata w dary z nieba jest dzisiejsza liturgia Eucharystii, dlatego że mamy wiele punktów odniesienia i wiele źródeł, z których możemy korzystać, aby czerpać światło dla naszego rozważania. Jesteśmy w sposób szczególny złączeni duchowo z Ojcem Świętym Benedyktem XVI, który nawiedza apostolsko Brazylię i dzisiaj kończy pielgrzymkę do Ameryki Łacińskiej. Jesteśmy razem z Kościołem polskim, szczególnie zgromadzonym w Krakowie przy grobie św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Tam też metropolita Warszawy ks. abp Kazimierz Nycz i wielu przedstawicieli Episkopatu zgromadziło się na wspólnej modlitwie.
Przeżywamy czas paschalny, VI niedzielę wielkanocną. Wprowadził nas w ten czas swoim słowem przewodniczący tej liturgii ksiądz biskup. Przeżywamy 90. rocznicę objawień fatimskich, a także dzień 13 maja, przy którym zatrzymamy się w sposób szczególny, dzień z 1981 roku. Najczęściej mówimy: zamach na Ojca Świętego Jana Pawła II, a trzeba powiedzieć: cudowne uratowanie Ojca Świętego dla pełnienia misji Namiestnika Chrystusowego. Trzeba dodać, iż jest to również dzień powstania Papieskiej Rady ds. Rodziny, a także data erygowania Instytutu Jana Pawła II przy Uniwersytecie na Lateranie, Instytutu poświęconego studiom nad małżeństwem i rodziną.
Wreszcie nasze zgromadzenie kongresowe - IV Światowy Kongres "Rodzina wiosną dla Europy i świata". Wpisuje się ten Kongres w tradycję światowych kongresów, które wypełniły rzeczywistość odważnym głoszeniem prawdy o rodzinie. Wpisujemy ten kongres w wydarzenie, które w tej Sali Kongresowej zadziwiło nas wszystkich w 1994 roku. Na tej sali i na tej scenie sprawował Eucharystię Prymas Polski, wielu biskupów i wielu kapłanów. W tym gmachu przez cztery dni modlono się przed Najświętszym Sakramentem tak, jak to się dzieje w czasie tego kongresu.
Były także inne spotkania, które budziły nadzieję naszych serc, spotkania na terenach, które dawniej należały do Związku Radzieckiego, a w tej chwili przyjmują coraz bardziej otwartym sercem Ewangelię rodziny. Wspominamy także kongresy pastoralne związane ze Światowymi Spotkaniami Rodzin. Ojciec Święty Jan Paweł II zapoczątkował, Benedykt XVI kontynuuje te spotkania, które odbywają się co trzy lata, najbliższe w Meksyku. Każde spotkanie jest poprzedzone kongresem pastoralno-teologicznym. Na kongresach tych skupiamy się przede wszystkim na modlitwie, tu wypowiadamy słowa prawdy, tu są prelekcje, dyskusje, referaty. Wreszcie tu rodzi się środowisko, są spotkania indywidualne. Taka jest bogata chwila, którą w tym momencie przeżywamy.
2. Czas paschalny
W dzisiejszej Ewangelii Jezus zapowiada zesłanie Ducha Świętego - Boska pieczęć miłości! Duch Święty dlatego jest Pocieszycielem, że niesie prawdę i ożywia ludzkie serca. Jest to zapowiedź wypełnienia programu, który przyniósł Chrystus Zbawiciel i który przekazywał stopniowo uczniom, a przez nich całemu światu. W programie tym układają się kolejno cztery słowa: przykazanie, miłość, pokój, radość. Powtórzmy jeszcze raz streszczenie dzisiejszej Ewangelii. Przykazanie, norma, ład, moralność, etyka - to słowa, które nie zawsze znajdują poklask we współczesnej rzeczywistości. A jest to warunek, ażeby mogły zabrzmieć następne słowa: miłość, abyśmy mogli mieć nadzieję na to spotkanie świata, które rodzi się w pokoju, abyśmy mogli korzystać z owoców pokoju, przeżywać radość życia, radość istnienia, radość mieszkańca ziemi. Tak paschalnie Jezus dzisiaj wysyła nas na świat i taki program nam wyznacza.
Mamy w dzisiejszej liturgii bardzo realistyczny drugi obraz, według którego ten program będzie szedł przez świat: droga od Jerozolimy, od Antiochii, od pierwszych wielkich wspólnot i przez pierwsze trudności. Starła się podwójna tradycja: ta rdzenna - judaistyczna, z nową tradycją wywodzącą się ze środowisk pogańskich. W tym miejscu pojawiły się poważny znak zapytania i poważne napięcia społeczne. Znalazł też Duch Święty rozwiązanie dla tych napięć i dla tych pytań. Zgromadzono starszych, zwołano apostołów. Od tego momentu wywodzi się tradycja soborów powszechnych, które towarzyszą Kościołowi w jego realiach, w jego posługiwaniu światu, często nawet bardzo skłóconemu.
Wreszcie ostateczne rozwiązanie. Wspaniała wizja z Księgi Objawienia - Apokalipsy. Miasto Święte, Miasto, które zbudowane jest tak, jak jesteśmy przyzwyczajeni budować miasta, a z drugiej strony, zaskakuje nas brak świątyni i brak światła w tym Mieście. Dlaczego nie ma świątyni? Dlaczego nie ma światła? Tak podstawowych funkcji organizujących życie miasta? Bo Pan jest z ludem, On jest światłem i On swoją świętością zamienia całe miasto na świątynię, objaśnia całe miasto blaskiem swojego światła. Całe miasto jest świątynią, nie ma sektorów wydzielonych tylko dla kultu czy modlitwy. Nie dziwi nas, że ta sala, która ma w swojej historii bardzo różne wydarzenia, często dalekie od Boga i modlitwy, zamienia się w świątynię. Całe społeczeństwo, cały świat jest świątynią Boga.
Wizja Apokalipsy nie jest tylko obrazem wytworzonym w ludzkiej wyobraźni. Jest zapowiedzią przyszłości, jest najbardziej realnym dekretem Boga, który już dzisiaj umacnia naszą nadzieję ostatecznym rozwiązaniem wszystkich problemów.

