Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 071 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS



Zapraszam na Forum Ks. Marka Bałwasa

www.forum.dobreprzeslanie.pl


________________________________________________________________

Biczowanie Jezusa.

wtorek, 19 lutego 2008 19:49
 

Starożytni historycy: Plutarch, Liwiusz, Swetoniusz opisują w swoich dziełach karę, jaką było biczowanie człowieka. U Żydów miało ono charakter chłosty. Wspomina o niej Księga Powtórzonego Prawa słowami: "Jeśli wyniknie spór między ludźmi, staną przed sądem, tam ich osądzą i za sprawiedliwego uznają niewinnego, a skażą winowajcę. O ile winowajca zasłuży na karę chłosty, każe go sędzia położyć na ziemi i w jego obecności wymierzą mu chłostę w liczbie odpowiadającej przewinieniu. Otrzyma nie więcej niż czterdzieści uderzeń, aby przez mnożenie razów ponad tę liczbę chłosta nie była nadmierna i nie został pohańbiony twój brat w twoich oczach" (Pwt 25,1-3).

 

Zgodnie z przepisami prawa Mojżeszowego, używano jedynie zwykłego bicza, albo bito po ciele rózgami. Liczba uderzeń nie mogła być większa niż czterdzieści. Rzymianie nie ograniczali liczby uderzeń, ilość ich ustalał sędzia albo sami oprawcy. Uderzenia zadawane były skórzanymi rzemieniami, zakończonymi kulkami z ołowiu, albo żelaznymi łańcuchami, zakończonymi specjalnymi ciężarkami. Rzymianie często uprzedzali biczowaniem karę śmierci. Józef Flawiusz pisze, że zbuntowani przeciwko rzymskiej okupacji Żydzi, przed ukrzyżowaniem byli rozdzierani uderzeniami batów.

 

Takiemu biczowaniu poddany został Jezus, o czym wspominają trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Jan. Jakże niewielu spośród artystów, którzy wzięli ten epizod za temat swych obrazów, umiało oddać jego okrucieństwo. Tu realizm zawodzi, a wszelki naturalizm jest nie na miejscu. Rozumieli to artyści ery gotyku, pokazując Jezusa nadnaturalnie spokojnego pod razami biczy. Tę scenę widziała słynna mistyczka, wizjonerka Katarzyna Emmerich i nie mogła znieść widoku boleści Jezusa i krzyku odrażających oprawców, którzy skrupulatnie, a nawet nadgorliwie wykonywali rozkaz Piłata. Św. Augustyn był skłonny Piłata nieco usprawiedliwiać. Według niego ubiczowanie Jezusa miało być drogą do uwolnienia. Widok ofiary - sądził Piłat - skruszy serca oskarżycieli, którzy zdjęci litością przestaną domagać się dalszej kary. Piłat stał się po części uczestnikiem zbrodni, lecz w porównaniu z Żydami mniej jest winny, gdyż nalegał, ile tylko mógł, aby Jezusa wyrwać z ich rąk. Nie z chęci prześladowania kazał ubiczować Tego, który podawał się za Mesjasza, lecz pragnął dogodzić zajadłości Żydów, aby zaniechali Jego zabicia. Oni jednak na widok krwi z obolałego ciała Jezusa jeszcze bardziej się rozjuszyli. Na Piłatowe "Oto człowiek", odpowiedzieli okrzykiem: "Ukrzyżuj Go".

 

Badacze usiłujący wydobyć prawdę z Całunu Turyńskiego, płótna, w którym miał być złożony do grobu Jezus, odtwarzają przebieg biczowania. Analizując utrwalone na płótnie rany stwierdzają, że ciało nosi ślady od 90 do 120 uderzeń (narzędzie mogło mieć dwa lub trzy rzemienie), są one odciśnięte z niejednakową siłą uderzeń, niektóre ukazują obdarcia i zranienia, tak jakby dyscyplina była wyostrzona lub miała ostre kanty.

 

Plecy i nogi Jezusa po pierwszych uderzeniach pokryły się długimi smugami pręg, najpierw sinych, później krwawych. Krew ściekała z żelaznych haczyków wbijających się w ciało, rozrywających je i rozszarpujących. A przy słupie stał Człowiek niezwykły. Stał mężnie pośród tych, którzy Go biczowali, nie chronił się przed cierpieniem, pobudzając siepaczy do jeszcze większego okrucieństwa. Zlany własną krwią dziękował Ojcu, że Go uczynił ofiarą nowego Dnia Odkupienia, świętym i nieskalanym Kozłem, który już nie symbolicznie, lecz w krwawej dosłowności brał na siebie z własnej woli ciężar grzechów całej ludzkości (Roman Brandstaetter).

 

Badający Całun orzekli: Człowiek weń owinięty otrzymał chłostę wyjątkowo surową. A. Sava, amerykański patolog, ekspert w dziedzinie medycyny sądowej, twierdzi, że brutalne, wielokrotne biczowanie okolicy klatki piersiowej może wywołać krwotok wewnętrzny. Według Ewangelii, Jezus umarł szybciej niż większość ofiar ukrzyżowania. Tłumaczyć to by mogło Jego okrutne biczowanie, a później trud drogi na Golgotę.

 

Polska pobożność pasyjna poświęciła biczowaniu Jezusa wiele wersetów śpiewanych np. podczas Gorzkich Żalów, gdzie serdeczną nutą brzmią słowa: "Jezu, u kamiennego słupa, niemiłosiernie biczmi wysmagany, Jezu mój kochany" czy też "Za złości moje grzbiet srodze biczują, pójdźmyż grzesznicy, oto nam gotują, ze krwi Jezusa dla serca ochłody, zdrój żywej wody". Scenę biczowania ukazują nam też liczne rzeźby kościelne i przydrożne, które uwrażliwiają ludzkie serca na boleść, jakiej doznał Jezus podczas biczowania.

 

Jan Uryga


Podziel się
oceń
1
0

Tylu zabrało głos... (8) | Powiedz coś...

Męka i śmierć Chrystusa według świadectwa Całunu i dzisiejszej medycyny.

wtorek, 19 lutego 2008 19:46
 

Krwawy pot w Ogrójcu

Jezus "pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił a Jego pot był jak gęste krople krwi sączące się na ziemię" (Łk 22 44).

Jezus widząc morze niezgłębionego zła wszystkich czasów a także czując rzeczywistą trwogę i lęk przed czekającą Go kaźnią której każdy szczegół przewidywał - pocił się krwawym potem a stan stresowy pogłębiał się powtarzając się wielokrotnie! Dogłębna i wstrząsająca walka wewnętrzna którą przeżył Jezus w Getsemani wywołała u Niego wstrząs psychiczny który objawił się na zewnątrz krwawym potem. Krwawy pot jest zjawiskiem znanym w medycynie zwłaszcza u ludzi młodych umierających "trudną śmiercią" jako skutek stresowy duchowej udręki. Następuje wówczas gwałtowne przemieszczanie się krwi w organizmie: jej odpływ do wnętrza a następnie parcie masy krwi całą mocą przyspieszonej akcji serca na obwód ciała przez co następuje "tłok" krwinek w naczyniach włosowatych i przechodzenie ich do gruczołów potowych.

Te ogromne masy czerwonych ciałek krwi znajdujących się od początku konania Jezusa w Ogrójcu w Jego tkance podskórnej skórze i gruczołach potowych spowodowały że najdrobniejsze nawet urazy fizyczne w niedalekiej już kaźni Jezusa powodowały krwawienie które pozostawiły odbicia na Całunie.

 

Policzkowanie i oplwanie

Od chwili pojmania Chrystus Pan był bardzo często bity po twarzy. Mówią o tym wszyscy Ewangeliści (Mt 26 67; Mk 14 65; Łk 22 63-64; J 18 22;19 3). Najhaniebniejszym sposobem poniżenia człowieka u Żydów było bicie pięściami po twarzy z jednoczesnym pluciem w nią. Bito stojąc naprzeciwko skazanego prawą ręką zwiniętą w kułak. A bito zawsze z rozmachem od strony lewej do prawej wskutek czego ogromna większość razów spadała na prawą stronę twarzy.

Można to stwierdzić patrząc na całunowe oblicze Jezusa. Niewątpliwie najboleśniejszym był cios zadany Jezusowi przez sługę arcykapłana. W polskim przekładzie Ewangelii Jezus po otrzymaniu tego uderzenia zawołał: "Dlaczego Mnie bijesz?" W tekście greckim i łacińskim znajdujemy wyrażenie które oznacza: "Dlaczego Mnie ranisz?" A więc ten cios byłby wymierzony nie pięścią ale jakimś narzędziem tępokrawędzistym lub kijem. Potwierdza to Całun. Po prawej stronie oblicza Jezusa widać długą dość szeroką ranę rozpoczynającą się na grzbiecie nosa i oddzielającą część chrzęstną nosa od obu kości nosowych które nie są złamane. Rana powyższa przechodzi w prawy fałd nosowopoliczkowy wywołując ogromne podbiegnięcie krwawe okolicznych tkanek miękkich.

Na czole Najświętszego Oblicza widać trzy ogromne otarcia naskórka aż do skóry właściwej włącznie. Być może powstały one wskutek upadków podczas drogi krzyżowej. Łuki brwiowe podbiegnięte krwawo wykazują dodatkowo powierzchniowe rany miażdżone. Ogromne krwiaki są w okolicy obu oczodołów przede wszystkim po prawej stronie tak że szpara powiekowa zupełnie zanikła. Okolica kości jarzmowej wykazuje ogromny obrzęk i podbiegnięcie krwawe z otarciem naskórka. U podnóża prawego skrzydełka nosa niewielka trójkątna rana. Prawy kącik ust zraniony wykazuje wyciek wydzieliny krwistej prawdopodobnie śliny zmieszanej z krwią. Po tej samej stronie wąs jest częściowo wyrwany podobnie jak prawa połowa brody. Broda w znaczeniu anatomicznym czyli najbardziej wystająca część żuchwy wykazuje silne stłuczenie. Większość więc tych okrutnych obrażeń zadanych pięścią dotyczy prawej połowy Oblicza. Natomiast lewa strona wykazuje znacznie mniej opisanych urazów ale nie jest od nich wolna.

Kończąc opis okrutnego znęcania się nędznego stworzenia nad swym Panem i Bogiem zastanówmy się gdzie i kiedy Jezus otrzymał najwięcej tych uderzeń.

Z relacji świętego Jana wnioskujemy że między skazaniem Jezusa na śmierć na pierwszym posiedzeniu Sanhedrynu około godziny 1 w nocy a posiedzeniem drugim czysto formalnym z którego "wczesnym rankiem" zaprowadzono Jezusa do pretorium mogło upłynąć około czterech godzin. W tym czasie Jezusa wtrącono do podziemi pałacu Kajfasza i właśnie tam Chrystus Pan doznał największych upokorzeń. To w tych ponurych lochach na Jego Najświętsze Oblicze spadło najwięcej razów.

 

Biczowanie

W czasach Jezusa każdy wyrok skazujący na śmierć musiał być zatwierdzony przez namiestnika Judei. Urząd ten pełnił wówczas Poncjusz Piłat. Dlatego Jezus został zaprowadzony do niego w piątek wczesnym rankiem. Piłat starał się obronić Jezusa. Odesłał Go nawet do Heroda tetrarchy Galilei aby nie mieć z Nim kłopotu jednak na próżno. Chcąc uspokoić podburzony tłum Piłat rozkazał Jezusa ubiczować. Nie uspokoiło to jednak rozwydrzonego tłumu dlatego wydał wyrok skazujący Jezusa na ukrzyżowanie.

Biczowanie w rzymskim prawie było karą dodatkową do kary ukrzyżowania. Te kary były stosowane tylko wobec narodów podbitych i niewolników nigdy w stosunku do obywateli rzymskich. Bicz składał się z dwóch lub trzech rzemieni osadzonych w jednej rękojeści z twardym zakończeniem jak: ołów żeliwo kości lub krzemienie. Biczowano w dwu okolicznościach: aby zmusić oskarżonego do złożenia zeznań i do przyznania się do winy oraz jako wstęp do kary ukrzyżowania.