3. Zatrzymajmy się teraz nad tym dniem, który nazwać możemy ogólnie "13 dzień maja", oczywiście w szczególnym nawiązaniu do 1981 roku. Spójrzmy na rodzinę w kontekście tamtego maja z czterech punktów: rodzina zaatakowana, rodzina, która wymaga światła prawdy, rodzina, która oczekuje na argument cierpienia, rodzina, która jest wiosną narodów.
Najpierw rodzina zaatakowana. Dlaczego? Zawsze znajdą się odpowiednie siły, które chcą panować nad światem. Dawniej podbijanie świata polegało na zabijaniu synów ludzkich przez wojnę. Ten, który więcej zabił, miał szansę panowania. Poszły do przodu różne dziedziny ludzkiego życia, między innymi nauka, ale też organizacje społeczne. Nie trzeba więc zabijać dorosłych synów ludzkich. Wystarczy zabić macierzyństwo, zniszczyć ojcostwo. Macierzyństwo można zabić przez atrakcyjne ukazanie antykoncepcji i bardzo niewinne opisywanie zabijania nienarodzonych, aborcji. Można na przedpolu rozwoju ludzkiego zaatakować człowieka. A ojcostwo? Przede wszystkim przez odciągnięcie ojca od bardzo ważnej jego roli rodzinnej, przez przestawienie mężczyzny na działanie zawodowe, nawet niewolniczą pracę. Przez ambicjonalne wyprowadzenie go z domu, który dla ojca może być przedstawiany jako niewola, i oderwanie go od wydawałoby się monotonnych zajęć rodzinnych. Wreszcie trzeci sposób atakowania rodziny, który dzisiaj świat wymyślił, to zabijanie samego małżeństwa. To jest rozbicie nie tylko więzi przez rozwody, przez wolne związki, ale postawienie znaku zapytania nad samą definicją małżeństwa. Stąd też nagłaśnia się program pozbawiony zdrowego rozsądku i tak bardzo upokarzający ludzi. Poważni mężowie stanu w prywatnych rozmowach za głowę się chwytają, mówiąc: ja byłbym za homoseksualizmem? Ale w tej chwili reprezentuję Polskę, a żeby Ojczyzna unikała ciosów międzynarodowych, muszę uśmiechać się do środowisk homoseksualnych. Zachowanie pozbawione nie tylko rozsądku, ale ubliżające człowiekowi, a zwłaszcza ludziom, którzy reprezentują oficjalne autorytety i urzędy. To jest sposób na panowanie nad światem. Stąd rodzina jest tak bardzo zaatakowana.