W obu wypadkach była to raczej kara która prowadziła do śmierci skazanego. Chrystusa Pana biło dwóch żołnierzy z których jeden był wyższy a drugi nieco niższy. Żołdacy wykonujący tę katowską czynność należeli do Syrofenicjan a więc rasy szczególnie nienawidzących Żydów. Słysząc że to ma być ich król biczowali tym okrutniej. Pan Jezus podczas biczowania był przywiązany do niskiego słupa ugięty w pasie. Do tej kaźni użyto biczów zakończonych podwójnymi kulkami ołowianymi. W zależności od siły uderzenia powstawały różne rany: spłaszczenie i uraz powierzchowny skóry uszkodzenie skóry właściwej wraz z jej zmiażdżeniem przerwanie ciągłości skóry właściwej z wniknięciem zakończeń biczów w głąb ciała aż do kości. W pierwszych dwóch przypadkach skutkiem były wybroczyny lub podbiegnięcia krwawe natomiast w trzecim ciosy powodowały zawsze ogromne zniszczenia wewnątrz tkanek miażdżąc wszystko po drodze nierzadko docierając do kości. Brzegi takich ran nie były zbyt ostro obrysowane zaś wnętrze samej rany było pełne resztek ciała i uszkodzonych naczyń krwionośnych. Takie rany silnie krwawiły lub były wypełnione osoczem. Na Całunie policzono 121 ran ósemkowych z wyraźną przerwą na poprzeczne połączenie zakończeń biczów. Stąd liczba uderzeń musiała się wahać od 60 do 70 gdyż nie wszystkie zakończenia mogły naraz spowodować głębokie rany. Bito całe ciało Jezusa oszczędzając tylko podbrzusze i okolice serca. Najwięcej uderzeń spadło na Jego plecy. Biczowanie oprócz ran na powierzchni ciała powodowało również zmiany w osierdziu a przede wszystkim w opłucnej najbardziej narażonej na urazy okolicznych tkanek miękkich. Uszkodzenie w nich naczyń krwionośnych mogło powodować niewielkie krwawienia do jamy opłucnej i spowodować krwotoczne pourazowe zapalenie opłucnej. A to oprócz niemal kompletnego wykrwawienia mogło być powodem stosunkowo szybkiej śmierci Chrystusa Pana na krzyżu.

 

Ukoronowanie cierniem

Chrystusowa korona cierniowa była upleciona z gałązek krzewu cierniowego które posiadały niezwykle ostre kolce zdolne do przeniknięcia poprzez czepiec ścięgnisty aż do okostnej płaskich kości czaszki. Nie była to tylko opaska jak zwykle przedstawiana jest przez artystów na obrazach czy rzeźbach ale coś w rodzaju kasku czy czepca ciernistego które otaczał obwód całej głowy Jezusa łącznie z jej sklepieniem. Ta straszliwa "korona" spowodowała w obrębie owłosionej skóry głowy Zbawiciela około 70 głębokich silnie krwawiących niezwykle bolesnych ran kłutych. Rozdarte zostały żyły i tętnice znajdujące się na czole i obu skroniach w tyle głowy i na karku strumyki krwi popłynęły z ran. Ewangelia podaje że Pana Jezusa bito trzciną po tak ukoronowanej głowie. Nie była to trzcina znana z naszych stawów ale coś w rodzaju kija bambusowego zdolnego do zadania niezwykle bolesnych razów po tak "ukoronowanej" głowie. To spowodowało nowe rany i cierpienia. I trzeba dodać że Pan Jezus miał na głowie koronę cierniową także na krzyżu co było źródłem dodatkowych cierpień.

Koronowanie cierniem skazanych na śmierć nie było w zwyczaju ani u Rzymian ani u Żydów. Również Piłat nie wydał takiego rozkazu. To był szatański wymysł syrofenickich żołdaków - oprawców nienawidzących fanatycznie Żydów. Lecz fakt ten został zapisany w Ewangeliach i zanotowany na Całunie z Turynu. To mówi samo za siebie!

 

Droga krzyżowa

Długość drogi krzyżowej od twierdzy Antonia na szczyt Golgoty wynosi około 670 metrów. Wznosi się ona ku górze i posiada ostrokamieniste podłoże. Według większości badaczy powołujących się na ówczesny zwyczaj u Rzymian Pan Jezus nie niósł całego krzyża tylko jego poprzeczną belkę. Jej długość wynosiła 200 cm przekrój 20 na 30 cm mogła ważyć około 55-60 kg. Po zatwierdzeniu wyroku skazującego przez Piłata Jezus został ubrany we własne szaty: tunikę czyli rodzaj koszuli tkaną jako całość oraz szatę wierzchnią znacznie grubszą co było odpowiednikiem rzymskiej togi. Jest to ważny fakt gdyż pomiędzy straszliwie poranionymi plecami Jezusa a dźwiganą poprzeczką były dwie warstwy tkaniny które w pewnym stopniu łagodziły cierpienie wywołane samym ciężarem belki jej szorstkością i ruchami zwłaszcza podczas licznych upadków Zbawiciela na drodze krzyżowej.

Przerażająca kara biczowania zamieniła całe ciało Zbawiciela w jedną ranę. Do najbardziej bolesnych należała okolica prawego ramienia. Tu zostały doszczętnie zniszczone: skóra cienka tkanka podskórna wszystkie mięśnie i powięzi. W ten okrutny sposób został odsłonięty potężny splot nerwowy zwany barkowym. Już samo odsłonięcie tego splotu musiało być katuszą trudną do zniesienia. Dodajmy do tego ocieranie się krawędzi poprzeczki krzyża o to tak strasznie bolesne miejsce. Rozpostarcie obu rąk wzdłuż poprzeczki do której były przywiązane sznurami podczas drogi krzyżowej stanowiło dodatkową torturę.

Poprzeczka leżała na plecach Chrystusa Pana ukosem. Jej prawa połowa znajdowała się na wysokości górnego kąta łopatki prawej i nieco powyżej niego zaś jej lewa część związana z kostką lewej nogi - nieco poniżej kąta łopatki po tej samej stronie. Te dwie okolice wykazują wyraźne ślady uciskania i przesuwania się poprzeczki w obu kierunkach oczywiście tylko w ograniczonym stopniu.

Sznur opasujące oba ramiona i przedramiona łączył Jezusa z obu łotrami których prowadzono przed Nim. Byli to ludzie młodzi nie poddawani przedtem takim udrękom fizycznym jak Jezus. Karę bicza rzymskiego wymierzano im zgodnie z prawem właśnie teraz podczas wspólnej z Jezusem drogi na Golgotę. Uderzani biczem łotrowie uchylali się w marszu uskakując w bok lub do przodu. Wówczas sznur łączący ich z Jezusem napinał się gwałtownie i rozluźniał powodując przesuwanie się poprzeczki i przechylanie się ciała Jezusa w jedną i drugą stronę. To z kolei powodowało zachwianie równowagi coraz to słabszego Jezusa i Jego upadek na lewe kolano a potem na Najświętsze Oblicze. Prawe kolano o wiele mniej obciążone znacznie mniej też ucierpiało. Zatem główny ciężar każdego upadku spoczywał na kolanie lewym. I tak działo się wiele razy. Podczas gwałtownych przechyłów całego ciała Jezusa kiedy to całość poprzeczki została raptownie przesunięta w prawo i ku przodowi sznur łączący jej lewy koniec z kostką lewej nogi gwałtownie się napinał i "szorował" po starych skrzepach ran zadanych biczami powodując ich zdarcie nowe krwawienie i nowe skrzepy. W ten sposób powstały na lewej nodze dobrze widoczne na Całunie ukośne pręgi będące śladami nowych skrzepów w liczbie 13-18. I przypuszczalnie tyle razy Jezus walił się na lewe kolano a niekiedy z pewnym wyhamowaniem siły upadku uderzał o ziemię Najświętszym Obliczem. Ręce przywiązane sznurem do poprzeczki nie mogły temu zapobiec.

Przy końcu drogi krzyżowej stan lewego kolana przedstawiał żałosny widok. Potwierdzają to ślady na Całunie. Na zewnętrznej stronie tego stawu zauważamy wielkich rozmiarów ranę miażdżoną. Skóra która pokrywa tę właśnie okolicę została w postaci potężnego sfałdowania odsunięta ku górze na bok i ku dołowi. Silne ścięgno rzepkowe zostało poważnie uszkodzone. Rzepka uległa zwichnięciu i została przesunięta ku górze i ku środkowi. Staw kolanowy lewy jako całość jest tak poważnie uszkodzony że pod koniec drogi krzyżowej Pan Jezus nie był w stanie iść sam. Wtedy to ciężar poprzeczki bierze na swe barki Szymon Cyrenejczyk a Jezusa oprawcy wloką za ręce i włosy w nieludzki wprost sposób.

Tradycja podaje że podczas drogi krzyżowej Weronika otarła Oblicze Jezusa z potu krwi brudu i plwocin oprawców. Taka niewiasta choć może miała inne imię była i spełniła taki uczynek miłosierdzia wobec Jezusa dźwigającego krzyż. Świadczy o tym wolne od plwocin i całkowitego zalania krwią Oblicze Jezusowe na Całunie Turyńskim.

 

Obnażenie z szat

Gdy zawleczono Jezusa pod pal krzyża na Golgocie najpierw oprawcy zdjęli z Niego grubą szatę wierzchnią a następnie tunikę zadając straszliwy ból Zbawicielowi zmaltretowanemu do ostatecznych granic możliwości. Bowiem tunika przyschnięta do kilkudziesięciu ran pokrywających całe plecy i ramiona nierzadko wciągnięta w głąb zranionej tkanki zostaje nagle gwałtownie wyrwana wraz z jej zawartością w postaci mniej lub więcej świeżych skrzepów. Nikt i nic nie jest w stanie opisać tej nowej męczarni po której Jezus ponownie spłynął krwią. Podczas tej brutalnej czynności zostały oderwane przede wszystkim te skrzepy które były przyklejone do tylnej części tuniki co jest zrozumiałe z uwagi na dźwiganie poprzeczki krzyża.

Ze zwleczeniem szat łączy się problem nagości Chrystusa Pana. Tradycja Kościoła niczego w tym względzie nie przechowała i nie przekazała. Podczas biczowania Chrystus miał z całą pewnością dość szeroką przepaskę na biodrach jak udowadnia to z całą wyrazistością Święty Całun. Na tej części ciała są widoczne ślady biczowania ale bez krwawienia które zostało wchłonięte przez przepaskę. Zgodnie z rytuałem pogrzebu żydowskiego nagie Ciało Jezusa zostało owinięte w Całun dzięki czemu mamy dokładne odbicie umęczonego ciała Zbawiciela. Natomiast po zdjęciu szat przed ukrzyżowaniem być może przez chwilę Jezus był nagi. Ale Rzymianie raczej nie obrażali poczucia skromności u Żydów i ten fakt przemawia za nałożeniem Jezusowi opaski na biodra. W każdym razie tak jest On przedstawiany w sztuce od samego początku.

 

Ukrzyżowanie

Śmierć na krzyżu należała do najsroższych i najokrutniejszych. Podczas konania na krzyżu cierpiał cały organizm skazanego - fizycznie i duchowo. Fizycznie - z powodu bólu ran zadanych uprzednio oraz wskutek narastającego bólu mięśni szkieletowych. Duchowo - ponieważ skazany odczuwał lęk przed śmiercią zwłaszcza jeśli miała ona charakter powolny z pragnienia i wyczerpania gdyż męczarnia krzyża nierzadko przeciągała się do kilku dni.

Krzyż Chrystusa miał kształt litery "T" (krzyż o czterech ramionach pojawia się dopiero w V wie-ku). Do katowskich czynności ukrzyżowania przystąpiono natychmiast gdy przywleczono nie mogącego już iść Jezusa pod wkopany w ziemię pal krzyża. Wówczas do leżącej na ziemi poprzeczki "dopasowano" ramiona Jezusa rozciągając je niemal pod kątem prostym a następnie przybito je dwoma gwoździami za nadgarstki. Następnie poprzeczkę z przybitym Jezusem wciągnięto na czubek drzewca pionowego który był uprzednio odpowiednio zaciosany. Natomiast poprzeczka miała w swej środkowej części właściwej wielkości prostokątny otwór. Całość zabito klinami i przystąpiono do przybicia stóp. Ponieważ lewa noga była bezwładna kaci nie widzieli sensu przybijać tej stopy osobno. Umieszczono więc ją na grzbiecie prawej stopy i przybito razem jednym potężnym gwoździem. Aby jednak było to możliwe trzeba było zwichnąć prawą stopę w stawie skokowym. I na tej zwichniętej prawej stopie Jezus dźwigał się aby zaczerpnąć nieco powietrza. A starał się czynić to możliwie często i utrzymać się w tej pozycji jak najdłużej o czym świadczy krwawienie z lewego nadgarstka. Pomyślmy co za nieludzki ból! Dodatkowo wymagało to przybrania wymuszonej niezwykle niedogodnej pozycji która polegała na wyprężeniu się i wyrzuceniu całego ciała ku górze i nieco ku przodowi. Stąd też brak kontaktu uwieńczonej cierniem głowy z drzewcem krzyża.

Zdjęcie z krzyża martwego ciała Jezusa nie przedstawiało specjalnych trudności. Najpierw wyjęto potężny gwóźdź uwalniając obie stopy. Potem odklinowano poprzeczkę i opuszczono delikatnie wraz z Ciałem Pańskim na Całun kładąc je na plecach. Wtedy uwolniono nadgarstki. Na razie nie zakrywano przedniej powierzchni ciała aby najbliżsi zgodnie z obyczajem mogli złożyć na czole zmarłego ostatni pocałunek. Tradycja przekazała iż ciało Jezusa w celu dokonania tego rytualnego aktu pożegnania zostało nieco uniesione i położone na kolanach Najświętszej Maryi Panny w pozycji określonej jako Pieta - Opłakiwanie. Następnie zakryto Całunem przód ciała i zaniesiono je do grobowca Józefa z Arymatei by tam obsypać je wonnościami.

 

Rany dłoni

Najwięcej informacji przekazuje nam Całun w sprawie przebicia dłoni. Wiemy jak olbrzymia większość sławnych malarzy i rzeźbiarzy przedstawiała sposób przybicia dłoni Chrystusowych do krzyża: gwoździe są umieszczone w samym środku dłoni. Ale miejsce to jest zbyt słabe aby utrzymać ciężar ciała dłużej niż 12-15 minut. A przecież Jezus żył na krzyżu przez trzy godziny i wykonywał stosunkowo energiczne ruchy ciała wzwyż i ku dołowi.

Miejscem w którym gwoździe przeszyły ręce Chrystusa Pana były oba nadgarstki w których jest niewielka ukośna szczelina międzykostna. W tym miejscu kości i więzadła wzajemnie się uzupełniają stanowiąc wystarczającą zaporę do utrzymania ciężaru ciała. Wiedzieli o tym kaci rzymscy potwierdza to Całun i badania współczesnych lekarzy.

Z faktem przebicia dłoni w okolicy nadgarstka łączy się inna bardzo bolesna sprawa. Gwóźdź wnikając w tym miejscu w ciało musiał przewiercić lub silnie zranić przebiegający tu nerw należący do splotu barkowego a jego zranienie wywołało straszliwy ból całej ręki barku i szyi i skurcz kciuków. Na odbiciach całunowych oba kciuki są po prostu wciągnięte w głąb każdej dłoni i tam jakby schowane. Jest to następstwo tej strasznej tortury.

Unoszenie się Chrystusa Pana ku górze musiało pociągać za sobą tarcie zewnętrznych powierzchni dłoni mocno przygwożdżonych do szorstkiej powierzchni poprzeczki krzyża. Taki ruch spowodował zniszczenie naskórka i skóry właściwej na tej części dłoni. Całun uwidacznia zmiany o nieregularnych obrysach na grzbietowych powierzchniach obu dłoni Chrystusa.

Jedynymi z genialnych malarzy którzy prawidłowo umieli wskazać miejsca przebicia dłoni gwoźdźmi to jest w nadgarstkach byli dwaj wielcy Flamandowie: Rubens i Van Dyck. Obaj jednak znali doskonale anatomię człowieka i obaj studiowali Całun.

 

Rany stóp

Obie stopy Jezusa były przebite jednym wspólnym i mocnym rzymskim gwoździem o długości co najmniej 20 cm i średnicy 2 cm. Wykonując tę czynność najpierw zraniono stopę lewą a dopiero potem prawą znajdującą się tuż pod nią i przylegającą do trzonu krzyża. Obie stopy były ze sobą skrzyżowane przy czym prawa musiała zostać siłą zwichnięta w stawie skokowym. Świadczą o tym ślady krwawienia podeszwy tej stopy wynika to także z układu obu stóp i z funkcji stopy prawej.

W konsekwencji tego układu na odbiciu na Całunie prawa noga wydaje się usytuowana głębiej i nieco dłuższa w porównaniu z lewą która jest bardziej wysunięta do przodu. Aby mogło dojść do tego obie nogi w stadium zwisania były ugięte w kolanach a gdy Jezus unosił się ku górze prostował je na ile to było możliwe.

Pan Jezus był silnym i do chwili swej męki zupełnie zdrowym fizycznie człowiekiem. Dlatego w chwili swego ukrzyżowania zachował jeszcze tyle sił życiowych że był zdolny opierając się na jednej tylko stopie w dodatku zwichniętej oraz na jednym tylko gwoździu walczyć ze śmiercią przez trzy godziny. Mimo straszliwego bólu dźwigania się ku górze na zwichniętej stopie uniesienie ciała o 25-30 cm wystarczyło by rozluźnić mięśnie barkowe i klatki piersiowej oraz wyzwolić na nowo proces oddychania. W miarę upływu czasu czynność ta stawała się coraz trudniejsza osiągając coraz niższe poziomy o czym świadczą ślady krwawienia na Całunie. Ale to unoszenie się opóźniło śmierć Chrystusa o trzy godziny.

Tuż przed złożeniem ciała na Całunie lewa stopa wobec natychmiastowego stężenia pośmiertnego została siłą odciągnięta z grzbietu stopy prawej na bok gdyż rytuał pogrzebu żydowskiego zabraniał chowania zmarłych ze skrzyżowanymi stopami. Że tak się stało świadczą wyraźne odciski czterech palców na zewnętrznym brzegu obu stóp wyraźniejsze na podeszwie stopy lewej.

 

Rana boku

Żadna z ran Chrystusowych nie zawiera tyle wspaniałej symboliki co rana boku i serca zarazem. Z tej rany wypłynęła bowiem krew i woda - symbole odkupienia i miłosierdzia Bożego.

Ranę tę zadał rzymski żołnierz wkrótce po śmierci Chrystusa Pana. Stał on na ziemi. Sama rana powstała w wyniku silnego pchnięcia włócznią typu lonche według zasad rzymskiej szermierki. Kierunek ciosu był więc lekko ukośny. Cios włócznią musiał przekonać Piłata że Jezus już nie żyje. Żołnierz uderzył w bok Jezusowy z odpowiednim rozmachem i dużą siłą wykonał zlecone mu zadanie tak jak to było zwykle praktykowane - przez przebicie serca. Grot włóczni przebił skórę mięśnie opłucną płuco a następnie serce Jezusa.

Święty Jan w swojej Ewangelii pisze że po przebiciu boku Jezusa "natychmiast wypłynęła krew i woda". Krew wypłynęła z otwartego Serca Jezusa. Przebicie boku nastąpiło prawie pięć godzin po biczowaniu które spowodowało krwotoczne pourazowe zapalenie opłucnej. W tym czasie krew która dostała się do opłucnej rozdzieliła się: czerwone ciałka krwi i inne jej elementy opadły a powyżej został barwy słomkowej płyn podobny do wody czyli osocze krwi. I to on wypłynął z otwartej rany boku Jezusa. Krew utworzyła na skórze klatki piersiowej ogromny skrzep o barwie czerwonej. Wokół niego widnieje ślad osocza odcinający się lekkim zażółceniem od tła Całunu.

 

Śmierć na krzyżu

Różne są hipotezy dotyczące ostatecznej bezpośredniej przyczyny śmierci Jezusa. Jednak wszystkim z punktu widzenia nauk medycznych towarzyszy w ostatniej fazie całkowita nieprzytomność. A nieprzytomny nie mógłby unosić ciała dla nabrania oddechu i musiałby skonać przez uduszenie w pozycji zwisu. Tak nie było. Ewangeliści świadczą że Jezus umierał przytomnie i to głośno wołając co było możliwe tylko w stanie uniesienia ciała na krzyżu. I ten stan jest najwyraźniej utrwalony na Całunie turyńskim. Na proces umierania Chrystusa trzeba spojrzeć przede wszystkim w świetle wiary.

"Miłuje Mnie Ojciec bo Ja życie moje oddaję aby je potem znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca" (J 10 17-18).

Chrystus ma więc moc oddać swe życie w momencie przez siebie wybranym. Wiedząc że Jego ludzka natura już nic więcej w cierpieniu dać z siebie nie jest w stanie i że za kilkanaście sekund ogarną Go mroki nieprzytomności uprzedził ten moment i mocą swej Boskiej natury świadomie w stanie uniesienia ciała na krzyżu odłączył duszę od ciała i odszedł do Ojca.

Żołnierzom nawykłym do widoku śmierci ten moment skonania wydawał się niezwykły. "Setnik zaś który stał naprzeciw widząc że w ten sposób oddał ducha rzekł: Prawdziwie ten człowiek był Synem Bożym" (Mk 15 39).

Jezus Chrystus złożył w ofierze krzyżowej swoje konające człowieczeństwo i w tym momencie czynił to z całą ludzką świadomością. Syn Boży przyjął naszą ludzką naturę by służyła Mu za narzędzie naszego zbawienia i Jego dzieło zbawcze osiąga swój szczyt w konaniu na krzyżu. Nad swoim życiem panował do końca i rozstał się z nim kiedy uznał to za stosowne. Całopalna ofiara Chrystusa była do końca świadoma była więc doskonała.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Obowiązek.

wtorek, 19 lutego 2008 19:43
 

Masz obowiązek wobec każdego, kogo spotkasz, a tym obowiązkiem jest miłość. Jeśli spotkasz biednego, cierpiącego nędzę, to obowiązek swój możesz spełnić w sposób bardzo prosty. Będziesz usiłował zaspokoić najpilniejszą jego  potrzebę tym, bez czego się możesz obejść. Jeśli brakuje mu strawy, to podziel się z nim swoją. Jeśli nie ma dachu nad głową, to jak dalece jest dla ciebie możliwe, przygotuj albo postaraj mu się o niego. Jeśli brak mu odzieży, to zważ na słowa: Kto dwie suknie ma, niechaj udzieli temu, który  nie ma. Postępuj według rozkazu Boga, danego nam przez proroka Izajasza (rozdz. 58,7): " Ułamuj łaknącemu chleba twego, a ubogich wygnańców wprowadź do domu twego; ujrzysz li nagiego, przyodziej go, a przed ciałem swoim nie ukrywaj się". Dalej mówi nam: Jeśli wylejesz łaknącemu duszę swoją (w. 10). Nie tylko chleb, odzienie, dach nad głową, ale twoje serce. Każdy czyn pomocy wykonuj więc w poczuciu pełnej współczucia miłości. Jeśli spotkasz człowieka samotnego - ofiaruj mu chwilę swojego czasu. Daj mu sposobność podzielenia się tym, co czuje, wypowiedzenia się. Wysłuchaj go, okaż zainteresowanie, współczucie, niechaj troska jego serca stanie się twoją własną troską. Cierpienia samotnych i nie zrozumianych są wielkie. Przez cierpliwe wysłuchanie i słowo pociechy możesz spełnić Jezusowy czyn miłości! Nie zaniedbaj takiej chwili!

   Jeśli spotkasz kogoś, na kim spoczywa przekleństwo win, nie odwracaj się od niego. Usiłuj zdobyć jego zaufanie. Skieruj to udręczone serce ku wielkiemu Nosicielowi krzywd, "Który spracowanych i obciążonych woła do Siebie". Daj mu sposobność, aby przez dobrowolne wyznanie znalazł ulgę i odciążenie. Taka święta służba kapłańska jest najwyższym czynem miłości. Jeśli wiesz o jakimś chorym nie zaniedbaj odwiedzin. Monotonnie i powoli upływają godziny i dni na łożu choroby. Twoje odwiedziny mogą przynieść pociechę, światło, radość i pokrzepienie. Jeden kwiatek, wierszyk, obrazek czy pieśń będzie tam poselstwem Bożym. Najskuteczniej uczyni to wiersz ze Słowa Bożego, świadectwo opowiedziane z własnych doświadczeń serca i modlitwa, świadcząca o duchu i mocy. Podsuniesz choremu wartościowy materiał do cichego rozmyślania, wzmocnisz na drogę cierpień i dasz błogie przeświadczenie o Bożej i ludzkiej miłości.

   Jeśli spotkasz starca lub staruszkę - objaw swoją miłość w delikatnej powściągliwości i poważaniu, które się starości należy. Przyjazna rozmowa, wnikanie w świat myśli starca, który żyje wspomnieniami, sprawi radość i pokrzepi takie strudzone serce, obok którego ludzie zatroskanego świata przechodzą śpiesznie, obojętnie.

   Miłość obowiązuje cię również wobec każdego dziecka, które spotkasz na swej drodze. Uśmiechnij się do dzieciny, spraw mu jakąś małą radość, powiedz słowo o wielkim Przyjacielu dzieci, naucz jakiegoś wersetu lub wierszyka. Jedne maleńkie ziarnko, posiane we wczesnej młodości, przyniosło często dobre owoce.

   Jeśli zobaczysz kogoś uginającego się pod ciężkim brzemieniem - staraj się w miarę swoich sił zdjąć to brzemię, albo uczynić lżejszym. Masz miejsce w pojeździe, to zabierz kogoś zmęczonego, idącego pieszo. Często małe sposobności otwierają serce dla "radosnego poselstwa" i sprawiają, że nieznajomy chętnie przyjmie od ciebie jakieś drukowane słowo.

   Okaż każdemu towarzyszowi podróży uprzejmość i gotowość służenia pomocą. Traktuj go jak człowieka, który ma prawo do twojej miłości. Wyciągnięcie ręki, albo dobrowolne odstąpienie lepszego miejsca doprowadziło często do wartościowej wymiany słów.