4. Rodzina potrzebuje światła prawdy, i to całej prawdy o człowieku. On, człowiek, jest autonomiczny w swojej osobie, niepowtarzalny. Dlatego potrzebuje opisu, który uzbrojony będzie w nowoczesne narzędzia naukowe, równocześnie unormowania prawne, a także uczciwie będzie objaśniany medialnie. Takiej obsługi potrzebuje człowiek jako jedność, wewnętrznie spójna jedność psychofizyczna. Stąd wszystkie szczegółowe dyscypliny, które obsługują potrzeby ludzkie, nie mogą w żadnym wypadku rościć sobie pretensji do opisywania i przedstawiania całego człowieka. To są bardzo potrzebne służby specjalistyczne, ale muszą wiedzieć, że one są tylko na usługach osoby ludzkiej.
Pojawia się w tej chwili od czasu do czasu takie dobrotliwe przyzwolenie np. ze strony władz czy to edukacyjnych, czy ogólnie politycznych: zezwalamy na wykład teologii na uniwersytecie, a nawet na wydział teologii. Będziemy także do szkoły średniej powracać z nauczaniem elementów filozofii. To nie są gesty łaskawej dobrotliwości władców tego świata, tylko elementarny wymóg uczenia zdrowych relacji międzyludzkich. Objaśnienie człowieka światłem wiary i nauczenie go zdrowego rozsądku nie jest luksusem, tylko warunkiem istnienia społeczeństw. Dlatego światło prawdy należy się rodzinie.

5. Argument cierpienia. Rodzina wymaga dosyć często tego argumentu. Już w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju zapowiedziano, że życie będzie kosztować trudy noszenia go pod sercem - w trudach będziesz nosić dziecko, a w bólu będziesz je rodzić. W ten sposób miłość małżeńska skojarzona jest z potwierdzeniem tej miłości - jej owocem: dzieckiem - bardzo poważnym i bardzo potrzebnym argumentem.
Dzisiaj nawet różne głosy nauki, zwłaszcza psychologii, wołają o to, by nie uwalniać łatwo matki z bólu rodzenia. Wyjaśniają w sposób eksperymentalny i naturalny potrzebę budowania więzi między matką a dzieckiem, między ojcem a dzieckiem w oparciu o poród - to wydarzenie trudne, ale przecież paschalne. Jan Paweł II dał nam bardzo prostą interpretację: kobieta, gdy rodzi, cierpi, a potem przeżywa radość, bo człowiek się stał. To jest zapowiedź Chrystusa z Ewangelii, a Ojciec Święty Sługa Boży Jan Paweł II powiedział: jest to paschalne wydarzenie między Wielkim Piątkiem a Niedzielą Zmartwychwstania.
W takim kontekście chcielibyśmy przeczytać wszystko, co kroniki i późniejsze interpretacje przekazują nam o dniu 13 maja z 1981 r., o wielkim cierpieniu Ojca Świętego. Również w świetle tajemnicy fatimskiej, w komentarzu trzeciej tajemnicy. Spotyka się dzisiaj mnóstwo różnych informacji. W ogromnym skrócie próbuję je zasygnalizować, byśmy mieli dostęp do wszystkich świateł, które Bóg zapala przed naszym sercem. Powtórzyła się scena z 1981 r. w Roku Rodziny - 1994, gdy Ojciec Święty wrócił ze szpitala po długiej chorobie, po długim cierpieniu. Powiedział z okna Pałacu Apostolskiego, skomentował wyraźnie: jest Rok Rodziny, rodzina potrzebuje cierpienia Papieża, bo Papież rozmawia z wielkimi tego świata, gdy brakuje innego argumentu, mówię im: Papież cierpi za rodzinę.