   Tym, którzy są smutni, przygnębieni ciężkimi przeżyciami - należy się szczególnie nasza miłość i współczucie. Powinni odczuć, iż nie dźwigają tego ciężaru cierpienia sami. "Jeśli jeden człowiek cierpi, cierpią z nim wszystkie członki" (1 Kor. 12,26). Nie tylko członki Chrystusa maja prawo do naszej troskliwej miłości, ale także biedne, pozbawione spokoju i pociechy dzieci tego świata. Cierpią one jeszcze dotkliwiej i bardziej gorzko, gdyż cierpią bez Boga. Twoja miłość nauczy ich wierzyć w Miłość Bożą, a nawet w samego Boga Miłości.

   Zarówno ludzie radośni winni odczuć Twoją miłość. "Weselcie się z weselącymi się!" (Rzym. 13,15). Czasem jest łatwiej smucić się z zasmuconymi, aniżeli z radosnymi cieszyć. Weź serdeczny udział w cudzym szczęściu! Pozwól sobie o nim opowiadać i ciesz się nim, jak gdyby było twoim własnym. Będziesz mógł zrobić to jednak tylko wtedy, gdy cię miłość Chrystusa na wskroś przeniknie i gdy dla bliźniego zapomnisz siebie.

   Jeśli koło ciebie przechodzić będą ludzie, na pozór powierzchowni, próżni i żądni uciech, nie odwracaj nie odwracaj się od nich z niezadowoleniem lub cichą pogardą. Często tam, gdzie się tego najmniej spodziewamy, tai się tęsknota za prawdziwą treścią życia i niemy krzyk wołający o wyzwolenie z więzów świata i nędzy grzechu. Dosłyszysz go, jeśli postarasz się w świętej, szukającej, bezinteresownej miłości wniknąć przez zewnętrzną skorupę do wnętrza.

   Stanie tez na twej drodze wielu innych, którzy nie zostali tu wymienieni. Należą do nich zobojętniali, szarzy ludzie dnia codziennego ze swymi drobnymi troskami i zainteresowaniami, do krańcowości impulsywna młodzież ze swymi pragnieniami ideałów lub szczęścia, nerwowo chorzy i melancholicy ze swym własnym światem cierpień i śmiertelnego smutku. Ujrzysz wśród nich złamanych życiem, którzy doświadczyli w więzieniach i poza więzieniami, w różnych zakładach i szpitalach, grozy, przekleństwa grzechu i surowości Boga wobec tych, którzy ważyli się przekroczyć Jego przykazania.

   Ujrzysz nieszczęśliwe niewiasty i dziewczęta, które z własnej lub cudzej winy zostały zwiedzione a teraz nie wiedzą co począć ze sobą i swoim życiem. Ujrzysz przepracowaną, znużoną kobietę i matkę, która prawie załamuje się pod ciężarem domowych trosk i wysiłku pracy zawodowej. Wreszcie bezrobotnych, pozbawionych możliwości zarobkowania, którzy cierpiąc za winy lub niewinnie, odmówić sobie muszą najwyższego ziemskiego dobra, jakim jest praca, obowiązek, cel istnienia.

   Wszyscy ci ludzie i wielu, wielu innych, tutaj nie wymienionych, mają prawo do twojej miłości, do twojego współczucia, do twojego serdecznego zainteresowania i w wielu przypadkach do twojego słowa, a nawet wspierającego czynu.

   Masz więc jakiś obowiązek, zadanie wobec wszystkich, chociażby nim była tylko serdeczna myśl, pozdrowienie lub wspomnienie w cichej modlitwie.

   Jesteś powołany ku błogosławieństwu. Bądź więc błogosławieństwem dla wszystkich, z którymi się spotkasz!

   Kto pozostaje w miłości, zostaje w Bogu i Bóg w nim.

 

 Ewa Thiele-Winckler


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Jak zachować się wobec "spraw świętych"?

poniedziałek, 18 lutego 2008 22:32
 

"Rzeczy święte traktuj w sposób święty!" - to stare łacińskie powiedzenie nakazuje traktować sprawy wiązane z Bogiem w sposób święty i chyba nie było czasów w dziejach Kościoła, w których to zdanie byłoby bardziej potrzebne niż dziś.

Może ktoś pomyśleć, że nie ma powodu do obaw, bo przecież w naszym kraju większość jest po stronie wierzących, a więc sprawy święte nie są zagrożone. Ale taki sposób myślenia zawiera już u swoich podstaw błędne założenie. Ludzie niewierzący w Boga, albo wierzący inaczej niż my, istnieli od wieków i nigdy nie stanowili dla Boga i Kościoła problemu. Oni są poza Kościołem i dlatego ich słowa, czyny i myśli niezgodne z Bożymi i Kościelnym Przykazaniami nie stanowią powodu do zgorszenia dla katolików.

Człowiek, który mówi - jestem niewierzący - i postępuje zgodnie z tymi słowami, jest przynajmniej uczciwy wobec siebie, Boga i innych ludzi. Choć z naszego punktu widzenia nie możemy powiedzieć, że postępuje mądrze, nie gorszymy się jego postawą mając swoje własne wzorce do naśladowania.

Większym problemem są dla nas, wierzących, ci, którzy nazywając siebie ludźmi Chrystusa postępują w sposób gorsząco niezgodny z takim określeniem. I nie mam tu na myśli tzw. wierzących, lecz nie praktykujących. Mam na myśli wielu, których spotykamy w kościele na niedzielnych nabożeństwach, odwiedzamy "po kolędzie" i spotykamy na katechizacji w szkole.

Niestety, należy tu wyraźnie to powiedzieć: Wielu praktykujących katolików nie umie zachować się odpowiednio w kościele podczas nabożeństw czy w momencie spotkania z kapłanem niosącym Chrystusa osobie chorej!!!

Wielokrotnie zwracałem uwagę tym, którzy sprawy święte traktowali w sposób lekceważący, niepoważny, czy nawet bezczelny i często odnosiło to taki skutek, że owi "wierzący" obrażali się na mnie i wręcz z oburzeniem pytali: "Czego on od nas chce?". Żeby nie być gołosłownym, podam kilka przykładów takiego lekceważącego traktowania spraw ogromnie ważnych.

Gdy mijamy na ulicy kapłana z Najświętszym Sakramentem rzadko kogo spośród parafian stać na przyklęknięcie, czy choćby słowa: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!", a przecież jest to chwila podobna do adoracji - spotyka nas sam Bóg w Eucharystycznej Postaci. Gdyby na ulicy spotkał nas ojciec lub matka i zostaliby przez nas potraktowani tak jak Jezus obecny w Najświętszym Sakramencie, myślę, że trzeba by szukać nowego domu rodzinnego, bo w starym dano by nam odczuć, że nasze postępowanie nie spotkało się z aprobatą rodziców.

Gdy znajdujemy się w świątyni mało kto przestrzega zasad w niej obowiązujących. A zasady są następujące:

Udział w niedzielnej Eucharystii to obecność na całej Mszy św., włącznie z pieśnią na wejście i aktem pokutnym, a na końcu z błogosławieństwem kapłana. Niestety, część wiernych nie chce przyjąć tego do wiadomości albo nie rozumie, jak wielkim nietaktem jest spóźnienie się na audiencję u samego Boga. Jeszcze dwadzieścia minut po rozpoczęciu nabożeństwa drzwi kościoła otwierają się, aby wpuścić spóźnialskich. Gdy jeden z księży w mojej rodzinnej parafii stanął przed kościołem i zwracał uwagę niedbałym chrześcijanom, że powinni wychodzić z domu wcześniej i przykładać większą wagę do wstępnych elementów liturgii słowa, usłyszał: "Niech się ksiądz cieszy, że w ogóle przyszedłem". A z czego tu się cieszyć, gdy widzimy, że ktoś okazuje lekceważenie samemu Stwórcy, że nie może przystąpić do Komunii św., ponieważ nie był obecny w świątyni podczas aktu pokutnego, czyli nadal ma na swoim sumieniu grzechy lekkie (dodatkowo popełnił grzech zaniedbania przychodząc zbyt późno).

Gdy wchodzimy do kościoła lub tylko przechodzimy przed tabernakulum, należy przyklęknąć, czyli na chwilę dotknąć kolanem, lub kolanami posadzki. Zazwyczaj wykonujemy wtedy jedynie jakieś śmieszne skłony, ugięcia kolan, inne gesty nie będące przyklęknięciem. Żałujemy Bogu odrobiny naszej życiowej energii - przecież On jest Dawcą wszelkiej energii potrzebnej nam do życia. Królowie, cesarze i ludzie nieprzeciętnego pokroju klęczeli przed Najświętszym Sakramentem, ale my uważamy się za zbyt ważnych, aby wykonać z szacunkiem ten prosty gest świadczący o naszej pokorze.

Podczas najważniejszych momentów Eucharystii należy również przyjąć pozycję klęczącą i jeśli ktoś tego nie robi, tylko kuca w dosyć dziwnej pozycji, to jego zachowanie może, choć nie musi, świadczyć o tym, że nie chce przyjąć pokornej postawy przed Bogiem, bo dla niego Bóg nie jest tego godzien. Istnieje jeszcze jedna możliwość: ktoś nie klęka z powodu kłopotów ze zdrowiem. A w takiej sytuacji jest to całkowicie usprawiedliwione, ale wtedy pamiętajmy, iż lepiej przyjąć postawę stojącą, pełną szacunku, niż kucać w śmieszny sposób.

Nawet gdy siedzimy nasza postawa daje wiele do myślenia. Niektórzy spośród naszych parafian czują się w domu Boga jak u siebie w ogródku. Ich pozycja na krześle czy ławce w kościele bardziej przypomina leżakowanie na plaży, niż spokojną i pełną szacunku postawę siedzącą, jaką przyjmujemy wtedy, gdy ktoś ważny zaprasza nas do siebie i pozwala usiąść. U dyrektora naszego zakładu, czy szefa w pracy siedzimy w gabinecie skromnie i z szacunkiem, a w kościele pozwalamy sobie na założenie nóżki na nóżkę, bujanie nią, pozycję półleżącą na krześle z wyciągniętymi przed siebie nogami etc. Podczas rekolekcji w jednej z wrocławskich parafii musiałem upomnieć młodzieńca, który jedną nogę trzymał założoną na drugą (prawie przed nosem sąsiada) i nie widział w tym nic złego.

Gdy wykonujemy w świątyni pewne gesty, należy czynić to z szacunkiem i troską o ich jakość. Często nasz znak krzyża bardziej przypomina opędzanie się od natrętnego owada, niż świadomy gest będący najkrótszym wyznaniem naszej wiary. Nasze przyklęknięcie czy skłon głowy można często nazwać parodią gestu oddającego cześć i szacunek Bogu. A nasz śpiew i "głośno" wypowiadane modlitwy są często bardziej podobne do szeptu anemików leżących w szpitalu i czekających tylko na śmierć, niż do radosnego śpiewu tych, którzy pragną wychwalać Boga

Następna sprawa to nasz ubiór, gdy idziemy na Mszę św. Prawie na każdej Eucharystii niedzielnej, gdy rozpocznie się ciepły okres roku kalendarzowego można wskazać w świątyni osoby ubrane bardzo nieodpowiednio na tę uroczystą okazję. Widujemy w kościele dziewczyny, ale niestety również i dorosłe kobiety, ubrane w taki sposób, że można się przy nich zastanawiać, po co tu przyszły: pomodlić się czy przeszkadzać mężczyznom w modlitwie prezentując swoje wdzięki? Eleganckie restauracje nie zezwalają na wejście gościom, którzy nie posiadają odpowiedniego stroju. Na premierę do teatru, filharmonii, czy kina nie wejdziemy bez krawata i marynarki, ale do kościoła, na spot-kanie z samym Bogiem pchamy się w po-szarpanych dżinsach i starych adidasach, lub stroju urągającym skromności.

Podczas przyjmowania Komunii św. często widzimy wiernych, którzy zaraz po otrzymaniu Ciała Chrystusa wykonują znak krzyża na sobie. Niektóre osoby (szczególnie młodzież i dzieci) nie czekają nawet na moment, gdy kapłan zabierze swoją rękę, tylko z boku sięgają swoją dłonią do czoła, aby rozpocząć ten religijny gest. Nie wiadomo, skąd się to bierze, bo żadna katechetka nie uczy takiego zachowania podczas przygotowania do Pierwszej Komunii św. Takie zachowanie jest nawet w pewnych sytuacjach niebezpieczne. Zdarzało się nieraz, iż osoba bezmyślnie i automatycznie wykonująca znak krzyża zaraz po otrzymaniu Komunii św., uderzała dłonią od dołu w puszkę z Najświętszym Sakramentem. Jeśli szafarz był na takie uderzenie przygotowany, kończyło się to tylko chwilą strachu, ale zdarzyła się też sytuacja, gdy "pobożna" a bezmyślna parafianka rozsypała połowę zawartości puszki na podłogę kaplicy. I co jej powiedzieć w takiej sytuacji?

Przy wstawaniu z klęczek należy także uważać, aby nie potrącić osoby klęczącej obok, która właśnie przyjmuje Ciało Pańskie, bo to może też spowodować upuszczenie Eucharystycznego Chleba przez kapłana. W tej sytuacji trzeba chwilę poczekać, aż ksiądz przesunie się dalej (o kilka osób) i nie będziemy stwarzać niebezpieczeństwa wstając z klęczek.

Nigdy, ale to przenigdy nie należy wychodzić z kościoła przed końcowym błogosławieństwem. Oczywiście słowa te kieruję do wiernych, którzy nie mogąc się doczekać zakończenia nabożeństwa udzielają sobie dyspensy z jego części i idą do domu, zanim kapłan ich pobłogosławi. Takie zachowanie jest egoistyczne, niekulturalne i może nawet bluźniercze wobec Boga, który jeszcze nie zakończył swojej audiencji dla nas i nie przekazał wszystkich darów. A jakiego słowa użyć na określanie takiej postawy wobec kapłana, który np. czytając ogłoszenia duszpasterskie widzi swoich "wiernych" wychodzących z ławek i ostentacyjnie idących do domu. Jeżeli komuś nie zależy na Bożym błogosławieństwie, a ogłoszenia duszpasterskie go denerwują, to niech wcale nie przychodzi do świątyni, bo i reszta wykonanych w niej czynności też na nic mu się nie przyda.

 

Ks. Jarosław Grabarek

 

http://nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/numery/012003/06.html


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Konflikt w konfesjonale.

piątek, 25 stycznia 2008 12:30
 

„Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik."

(Mt 18, 15-17)                   

 

Coraz śmielej piszemy ostatnio o uzdrowieniu zranień doznanych w konfesjonale. I choć odwaga w podejmowaniu problemu jest godna pochwały, konieczna jest jednak wielka ostrożność, ponieważ nie wszystko, co subiektywnie wierni odbierają jako zranienie, bywa nim de facto. A ponieważ pojęcie "zranienie w konfesjonale" staje się "modne", stąd winno być traktowane z wielką rozwagą i delikatnością. Sprawianie wrażenia, że konfesjonał jest przede wszystkim miejscem zranienia, byłoby bowiem niepowetowaną krzywdą wyrządzoną tej najpiękniejszej, choć i najtrudniejszej posłudze.

Dostrzec problem

Kiedy penitent w czasie spowiedzi poczuje się boleśnie dotknięty zachowaniem kapłana, ma prawo podjąć temat i mówić o tym. Stąd otwarta refleksja nad zranieniami w konfesjonale jest ważnym przyczynkiem do oczyszczenia klimatu wokół sakramentu pojednania, zagrożonego relatywizacją moralną współczesnej cywilizacji i wynikającym z niej lekceważeniem spowiedzi. Kard. Joseph Ratzinger w 2005 roku w czasie Drogi Krzyżowej odprawianej w Koloseum w Wielki Piątek mówił z bólem: "Jakże mało cenimy sakrament pojednania, w którym [Chrystus] oczekuje, by nas podnieść z naszych upadków".

Dziś trzeba mówić nie tylko o tym, jak uzdrawiać zranienia w konfesjonale, które stały się faktem, ale także o tym, jak im zapobiegać. Jakkolwiek za dialog prowadzony w konfesjonale przede wszystkim odpowiedzialny jest spowiednik, to jednak ogromny wpływ na niego może mieć także penitent. Nie usiłując usprawiedliwiać księży, których zachowanie nie odpowiada godności konfesjonału, trzeba mieć świadomość, że są oni tylko ludźmi, tak samo ułomnymi jak wszyscy. Penitent właściwą reakcją i postawą mógłby nieraz zapobiec trudnym sytuacjom, które później ciągną się latami. Stąd rodzi się ważne pytanie: W jaki sposób należy się zachować, kiedy poczujemy się zranieni w konfesjonale przez spowiednika: jego słowami, postawą, opiniami, oceną moralną czy w inny sposób?

 

Z jednej strony, kiedy penitenta w konfesjonale spotyka jakaś przykra sytuacja, nie powinien obrażać się ani na Pana Boga, który posługuje się takimi niedoskonałymi sługami, ani na Kościół za to, że wyraża zgodę, by tacy księża spowiadali, ani nawet na samych spowiedników, którzy - wbrew wszelkim łagodzącym okolicznościom - ponoszą jednak odpowiedzialność za swoje zachowanie. Z drugiej jednak strony, nie należy lekceważyć raniących sytuacji konfesjonału, uważając, że "nic takiego się nie stało" albo że "to jego problem, nie mój". "Szlachetne" przebaczenie "biednemu księdzu" nie jest dobrym rozwiązaniem. Można oczywiście podziwiać penitentów, że tak cierpliwie znoszą niewłaściwe zachowanie spowiedników, którym - mówiąc ogólnie - brakuje przygotowania lub wyczucia, nie należy jednak w takiej sytuacji pochwalać ich pasywności. Jakakolwiek forma konfliktu w konfesjonale pomiędzy spowiednikiem a penitentem nie ma charakteru prywatnego nieporozumienia. Konfesjonał nie jest bowiem prywatnym miejscem pracy księży. Aby mogli godnie sprawować swoją posługę, Kościół ofiaruje im długoletnią formację, rozeznaje ich zdatność, a dopuszczenie do święceń przybiera charakter aktu publicznego. Kiedy jednak mimo wszystko niektórzy z nich zawodzą, wówczas - w trosce o godne sprawowanie sakramentu pojednania - wiele mogą zrobić także penitenci.

 

W trudnych sytuacjach, jakie mogą zdarzyć się w konfesjonale, penitent winien najpierw uważnie rozeznać, czy rzeczywiście ma on do czynienia ze zranieniem. I choć bezceremonialne napomnienie spowiednika może sprawić przykrość, to jednak kiedy jest ono prawdziwe, nie należy go traktować w kategoriach zranienia. Ból sprawia przede wszystkim własny grzech, którego być może do końca jeszcze penitent nie zobaczył i nie uznał. Wobec postępującej relatywizacji zasad moralnych coraz trudniej dzisiaj rozmawiać księdzu z niektórymi ludźmi, ponieważ czasami usiłują oni dyskutować o słuszności zasad, jakby zależały one od kapłana. Spowiadanie wymaga wówczas wielkiej cierpliwości i nie lada sztuki prowadzenia dialogu. To zastrzeżenie nie jest próbą usprawiedliwiania spowiedników, którym brakuje niekiedy kultury słowa, szacunku, dyskrecji i delikatności. To raczej zachęta do wielkiej ostrożności w wysuwaniu zastrzeżeń wobec trudnych czasami do przyjęcia słów księdza w konfesjonale. Oczywiście sytuacje zranienia zdarzają się i, nawet gdyby były bardzo rzadkie, winny być podjęte jako poważny problem.

Ocalić słowa spowiednika

 

Jeśli penitent czuje się niewłaściwie traktowany, w przyjęciu odpowiedniej postawy ogromnie pomocne może być tzw. presuponedum, czyli "wstępne założenie", jakie na początku Ćwiczeń duchownych daje kierownikowi duchowemu i odprawiającemu rekolekcje św. Ignacy Loyola. Ma ono ułatwić dialog w Ćwiczeniach, by mógł przebiegać bez nieporozumień, a sytuacje niejasne były rozwiązywane w duchu zgody, pokoju i wzajemnego rozumienia. "Aby zarówno dający Ćwiczenia Duchowne, jak i przyjmujący je - mówi Ojciec Ignacy - bardziej pomagali sobie wzajemnie i postępowali [w dobrem], trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością, a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł ją ocalić" (Ćd 22). W sytuacji niezrozumienia pomiędzy dającym rekolekcje a odprawiającym je, Ignacy doradza podjęcie pewnych kroków. Można je zastosować w analogicznej sytuacji konfliktowej w konfesjonale.

 

Zarówno spowiednik, jak i jego penitent - jako dobrzy chrześcijanie -powinni być bardziej skorzy do "ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia". Kiedy więc penitent czuje się zraniony jakimś słowem spowiednika, wówczas, analizując je w kontekście całego spotkania, winien założyć, że spowiednik chciał mu pomóc, choć może uczynił to niezbyt zręcznie. Emocjonalność wielu mężczyzn, także i księży, bywa nieraz nieco surowa. Wstydzą się niekiedy przyjmować życzliwość i okazywać ją. I choć to, co mówią, brzmi szorstko, za ich niezręcznie wypowiadanymi zdaniami kryje się często dobre, wręcz czułe serce. Tacy mężczyźni są nieraz doskonałymi spowiednikami. Zbytnia wylewność i czułość w konfesjonale bywa zwodnicza i myląca, a czasami nawet trująca. Spowiednik, który chwali penitentów czy schlebia im, usypia ich i zwodzi, a przez to także okłamuje. Jeden z Ojców pustyni twierdził, że spowiednik, który chwali grzesznika, oddaje go w ręce diabła. Grzesznik winien być napominany. Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło (J 5, 14) - mówił Jezus do uzdrowionego. Kobietę upadłą, którą obronił przed ukamienowaniem, napominał: Idź i odtąd już nie grzesz (J 8, 11).

 

Słysząc trudną mowę spowiednika, penitent winien najpierw ratować jego słowa, zakładając, że jest dobrym chrześcijaninem, gorliwym kapłanem i chce służyć swoim upomnieniem. Mocne słowa księdza w konfesjonale czy na ambonie nie będą nas ranić, jeśli potraktujemy je jako adekwatną do naszych grzechów przestrogę. Kiedy w 1993 roku Jan Paweł II na Sycylii ostro napomniał mafię za popełniane przez nią zbrodnie, wołając podniesionym głosem: "Nawróćcie się, bo kiedyś wybije godzina sądu", zatwardziali sycylijscy mafiosi uznali, że Papież obraził nie tylko ich, ale także wszystkich Sycylijczyków. Penitent, który nie szuka rzeczywistego nawrócenia, łatwo się zamknie i obrazi, gdy spowiednik upomni go lub wskaże przewidywane skutki jego grzechu. Słuszne upomnienie, choć bywa nieraz bolesne, nie jest dla człowieka poniżające. Wręcz przeciwnie - pomaga w odzyskaniu godności.

Nie bać się zapytać

 

Musimy być jednak uczciwi wobec tych penitentów, którzy skarżą się na swoich spowiedników. Zdarzają się takie zachowania w konfesjonale, których nie da się ocalić, ponieważ w sposób jednoznaczny są niesprawiedliwe. Wówczas, za radą Ignacego Loyoli, możemy nawiązać dialog, porozmawiać i pytać. Nie tylko ksiądz może zadać pytanie: "Co pan chciał przez to powiedzieć?", ale i penitent może spytać: "Co ojciec chciał mi przez to powiedzieć?". Wiele nieporozumień w konfesjonale wynika bowiem z braku odpowiedniego języka, nieprecyzyjnego wyrażania się i stosowanych przez obie strony skrótów myślowych. Dobry spowiednik, słysząc zagmatwane i niejasne wyznania, dyskretnie poprosi o wyjaśnienie. Ma obowiązek to zrobić, jeśli chodzi o ciężką materię grzechu. Wielu penitentów naraża się w konfesjonale na dodatkowe przykre pytania ze strony spowiedników tylko dlatego, że ich wyznanie grzechów jest nieprzygotowane, ogólnikowe, podszyte fałszywym wstydem i niekonkretne. Kiedy penitent nie wie, jak opisać swój grzech, może skorzystać z rachunku sumienia. Krótka refleksja nad tym, jak nazwać swój grzech, mogłaby zapobiec niejednemu nieporozumieniu w konfesjonale.

 

Zdarza się jednak, że powodem nieporozumienia jest niewłaściwa postawa księdza: brak uważnego słuchania, podejrzliwość, niedyskretne pytania, słowa obrażające poczucie godności penitenta, uwagi czy pytania ingerujące w intymną sferę, pobieżne oceny moralne, schematyczne i surowe pouczenia czy niestosowne pokuty zadawane bez rozeznania. Bardzo raniące są też pytania sugerujące grzech, którego penitent nie popełnił. W takiej sytuacji możemy zapytać spowiednika, jak zrozumiał nasze wyznanie, co chciał nam powiedzieć lub czy mógłby daną kwestię wyjaśnić. Często wymaga to nie lada odwagi, może jednak zapobiec narastaniu konfliktu. Kapłan, słysząc tego typu pytania, byłby zaproszony do refleksji, czy jego zachowanie nie przekracza pewnych granic, które jako spowiednik winien zachować. Zbyt wielu penitentów, słysząc przykre, a czasami i niesprawiedliwe słowa spowiednika, zamyka się w sobie, czują się urażeni i odchodzą od konfesjonału. A ponieważ uwagi księdza mają zwykle związek z ich grzechami, niewielu też dzieli się doznaną w konfesjonale przykrością z innymi.