6. Rodzina jest wiosną narodów. Bardzo szybko doszliśmy do rozeznania skutków przekreślenia rodziny. Te eksperymenty, o których mówiliśmy wyżej, a które odezwały się w szczegółach w trakcie tego kongresu, eksperymenty przeciwko człowiekowi i rodzinie, nie kazały długo czekać na owoce swojej zbrodniczej i antyludzkiej działalności. Mówi się nawet, że załamanie się demografii i całkowite rozbicie rodziny należy traktować w kategoriach katastrofy nuklearnej. Jest to zagrożenie globalne, jeśli miałoby się rozszerzyć. Dlatego też dla ratowania świata sięgamy do rodziny.
Rodzina była rzeczywistością tak prostą i tak - można by powiedzieć - niezauważalną, jak sam człowiek, mieszkaniec tej ziemi, jak światło, jak powietrze. Rody stanowiły miejsce przekazywania prawdy, przez tradycję uczono najbardziej podstawowych zasad życia. Rody też przechowywały w sobie prawidła władania ziemią, dzielenia się owocami ziemi, a także patronowały sprawowaniu władzy nad dobrem wspólnym. Gdy zepchnięto rodzinę w sferę prywatności, aż do całkowitego zaprzeczenia jakichkolwiek praw publicznych, pojawiły się nowe inicjatywy właśnie w odpowiedzi na te zagrożenia. Oczywiście, jest to odpowiedź Ducha Świętego, który czuwa nad ludzką słabością i wysyła proroków.
Najpierw w sferze nauki podjęto poważną pracę badawczą na poziomie akademickim. Chociażby wczoraj cytowany, a od samego początku na tym Kongresie bardzo obecny śp. ks. abp Kazimierz Majdański, fundator i twórca wewnętrznie spójnego programu, który nie tylko służy dzisiaj jako model, ale również formalnie został przyjęty przez wszystkie instancje dozoru akademickiego. Jest wpisany do rejestru kierunków nauk o rodzinie. Powstały instytuty, programy stworzone przez obrońców życia, powstały różne wspólnoty odnowy ewangelicznej życia rodzinnego. Chociażby nasz polski program - Kościół Domowy, Ruch Światło-Życie. Dzieło zrodziło się przez pracę ewangelizacyjną Sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego. Objawia się dynamika Ducha Świętego wcielona w konkrety serc mężczyzn, kobiet, ojców, matek, dzieci.

7. Wreszcie ta organizacja, w której uczestniczymy. To są kongresy, to są "nowe rody". Powstają nowe środowiska. Kongresy to taka paschalna inicjatywa, to nowe miasto Jeruzalem. Dlaczego? Bo spotkania te wydobywają z głębi serca to, co jest naszą wielką potrzebą, są okazją objawienia serc tak po stronie mówiących, jak i po stronie słuchaczy. Gromadzą się, dzielą się doświadczeniem serca ludzkie, wdzięcznie przyjmują dar doświadczenia.
Na kongresach mamy bardzo szeroką płaszczyznę spotkań międzynarodowych i międzykulturowych. Można by powiedzieć, że jest to oferta, z którą łatwo dajemy sobie radę nawet przy barierach językowych. Współczesnemu człowiekowi - zagubionemu, podzielonemu, kuszonemu rozmaitymi nacjonalizmami i innymi źródłami nienawiści międzyklasowej rodzina zaproponowała płaszczyznę szerokiego spotkania. Kongres jest zwornikiem, jest symbolem tego spotkania.
Jest to także szeroka płaszczyzna spotkania międzyreligijnego. Głoszenie prawdy o rodzinie może być nazywane prekatechezą, preewangelizacją. Na tym fundamencie, który jest zapisany w zdrowym sercu mężczyzny i kobiety, matki i ojca, dzieci i rodziców, na tym fundamencie można nauczyć się elementów najgłębszej teologii, przechodząc potem do źródeł Objawienia. Tak Bóg przewidział, tak obraz Jego ukazany w rodzinach na całym świecie jest dostępny dla każdego jako pierwsze czytanie obecności Boga.
W Mieście, gdzie nie ma świątyni i nie ma światła, bo jest tylko Bóg - można to zadanie poszerzyć - w tym Mieście jest rodzina. Tam, gdzie jest zdrowa rodzina, tam jest przyszłościowe, rozwojowe budowanie miasta.
Pokój zostawiam wam, pokój mój wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka.
Rodzina wiosną dla Europy i świata. Amen.


Tekst: www.naszdziennik.pl, Sobota-Niedziela, 19-20 maja 2007, Nr 116 (2829)

 


Podziel się
oceń
1
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

Bartymeusz- medytacja Słowa Bożego. (José H. Prado Flores)

czwartek, 18 grudnia 2008 10:15

„Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem [Jezus] wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać:

 <Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!>

Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał:

<Synu Dawida, ulituj się nade mną!>

Jezus przystanął i rzekł: <Zawołajcie go!>

I przywołali niewidomego, mówiąc mu:

<Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.>

 On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego:

<Co chcesz, abym ci uczynił?>

Powiedział Mu niewidomy: <Rabbuni, żebym przejrzał.>

 Jezus mu rzekł: <Idź, twoja wiara cię uzdrowiła.>

 Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą."