 

W czasie rekolekcji ignacjańskich wielokrotnie byłem świadkiem powrotów rekolektanów do dawnych spowiedzi, pełnych bólu, upokorzenia i cierpienia. Dorosłe osoby nieraz po dziesiątkach lat podejmowały decyzję, by opowiedzieć o trujących ich duszę wspomnieniach spowiedzi z wczesnego dzieciństwa lub okresu dojrzewania. A ilu wiernych nigdy nie opowie o zranieniach w konfesjonale, ponieważ postanowiło, że już przed żadnym księdzem nie uklękną, choć mimo wszystko starają się modlić i chodzą co niedzielę do kościoła? Słuchając tych wyznań, miałem wrażenie, że chodziło de facto o drobne sprawy. Drobne jednak tylko dla księdza. Kiedy bowiem penitent po wielu wewnętrznych walkach zdecyduje się zaufać kapłanowi i otworzy przed nim swoją duszę jak przed ojcem, a potem zostanie potraktowany niedyskretnie, surowo i bez zrozumienia, owa drobna sprawa urasta do życiowego wręcz dramatu.

 

Wszyscy w duszy mamy jakieś obolałe miejsca, które ledwo dotknięte, czasami przypadkowo, sprawiają ogromny ból. Ile dorosłych kobiet i mężczyzn z wielką przykrością wspomina niedyskretne pytania z zakresu szóstego czy siódmego przykazania, które usłyszeli w dzieciństwie czy też w okresie dojrzewania? Sprawy niby drobne, ale bolą latami. "Ile razy przypomnę sobie o tamtej spowiedzi, muszę od nowa dokonać aktu przebaczenia" - wyznał jeden z penitentów.

 

Kiedy zadajemy spowiednikowi pytanie, jak mamy rozumieć jego słowa, w jakimś sensie egzaminujemy go z jego posługi w konfesjonale. Takie pytanie może być dla niego leczące. Gdyby częściej penitenci zadawali je swoim spowiednikom, wielu z nich z pewnością zmieniłoby swoją postawę. A jeśli zdarzyłoby się, że penitent w swoim przewrażliwieniu wyolbrzymi słowa i zachowania spowiednika, wówczas spokojna i wyważona odpowiedź księdza uspokoi spowiadającego się i wzbudzi zaufanie do jego posługi.

W razie potrzeby poprawić

 

Jeżeli spowiednik, zdaniem penitenta, źle dokonał oceny, niesłusznie użył przykrych czy wręcz obraźliwych słów, wówczas może "poprawić go z miłością". Penitent ma prawo w konfesjonale upomnieć się o sprawiedliwą ocenę swojego sumienia i należny mu szacunek, gdyby uznał, że te dobra w sposób istotny zostały naruszone. Jeśli takie napomnienie nie skutkowałoby, Ignacy każe szukać innych "środków stosownych do tego, aby wypowiedź dobrze zrozumieć i w ten sposób ją ocalić". O jakie środki chodzi, tego Ignacy nie podaje. Jako człowiek głębokiej wiary i bogatego doświadczenia duszpasterskiego wiedział jednak, że w najtrudniejszych sytuacjach Duch święty, na którego jesteśmy otwarci, podpowiada rozwiązania, do jakich sami nigdy byśmy nie doszli. Modlitwa za siebie i za kapłana oraz prośba o światło i moc do stawienia czoła konfliktowej sytuacji mogą być tym pierwszym "innym środkiem", o którym wspomina Ignacy.

 

W konfesjonale role spowiednika i penitenta są zupełnie odmienne, jednak na gruncie spotkania ludzkiego obaj są braćmi i mają te same prawa i obowiązki wobec siebie: wzajemny szacunek, zrozumienie i życzliwość. Penitent może wyrazić swój sprzeciw, jeżeli uzna, że jego ludzkie prawa zostały w jakiejś formie naruszone. Taka sytuacja bywa dla spowiednika bardzo trudna. Może się też zdarzyć, że to przewrażliwiony penitent zachowa się niesprawiedliwie wobec spowiednika. Nie są to rzadkie przypadki. Kapłan musi wówczas przyjąć to jako część pełnionej przez niego posługi. Dobrzy spowiednicy łatwo radzą sobie z takimi sytuacjami. O ile spowiednik nad niewłaściwym zachowaniem penitenta w konfesjonale winien przejść do porządku dziennego, o tyle penitent nie powinien tego robić w stosunku do spowiednika. To kapłan, z natury sakramentu, ma być najpierw znakiem miłosierdzia dla penitenta, a nie odwrotnie.

 

Spowiednik, który zachowuje się w sposób niestosowny, winien usłyszeć reakcję zwrotną ze strony penitenta. Jeżeli zdarza się, że księża latami ranią ludzi podczas spowiedzi, to tylko dlatego, że nikt wcześniej nie zwrócił im na to uwagi. Pytanie skierowane do spowiednika o to, jak powinniśmy rozumieć jego słowa, lub poprawienie go z miłością są nieraz bardzo potrzebne - nie tylko z powodu nas samych, ale także ze względu na kolejnych penitentów, którzy uklękną przed danym księdzem jako spowiednikiem.

 

Ten typ dialogu bywa bardzo trudny. Gdyby osoba spowiadająca się miała świadomość, że nie opanuje wzburzenia, byłoby lepiej, aby - ze względu na godność sakramentu pojednania - takiego dialogu nie rozpoczynała. Przyjąwszy z pokorą rozgrzeszenie, może zastanowić się późnej, jak zaistniałą przykrą sytuację rozwiązać. Podobnie trzeba by przerwać rozmowę, gdyby penitent miał wrażenie, że spowiednik z kolei reaguje zniecierpliwieniem, podnosi głos czy przestaje panować nad sobą. Uratowanie godności sakramentu jest, jak się zdaje, znacznie ważniejsze od dochodzenia osobistych praw sprawiedliwego i życzliwego traktowania w konfesjonale. Upokorzenia spowiednika przez swoją reakcję, na przykład gwałtowne odejście od konfesjonału bez słowa, byłoby niegodne sakramentu. W razie napięcia czy konfliktu przy spowiedzi także penitent winien robić wszystko, aby rozstanie z kapłanem odbyło się "w najlepszej zgodzie". Nawet jeżeli zachowuje się on w sposób nieodpowiedni, jego posługa w konfesjonale może być przyjęta w duchu wiary i zasługiwać na szacunek.

Najpierw być dobrym penitentem

 

Powyżej sformułowane zachęty dla penitentów mogą wydać się wielu spowiednikom przesadą, namawianiem ich do arogancji i braku pokory czy wręcz unoszenia się dumą, kiedy potrzebna jest raczej postawa uniżenia. Do tej pory częściej słyszeliśmy słowa, by z pokorą, "jako pokutę za grzechy", przyjmować przykre słowa, nawet gdyby były nieco przesadzone czy niesprawiedliwe. Spowiedź, niezależnie od tego, jak się potoczy, zawsze będzie ważna, o ile penitent żałuje za wyznane grzechy, a spowiednik udzieli mu rozgrzeszenia. Ma ona jednak także inną ważną funkcję: wzajemnego spotkania w duchu wiary wobec miłosiernego Boga i dania sobie wzajemnego świadectwa. Spowiednik ma obowiązek nie tylko udzielić "obiektywnie" ważnego rozgrzeszenia, ale także umocnić penitenta w wierze i szacunku do siebie, podnieść na duchu, zachęcić do modlitwy i życia duchowego. Spowiednik winien zachowywać się tak, aby było oczywiste, że on sam jest grzesznikiem, który również potrzebuje miłosierdzia, podobnie jak ten, komu udziela rozgrzeszenia, chociaż nie ma potrzeby wspominać o tym wprost. Jan Paweł II często przypominał księżom, że będą dobrymi kapłanami tylko wówczas, jeśli sami wcześniej staną się dobrymi penitentami. Zbyt często usprawiedliwiamy niewłaściwe zachowanie księdza w konfesjonale "obiektywną" ważnością sakramentu. Niesprawiedliwy sposób sprawowania tej obiektywnie ważnej posługi może jednak ranić człowieka i obrażać Boga.

 

Spowiednik słowem i zachowaniem winien budzić u penitenta postawę wewnętrznej wolności oraz odpowiedzialności za siebie i za ocenę własnego sumienia. Bo choć spowiednik jest znakiem danym przez Chrystusa, nie jest panem ludzkiego sumienia i nie może ingerować w nie w sposób dowolny. Nakazy, napomnienia, oceny i uwagi księdza muszą być głęboko osadzone nie tylko w obiektywnej nauce Kościoła, ale także w konkretnych warunkach i okolicznościach życia osoby spowiadającej się. Stąd aby coś jej doradzić, trzeba ją najpierw dobrze wysłuchać, zrozumieć i wczuć się w jej sytuację. Pouczenia w konfesjonale nie będą pomocne, jeśli rozminą się z najgłębszymi duchowymi potrzebami, oczekiwaniami i problemami penitenta.

 

Rozgrzeszenie księdza wypowiedziane w imieniu Kościoła zawsze ma moc odpuszczenia grzechów, jednak inne jego słowa są pomocne tylko o tyle, o ile kapłan sam jest wierny Kościołowi i żyje jego duchem. Powierzchowne, przesadzone i surowe oceny, nawet jeżeli jest w nich wiele "kapłańskich emocji", są powiedziane we własnym imieniu, a nie w imieniu Boga i Kościoła. Podobnie we własnym imieniu niektórzy kapłani zmieniają dzisiaj wymagania Kościoła, sugerując, że nie podąża on za wymaganiami współczesnej cywilizacji. Jak ewangeliczni faryzeusze uzurpują sobie prawo do znoszenia przykazań, ale najczęściej tylko dlatego, że nie traktują ich poważnie. Kapłan, który ma świadomość, czym jest Boże prawo, nie śmie go pomniejszać czy podważać. Jeżeli jemu samemu trudno je zachować, winien to wyznać z pokorą przed Bogiem i własnym spowiednikiem, jak czynią to przed nim penitenci. Byłoby rzeczą wskazaną, by spowiednik - od czasu do czasu - zadał sobie pytanie, czy pod uwagami i radami wypowiadanymi przez niego w konfesjonale podpisałby się Pan Bóg. Odpowiedź na tak postawione pytanie może być bardzo trudna.

 

Słowo napomnienia w konfesjonale, które jest obowiązkiem spowiednika, winno być wolne od jego nieuporządkowanych emocji, szczególnie zaś gniewu i wyniosłości. Ojcowski ton, duch wiary, skromność i pokora sprawiają, że zwracanie uwagi penitentom nie jest przez nich odbierane jako ranienie. Doświadczenie pokazuje, że wierni nie obrażają się tak łatwo, a życzliwe upomnienie przyjmują w duchu wdzięczności. Penitenci przychodzą i klękają w konfesjonale, ponieważ chcą się przed Bogiem upokorzyć, wyznając swoje grzechy.

Idź i powiedz Kościołowi

 

Spowiednik w konfesjonale nie jest ostatnią instancją i sam nie daje sobie delegacji posługiwania. Ma przełożonych, którzy na mocy udzielonej im władzy posyłają go do posługi w konfesjonale. To mechanizm wypracowany przez Kościół na przestrzeni wieków, który pozwala rozeznawać postawę i zachowania duszpasterzy. Biskup udziela jurysdykcji kapłanowi do spowiadania na terenie jego diecezji i na ściśle określony czas, zwykle bardzo krótki. Odnawianie tej jurysdykcji jest okazją do rozeznania postawy kapłana w konfesjonale. Jurysdykcję winno traktować się z całą powagą wobec księży, na których penitenci się uskarżają, o czym często proboszczowie lub koledzy kapłani dobrze wiedzą. Te opinie wiernych zbywają, niestety, uwagami wypowiedzianymi dobrotliwym tonem: "Trochę tam krzyczy na ludzi". Cofnięcie jurysdykcji niektórym księżom, choćby na kilka tygodni czy miesięcy, byłoby dla nich mocnym upomnieniem i zachętą do refleksji nad ich reagowaniem w konfesjonale.

 

Wiernym, którzy nie studiują prawa kanonicznego ani teologii moralnej, należy się jasna informacja o tym, że Kościół jako wspólnota ma skuteczne instrumenty duchowe i prawne, aby osoby zachowujące się niewłaściwie w konfesjonale zobowiązać do zmiany ich postawy lub - w razie potrzeby - odsunąć od pełnionych funkcji. W ten sposób tworzy się we wspólnocie Kościoła klimat moralnej i duszpasterskiej przejrzystości. Oczywiście wiernym nie są potrzebne informacje o podejmowanych nieraz krokach dyscyplinarnych wobec kapłanów, ale jedynie świadomość, że Kościół jako wspólnota bierze pełną odpowiedzialność za postawę i zachowanie kapłana w konfesjonale.

 

Jeżeli spowiednik zachował się wobec penitenta niesprawiedliwie czy nawet gorsząco, a jednocześnie nie chciał na ten temat podjąć rozmowy, penitent ma prawo odwołać się do jego przełożonego. Osoby, które w konfesjonale spotkała przykra sytuacja, w imię miłości do sakramentu pojednania winny czuć się zobowiązane do szukania jakiegoś rozwiązania zaistniałej sytuacji. Ową trudność można co prawda potraktować jako pokutę za grzechy, ale - biorąc pod uwagę wymiar eklezjalny posługi sakramentalnej - trzeba ją przedstawić jako problem osobom kompetentnym. Obmawianie księdza, plotkowanie i obnoszenie się ze swoim skrzywdzeniem nie są właściwym rozwiązaniem.