 

 (Mk 10, 46-52)??


 

Przed świętem Paschy tłumy podążały do Jerozolimy. Także Jezus ze swymi uczniami spieszył się, aby zdążyć na czas. Zbliżała się godzina Jego męki i zmartwychwstania.

 Także dzisiaj Jezus jest pośród nas i również się spieszy.

Jednak twój okrzyk wiary może sprawić, że Pan zatrzyma się przed tobą.


WSTAŃ
Zapewniam cię, że Jezus spogląda teraz na ciebie i mówi te same słowa, które wypowiedział wówczas: <Zawołajcie go>. W Ewangelii czytamy, że ludzie zawołali niewidomego i powiedzieli mu: <Odwagi! Podnieś się, wstań, woła cię. To jest bardzo dobra nowina! Usłysz ją.>

 Jezus cię woła, Jezus chce się tobą zaopiekować. On wysłuchał twojego wołania. Odwagi! Nie możesz już siedzieć przy drodze. Wstań! On cię wzywa, Słowo Boże cię woła.


ODRZUĆ
A teraz posłuchaj, co mówi to Słowo: Bartymeusz zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. Zrzucił z siebie płaszcz. Ten niewidomy żebrak miał płaszcz, gdy było mu zimno, przykrywał się nim. Płaszcz był dla niego czymś bardzo cennym, prawdopodobnie całym jego dobytkiem. A tu Bartymeusz odrzuca swój płaszcz! Dlaczego? Bo chce szybko iść do Jezusa. Idąc do Niego, nie mówi: <No dobra, idę.> Nie! On chce biegiem ruszyć do Jezusa!
Jak wielu z nas idzie do Jezusa powolutku? Może dlatego, że nie odrzuciliśmy swoich <płaszczy>? Ten płaszcz jest taki ciężki, że trudno w nim szybko chodzić. Może to jest grzech? Może to niewłaściwe podejście do życia? Nienawiść lub żal? Może to sytuacja grzechu, która jest w twoim życiu? Każdy z nas ma <płaszcz>, który musi odrzucić, aby przybiec do Jezusa.


PRZYJDŹ
Do Niego nie wystarczy przyjść, trzeba przyjść szybko. Gdy Bartymeusz przyszedł do Jezusa, ten zapytał: <Co chcesz, abym ci uczynił?> Innymi słowy, powiedział mu: <Ja mam wszelką moc na niebie i na ziemi. W moim słowniku nie istnieje słowo niemożliwe. Wszystko jest możliwe dla Mnie. W szczególny sposób dla Mnie jest możliwe to, czego ty nie możesz. Jeśli nie możesz kierować swoim życiem, jeśli masz jakiś problem, którego nie umiesz rozwiązać. Ja jestem tutaj, stoję naprzeciwko ciebie. Czego pragniesz, Bartymeuszu?>

To jest czek inblanco. Jezus podpisuje ten czek i mówi ci: <Napisz to, czego pragniesz.>

To pytanie Jezus zadaje dzisiaj tobie i mnie. Dlatego na chwilkę zamknij oczy i posłuchaj tego Słowa, które jest czekiem Jezusa. Jezus mówi: <Ja mogę wszystko, ja jestem Panem, ja jestem Synem Dawida. Co chcesz, abym ci uczynił?>

Odpowiedz sobie w sercu na to pytanie


POPROŚ
A teraz oddaj Panu swoją ślepotę i znużenie, to, że wolałeś siedzieć przy drodze w poczuciu bezsensu, użalając się nad sobą... Masz przed sobą życiową szansę! Ale Jezus spieszy się do Jerozolimy, aby tam wypełnić wolę Ojca na krzyżu ? więc wykorzystaj ten czas. Jezus przechodzi, jest przed tobą, trzyma w dłoni czek inblanco. Odpowiedz Mu.