 

Aby nie podejmować nierozważnych kroków, dobrze jest w takiej sytuacji szukać porady doświadczonego kapłana, który byłyby w stanie ocenić ją obiektywnie. Przedstawiając problem, trzeba nabrać dystansu do własnych zranionych emocji. Nie chodzi bowiem jedynie o wyżalenie się przed innym kapłanem, choć i to może być cenne, ale przede wszystkim o szukanie światła, w jaki sposób postąpić. I choć w razie wątpliwości można konsultacje powtórzyć, nie należałoby jednak szukać rady u zbyt wielu przypadkowych osób. Wielość sprzecznych opinii nie pomaga w wyrobieniu sobie trafnego sądu.

 

Jeżeli penitent uzna, że zachowanie spowiednika było na tyle krzywdzące, że potrzebne jest zgłoszenie tego faktu bezpośredniemu przełożonemu kapłana, wówczas ma do tego prawo. Winien jednak mieć świadomość, że bierze na siebie znaczną odpowiedzialność sumienia, ponieważ spowiednika obowiązuje tajemnica spowiedzi i nie może bronić się przed wysuwanymi wobec niego zarzutami. Powiadomienie biskupa o niewłaściwym zachowaniu spowiednika należałoby stosować jedynie w sytuacjach najtrudniejszych, takich, za które Kościół nakłada na kapłana ekskomunikę: nakłanianie do grzechu lub wywoływanie zgorszenia. Jeżeli penitent nie ma pełnej jasności sumienia, jak należy postąpić, a ponadto doświadczeni kapłani odradzają to radykalne rozwiązanie, wydaje się rzeczą słuszną nie brać na siebie takiej odpowiedzialności. Można wówczas udać się do niższej instancji, na przykład do proboszcza lub dziekana.

 

Gdyby jednak chodziło o jednoznacznie niemoralne sytuacje ze strony kapłana wobec ludzi młodych, byłoby wskazane - o ile rzeczywiście sytuacja jest bardzo poważna - by osoba, u której młody krzywdzony człowiek szuka porady, udała się do bezpośredniego przełożonego. W sytuacjach głębokiej krzywdy, gdy młodemu człowiekowi brakuje jeszcze rozeznania i pewności siebie, nie można go zobowiązywać w sumieniu, aby sam narażał się na dodatkowe cierpienie i upokorzenie. Jest rzeczą oczywistą, że ktoś, kto idzie do biskupa czy prowincjała "ze skargą" na spowiednika, będzie poddany gruntownemu rozeznaniu i badaniu. Takie sytuacje wymagają niekiedy wręcz heroizmu. A ponieważ oskarżenie łatwo może być odwrócone w drugą stronę, stąd konieczna jest najwyższa rozwaga.

 

Zdarza się, że osoby zranione w konfesjonale we wczesnym dzieciństwie lub młodości w przypływie szczerości opowiadają o tym w mediach, podważając zaufanie do księży, podczas gdy nic nie zrobiły, by takim sytuacjom zapobiec w ramach wspólnoty Kościoła. Medialne nagłaśnianie pojedynczych sytuacji zranienia w konfesjonale jest krzywdzące dla całego Kościoła, ponieważ podważa zaufanie do kapłanów jako spowiedników i duszpasterzy.

 

Sytuacje, które rozważamy, na szczęście nie zdarzają się często. Trzeba jednak o nich mówić otwarcie, także wobec penitentów świeckich. I choć wielkie pożary zdarzają się bardzo rzadko, każdy budynek, w którym ludzie mieszkają i pracują, jest wyposażany w jasno oznakowane drogi ewakuacyjne oraz sprzęt przeciwpożarowy, nawet jeżeli ten często nigdy nie bywa używany. Ludziom rozsądnym nie przyjdzie jednak do głowy podważać słuszności instalowania go. Rzeczywistość bowiem pokazuje, że zdarzają się sytuacje, w których z jego pomocą ratuje się ludzkie życie. Jeżeli rzadko wybuchają wielkie pożary, to także dlatego, że z pomocą sprzętu bywają gaszone w samym zarodku. Odpowiedź na pytanie: "W jaki sposób należy się zachować, kiedy poczujemy się zranieni w konfesjonale przez spowiednika?" może być dla wielu takim właśnie nieużywanym sprzętem przeciwpożarowym. Penitent może mieć świadomość, że Kościół jako wspólnota chroni go wobec możliwych nieuczciwych zachowań w konfesjonale. Jest to także sygnał skierowany do księży nadużywających zaufania Kościoła, że posiada on określone mechanizmy, które pozwalają mu zapobiegać krzywdzie i bronić słabych.

 

Józef Augustyn SJ

 

http://www.opoka.org.pl/


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Kościelny savoir-vivre.

piątek, 25 stycznia 2008 12:24
 

Radni w Olsztynie jako pierwsi tworzą uchwałę zakazującą palenia papierosów na terenie nekropolii - napisał niedawno jeden z dzienników.

Krytycy zaraz stwierdzili, że powoli prawne nakazy i zakazy wkroczą we wszystkie dziedziny życia. Z drugiej strony - trudno nie zgodzić się z faktem, że mamy dzisiaj poważne braki w dobrym wychowaniu. Także tym "kościelnym".

 

Prawo nie załatwi wszystkiego

 

Pomysłodawczynią olsztyńskiego zakazu jest Ewa Zakrzewska, radna PO. - W naszym mieście obowiązuje już zakaz palenia na przystankach autobusowych. Wkrótce dopiszemy do uchwały cmentarze. Czasami jest to potrzebne, by przypominać o kulturze - stwierdziła w rozmowie z dziennikarzem. Złamanie przepisów miałoby kosztować nawet 500 zł. Od ich egzekwowania byłaby straż miejska. Duchowni przepisu nie krytykują, karaniu palaczy są jednak przeciwni. Ks. Józef Fijałkowski uważa, że sprawy takie jak palenie powinny regulować sumienie i wrażliwość. A ks. inf. Julian Żołnierkiewicz podkreśla w wywiadzie dla jednej z gazet: "Mamy media, ambony, szkoły, musimy wychowywać ludzi, by nauczyć ich, jak poruszać się po świecie, nie depcząc świętości. Karanie nic nie da".

           

 

Okazuje się, że choć nie wszystko da się prawnie zakazać i nakazać, to jednak w kazaniach trzeba mówić nie tylko o Panu Bogu, ale również np. o tym, jak zachować się w świętym miejscu. Oto jeden z sosnowieckich cmentarzy tuż przed Wszystkimi Świętymi. Pogoda dopisuje, słoneczko świeci. Pewna dystyngowana dama wychodzi na spacer ze swoim pieskiem. Na miejsce spaceru wybiera właśnie cmentarz. Jej czworonożny przyjaciel, niczego nie rozumiejąc, załatwia swoje potrzeby wśród pomników.

Inny obrazek: 1 listopada po południu nad grobem spotyka się cała rodzina. Wszyscy z głośnym śmiechem opowiadają sobie zabawne wydarzenia z ostatnich miesięcy. W pewnym momencie któryś z mężczyzn w średnim wieku wyjmuje paczkę papierosów. Częstuje innych obecnych przy grobie. Przez chwilę widać, że jedna z pań trochę się krzywi. Zaraz jednak dochodzi chyba do wniosku, że nie będzie się wyróżniać i przyjmuje tę sytuację za normalną.

 

Przywiązani do komórek

 

Znajomy ksiądz opowiadał mi niedawno o pewnym pogrzebie. Odprawiał Mszę św. w niedużej cmentarnej kaplicy. Z jednej strony trumny on jako przewodniczący liturgii, z drugiej - rodzina. Nagle słyszy radosny dźwięk telefonu komórkowego, który dochodzi z kieszeni któregoś z żałobników. - Pomyślałem sobie: zdarza się, ktoś zapomniał wyłączyć telefon. Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy za chwilę usłyszałem swobodnie, choć przyciszonym głosem, prowadzoną przez właściciela aparatu rozmowę telefoniczną. Nie wiedziałem, czy mam kontynuować odprawianie nabożeństwa, czy też zrobić przerwę, żeby nie przeszkadzać w rozmowie - wspomina duchowny.

 

Msza św. z udziałem dzieci w dużym, miejskim kościele. Trwa Liturgia Słowa. Rozlega się dźwięk komórki. Wszyscy w świątyni zaczynają się rozglądać, komu dzwoni telefon. Po kilkudziesięciu sekundach telefon przestaje wydawać dźwięki. Mija minuta, może dwie. Sytuacja się powtarza. I tak kilka razy. Nastrój Liturgii jest już całkowicie zburzony. Nic dziwnego, że przed wejściem do coraz większej liczby świątyń pojawiają się rysunki przedstawiające przekreślony telefon. A może już niedługo przed Mszą św. będzie wychodził ministrant i prosił przez mikrofon o wyłączenie telefonu. Tak jak w kinach jeszcze niedawno przed seansami czyniły to na ekranie dwa sympatyczne, animowane łosie. Tylko czy tak ma wyglądać przygotowanie do Liturgii?

 

Dziecko w kościele

 

Nie tylko telefony komórkowe przeszkadzają w czasie niedzielnej Mszy św. Do jednej z diecezjalnych poradni rodzinnych przyszedł kiedyś list od Marioli. "Chcemy nasze dziecko wychować w wierze. Niestety, dwuletnia Ania nie potrafi spokojnie usiedzieć w ławce. Biega, czasami głośno mówi i nie zwraca uwagi na nasze prośby". Tego typu sytuacje często można spotkać w naszych kościołach. Małe dziecko biega wśród modlących się, stając się obiektem zainteresowania obecnych na Liturgii. Zadowolona mama czy tata nie reagują, dumni, że wszyscy patrzą na ich pociechę. W tym momencie kazanie czy inne części Mszy św. odchodzą na dalszy plan, bo dzieje się "coś ciekawszego".

 

Ubierz się odpowiednio

 

Do dobrego "kościelnego" wychowania należy też odpowiedni ubiór na Mszy św. Oczywiście, jest to temat bardziej na miesiące letnie niż zimowe, kiedy i tak ubieramy się raczej solidnie, idąc do naszych, często nieogrzanych kościołów. Ale już teraz warto zapamiętać: skoro do teatru czy filharmonii ubieramy się odpowiednio z szacunku dla artystów, innych widzów czy samej sztuki, to tym bardziej wypada ubrać się odświętnie do kościoła. Z szacunku dla Pana Jezusa.

 

Obrazek z wakacji: Kołobrzeg, piękna katedra. Do wnętrza wchodzą turyści. W przedsionku młody człowiek w sutannie, prawdopodobnie kleryk. Oprowadza grupy. Wchodzi kobieta w średnim wieku. - W takim stroju, bardzo przypominającym plażowy, nie może pani wejść do kościoła - kulturalnie tłumaczy kleryk. Wywiązuje się dyskusja, później kłótnia. Wychodząc, usłyszałem jeszcze, jak ta pani niemal krzyczała: - Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam!

 

Kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie jeden z dziennikarzy, prosząc o komentarz. Przez godzinę stał bowiem przy wejściu do Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze, przyglądając się postawom ludzi. Napisy i piktogramy (czyli specjalne obrazki) informują, że nie można w świętym miejscu pewnych rzeczy robić, także wchodzić w nieodpowiednim stroju. I przez ten czas widział przynajmniej kilka osób, które jakby nie zauważały tej prośby: m.in. pani z olbrzymim dekoltem, panowie w czymś w rodzaju podkoszulka.

 

Wierni z gumą do żucia

 

Zupełnie nowym obyczajem, który niekiedy wraz z wiernymi wchodzi do świątyń, jest żucie gumy. Nie jest to - jakby na pozór mogło się wydawać - jedynie domena nieświadomych dzieci lub młodzieży. Gumę w świątyni przeżuwają jednak w najlepsze również mężczyźni w tzw. sile wieku. "Przeżuwacz kościelny" to zazwyczaj przedstawiciel klasy średniej, mężczyzna ok. 40-50 lat, wyglądający na handlarza i bywalca taniej klasy lokali gastronomicznych. Do kościoła trafia od przypadku do przypadku, na zbiorowe Msze św. rodzinne typu chrzest, ślub lub pogrzeb. Zazwyczaj wie, jak należy się w nim zachować, z jakimś dziwnym upodobaniem uważa jednak, że on może trochę inaczej. Jest w tej postawie być może chęć pokazania pewnej wyższości nad "klepiącymi pobożnie zdrowaśki".

 

Dla księdza, zwłaszcza młodego, przeżyciem jest ślub czy pogrzeb w dużym mieście. "Pan z wami..." - rozpoczyna Mszę św. W odpowiedzi na wezwanie zapada cisza, którą czasami wypełnia organista lub kościelny, odpowiadając: "I z duchem twoim".