UWIERZ
W Ewangelii czytamy, że niewidomy wykrzyknął <Rabbuni>. To znaczy <Mistrzu>, a mistrz to ktoś, kto uczy mnie żyć. Tym samym Bartymeusz przyznaje, że Jezus jest Mistrzem, który uczy nowego sposobu życia, zgodnego z Jego Ewangelią. Ale <Rabbuni> oznacza nie tylko <Mistrzu> oznacza <mój Mistrzu>, <mój jedyny Mistrzu>. Bartymeusz mówi tym samym do Jezusa: <Ty jesteś jedynym nauczycielem, który nauczy mnie jak żyć. Nie chcę, żeby ktokolwiek inny uczył mnie życia, tylko Ty, Jezu! Wyznaję Ci dziś: Ty jesteś moim Mistrzem.> Taka jest wiara Bartymeusza. Ty też masz teraz możliwość wyznać swoją wiarę. Święty Paweł mówi, że jeśli uwierzysz w sercu i wyznasz ustami, że Jezus jest Panem, że jest jedynym Mistrzem, to możesz otrzymać doświadczenie zbawienia przez Jezusa. Chcesz doświadczyć zbawienia teraz? Ale to oznacza, że musisz zrezygnować z każdego innego mistrza, z każdego innego środka zbawienia.


IDŹ
Potem Bartymeusz mówi: <Chcę widzieć, Jezu. Chcę widzieć drogę, widzieć kolory, twarze moich przyjaciół, dzieci, niebo. Przywróć mi wzrok>. AJezus mówi: <Idź.> Zaraz, zaraz, przecież Bartymeusz chciał widzieć! Atu Jezus nie mówi: <patrz>, tylko: <idź>. W tej chwili dochodzimy do sedna tego cudu Jezusa. Cudem nie jest to, że Bartymeusz odzyskuje wzrok. Cudem jest, że on może teraz iść! Jego życie odnalazło cel i sens. Teraz Jezus mówi te słowa do ciebie: <Ty też masz cel swojego życia. Twoja wiara cię uzdrowiła.>
W Ewangelii czytamy, że niewidomy natychmiast odzyskał wzrok i szedł drogą za Jezusem. Przedtem siedział przy drodze. Chorobą było jego znużenie, apatia, brak nadziei. Teraz Bartymeusz ma drogę, którą może pójść. Wcześniej nie miał dokąd iść, teraz idzie do Jerozolimy, tam, gdzie Jezus wypełni wolę Ojca. Bartymeusz również ma cel, jest nim pełnienie woli Boga.


A teraz to, co najpiękniejsze. Bartymeusz dotąd nie miał z kim iść. W tej chwili nie jest już samotny i odizolowany. Idzie do Jerozolimy z Jezusem! Z Nim wypełnia wolę Ojca. Jezus jest jego Przyjacielem, jego drogą, jego życiem. Czy poprosiłeś już Jezusa, aby stał się i twoim Przyjacielem?


Rabbuni! Jezu! Ty jesteś moim Mistrzem, moim jedynym Mistrzem.
Jedynie Ty uczysz mnie jak żyć zgodnie z Twoim Słowem.
Dzisiaj, Jezu, odrzucam wszelkich innych mistrzów w moim życiu.
Wyznaję Ci, że od dzisiaj na zawsze Ty będziesz moim jedynym Mistrzem
? i nie chcę iść za nikim innym, tylko za Tobą. Amen.



José H. Prado Flores


****


Pytanie „za Kim pójdziesz?" jest o tyle ważne, że zdarza nam się często zdobyć na spowiedź przy okazji świąt a potem „siedzieć przy drodze"... jak Bartymeusz „czekając na kolejne święta."



Podziel się
oceń
2
1

Tylu zabrało głos... (6) | Powiedz coś...



PORTAL KATOLICKI




Portal chrześcijański Angelus.pl

wtorek, 17 października 2017

Wędrowcy...:  377 725  

A czas płynie...

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Żebym wiedziała czy warto było...






Zobacz co sądzą inni...

Strony, które gorąco polecam.

Duszpasterstwa akademickie

Fundacje i Organizacje Pożytku Publicznego

Katolickie rozgłośnie radiowe

Masturbacja, pornografia i inne zagrożenia dla Miłości i czystości

Muzyka

Parafie

Prasa katolicka

Strony i serwisy katolickie

Warto posłuchać, warto przeczytać, warto zobaczyć...

Zgromadzenia zakonne

ekumenizm.pl


Szukaj a znajdziesz...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Tylu zatrzymało się na chwilę...: 377725
Tyle już powiedziałam...
  • liczba: 567
  • komentarze: 1656
Tyle już pokazałam...
  • liczba zdjęć: 202
  • komentarze: 59
Ad urbe condita...: 3706 dni

Lubię to