 

Dorośli bez manier

 

Na jednym z forów internetowych ktoś napisał: "Mówicie, że nikt nie zwraca uwagi małym dzieciom gadającym w kościelnej ławce. A co ze starszymi kobietami, które niejednokrotnie zachowują się nie lepiej? Ostatnio za mną siedziały dwie staruszki i gadały przez całą Mszę św., komentowały wszystko i rozpychały się. Czy ja, młoda osoba, mogę zwrócić uwagę w takiej sytuacji?".

 

Do dobrego tonu, albo inaczej - szacunku dla Pana Jezusa, należy także przychodzenie na czas. Nikt nie lubi, jeśli osoba, z którą się umawiamy, spóźnia się. Szef, u którego czynilibyśmy to notorycznie, po kilku uwagach po prostu wyrzuciłby nas z pracy. Pan Jezus z kościoła nas nie wyrzuci, ale to nie zwalnia nas od cnoty punktualności.

 

Kościelny savoir-vivre obowiązuje wszystkich. Dodam, że nie tylko ludzi wierzących. Nawet jeśli jakieś dobre wiatry przygnają tych drugich do świętego miejsca, choć bywają tu rzadko i bez przekonania, to wypada zachować się odpowiednio i z szacunkiem. Tak, aby radni nie musieli tego egzekwować prawem i grzywnami. Bo przecież najważniejsze jest to prawo wypisane w sercu i umyśle...

 

 

Ks. Jarosław Kwiecień

Tygodnik Katolicki NIEDZIELA nr 2/2008

 

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=nd200802&nr=38


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

A czym jest przyjaźń?...

poniedziałek, 14 stycznia 2008 11:45
 

 

Wydawałoby się, że to banalne pytanie, no cóż, być może, ale myślę, że jest ono na tyle istotne, iż warto je sobie postawić...

Czym zatem jest przyjaźń? Wielu zapewne odpowie, że jest to więź łącząca dwoje, lub kilkoro ludzi i w sumie na tym kończy się definicja, ale to przecież nie takie proste... Niektórzy dodadzą zapewne, że to bezkonfliktowy związek, układ, w którym wszyscy doskonale się rozumieją i dogadują między sobą.

Rzeczywistość jednak wcale nie jest taka różowa...

Przekonałam się o tym całkiem niedawno, kiedy o mało co nie straciłam przyjaciela

( przynajmniej wtedy miałam wrażenie, że go stracę...)

Wtedy też nauczyłam się czym jest prawdziwa przyjaźń. Zrozumiałam, że to wcale nie jest układ, w którym ludzie we wszystkim się dogadują, że żyją ze sobą bez konfliktów, bez nieporozumień. O nie!!! W naszym przypadku doszło do pewnych nieporozumień, oboje trochę niewłaściwie odczytaliśmy nasze intencje i... I niewiele brakowało, żebym straciła kogoś, na kim zależy mi chyba najbardziej na świecie... Nie faceta, ale Przyjaciela... jedynego, prawdziwego...

Zrozumiałam, że jeżeli dwoje ludzi jest razem, to nigdy nie będzie tak, że w każdej sprawie będą mieli to samo zdanie, że nierzadko będzie dochodziło między nimi do konfliktów, a już na pewno do mniejszych lub większych nieporozumień.

Kiedyś myślałam, że nasza przyjaźń będzie taka doskonała, że wszystko będzie się układać, okazało się jednak, że nie miałam racji, przynajmniej nie do końca...

Uświadomiłam sobie, że przyjaźń jest czymś pięknym, czymś najcudowniejszym na świecie, ale jednocześnie czymś niezwykle kruchym i delikatnym, co nie będzie w stanie zapobiec pojawianiu się nieporozumień. Zrozumiałam też, że o tym czy przyjaźń jest prawdziwa czy nie, wcale nie decyduje to, czy przebiega ona bezkonfliktowo, według mnie taka przyjaźń nigdy nie będzie prawdziwa, bo jeżeli nie ma konfliktów, drobnych starć i nieporozumień to znaczy, że ludzie ze sobą nie rozmawiają, żyją razem, ale tak naprawdę osobno, niby ze sobą, ale tak naprawdę obok siebie.

Bo prawdziwa przyjaźń to taka, która z każdego nieporozumienia, z każdego konfliktu, potrafi wyciągnąć naukę na przyszłość i podnieść się jeszcze silniejsza.

Nasza przyjaźń tak właśnie się odrodziła, jak Feniks z popiołów, jeszcze silniejsza, jeszcze piękniejsza... Teraz oboje będziemy się o nią troszczyć i pielęgnować ją bardziej niż dotychczas, bo jest ona dla nas czymś, co pozwala przetrwać...

Jeżeli ktokolwiek uważa, że można żyć bez drugiego człowieka jest w ogromnym błędzie i to oznacza, że nigdy nie spotkał na swojej drodze prawdziwego przyjaciela. Żal mi takich ludzi... Ja sama kiedyś tak myślałam, do tej pory jestem outsiderem, podchodzę z dystansem do ludzi, nie nawiązuję kontaktów z byle kim, z każdą przypadkowo napotkaną osobą, ale po tym co się stało wiem, że gdyby mój Przyjaciel odszedł nie umiałabym już normalnie żyć, bo pustki po stracie kogoś bliskiego nic i nikt nie jest w stanie zapełnić... Nawet gdyby z czasem znalazł się ktoś inny, ktoś, kto stałby się przyjacielem, to już nigdy nie byłoby to samo.

Przyjaźń nie polega na tym, że ma się z kim iść, mówiąc kolokwialnie, na piwo, że ma się z kim poplotkować, pożartować, owszem, ale to coś znacznie głębszego, bo Przyjaciel to ktoś, kto nigdy nie zostawi, kto nigdy nie powie, że nie ma czasu, Przyjaciel to ktoś, kto potrafi usłyszeć krzyk ciszy naszej samotności, ktoś, kto potrafi mówić, kiedy my chcemy słuchać i ktoś, kto milczy kiedy my mówimy, a przede wszystkim, gdy milczymy, to ktoś, kto potrafi sprawić, że nawet zza najczarniejszych chmur zaświeci słońce. Bo Przyjaciel jest jak pochodnia, która rozprasza ciemności cierpienia i smutku, wskazując drogę ku szczęściu...

 

Mój Przyjacielu... Dziękuję, że jesteś...

 

Karla_outsider (20.05.2006)


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Prowokacja czy bezmyślność?

poniedziałek, 31 grudnia 2007 15:40
 

Upalne lato bywa męczące. Znużeni wysokimi temperaturami, szczególnie w dużych miastach, szukamy wytchnienia na odkrytych basenach, nad jeziorem czy w parku. Niestety... także w kościele. Nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby nie fakt, że coraz częściej w stroju, w jakim paradujemy po plaży, potrafimy pojawić się także w świątyni, przed tabernakulum.

Polacy cieszą się w Europie zasłużoną opinią społeczeństwa katolickiego i zachowawczego. Polski katolicyzm i przywiązanie do wiary jest w zlaicyzowanej Europie na początku XXI wieku niekłamanym fenomenem. Wiele można by napisać dobrego o szczerej religijności Polaków. Niestety, nazbyt często w podstawowych sprawach okazujemy lekceważenie czy niepokojącą ignorancję.

Odurzeni upałem

Poznańska fara, druga połowa czerwca, upalny dzień u schyłku wiosny. Do remontowanej świątyni ciągle napływają z pobliskiego Starego Rynku kolejni turyści. W pewnym momencie do barokowego kościoła, w którego grubych murach jest zdecydowanie chłodniej niż na parnej wolnej przestrzeni, wkracza kolejna polska wycieczka. Wśród zwiedzających zauważam grupę kilku pań robiących wrażenie jakby wróciły z zajęć fitness albo aerobiku. Pokornie klękają przy kropielnicy, a następnie z radością konstatują: - Jak tu przyjemnie zimno, jak w chłodni!

Takich obrazów w wielu polskich świątyniach, niestety, jest aż nadto. Tymczasem w tak często przez nas odsądzanych od czci i wiary społeczeństwach Zachodu podobne sceny byłyby, jeśli nie wręcz niedopuszczalne, to po prostu niemile widziane i napiętnowane. We Włoszech, gdzie warunki klimatyczne przez znacznie większą część roku są bardziej dolegliwe niż w Polsce, rzadko kto odważy się wejść do świątyni katolickiej w stroju plażowym czy po prostu w krótkiej spódnicy, spodenkach lub z odsłoniętymi ramionami. Podobnie jest w innych krajach europejskich. Nikt nie chciałby ryzykować wyproszenia ze świątyni, nawet jeśli zwiedza ją wyłącznie jako dzieło sztuki architektonicznej.

Daleko za Europą

W Polsce nadal zbyt często jest inaczej. Bez zażenowania paradujemy po kościołach skąpo odziani czy nawet na boso. Tymczasem tak pogardzany przez niektórych Europejczyków świat islamu potrafi w swych miejscach sakralnych zachować zdumiewający wręcz rygoryzm, jeśli chodzi o odzienie. Jakże silna jest tam świadomość zasadniczego powodu, dla jakiego wierny udaje się do miejsca kultu. Tymczasem niejeden z nas byłby skłonny oburzyć się, gdyby zwrócono mu uwagę, że jest w kościele niewłaściwie ubrany. Wzdrygamy się na taką „pruderię".

- Kościół nie jest pruderyjny i nie wstydzi się nagości. Nie ma jednak powodu, dla którego mielibyśmy epatować nią w kościele. Do domu Bożego udajemy się przecież, by koncentrować się na czymś zupełnie innym: na modlitwie, kontemplacji, na sprawowanych sakramentach, na Chrystusie Eucharystycznym ukrytym w tabernakulum - mówi ksiądz profesor Paweł Bortkiewicz, teolog moralny i etyk, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. - Spójrzmy na dzielnicę chasydów w Jerozolimie czy na muzułmańskie meczety, gdzie nie dostalibyśmy się w stanie uchybiającym podstawowym zasadom tych religii, podczas gdy w naszych świątyniach nadal możemy czuć się bezkarnie, paradując nieomal w negliżu. Przypomina się tu zdanie z dzieła „Miłość i odpowiedzialność" Karola Wojtyły, które można sparafrazować, że wstyd związany z nagością może być przesłonięty jedynie przez miłość - dodaje ks. prof. Bortkiewicz. Wydaje się, że w czasach dominacji fałszywej miłości także do nagości mamy podejście fałszywe, uważając naturalny wstyd i skromność za wartości anachroniczne, zaściankowe i pruderyjne.

Nie tylko wiara, ale i kultura

Tymczasem stosowność stroju w świątyni to nie tylko wymóg ogólnoreligijny, ale wręcz cywilizacyjny. - Zakładamy - może zbyt idealistycznie, że pielgrzymi lub turyści sami wiedzą, jak winni być ubrani podczas pobytu na terenie kościoła - mówi ksiądz Jacek Pietruszka, wikariusz katedry na Wawelu. - Rzecz jasna, nie jesteśmy w stanie „skontrolować" wszystkich zwiedzających, szczególnie wtedy, gdy w katedrze wawelskiej jest ponad sto osób w jednym czasie. Wszyscy podążający na Wawel - turyści i pielgrzymi - zapoznają się z podstawowymi zasadami, jakie obowiązują w tym szczególnym miejscu. Są one określone w widocznych miejscach przy wejściu na Wawel. Jedną z takich zasad jest stosowność stroju. Zakryte ramiona, dłuższe spodnie czy spódnice to podstawa szacunku.

- Dla ludzi wierzących powinno być to automatyczne i oczywiste. Zaś dla niewierzących, którzy zwiedzają kościół jak swoiste muzeum, stosowność stroju winna wynikać z elementarnego dobrego wychowania, wyczucia smaku i taktu wobec wiary innych. Niestety nadal nam tego brakuje - dodaje ksiądz Jacek Pietruszka. - Pamiętam, jak organizowana była wizyta na Wawelu japońskiej pary cesarskiej. Wiadomo, jak precyzyjny i restrykcyjny jest japoński, cesarski protokół, w którym każdy krok jest zaplanowany. Tymczasem strona japońska przed wizytą pary cesarskiej konsultowała z nami, czy cesarz i cesarzowa mają przyklęknąć przed Najświętszym Sakramentem. Japończycy rozważali taką możliwość, mimo że nie przewiduje jej nie tylko tamtejszy protokół, ale nawet tradycja. Oto najwyższa miara szacunku - dodaje ksiądz Pietruszka.

Park czy sanktuarium?

Na jednej z bram wejściowych do licheńskiego sanktuarium widnieje napis: „Pielgrzymie, wycisz się. Wchodzisz na miejsce święte".

- Często zdarza się, że tę informację obojętnie mijają osoby ubrane w kuse spódniczki, krótkie spodenki albo bluzki przypominające stroje plażowe - twierdzi ksiądz Zbigniew Krochmal, rzecznik licheńskiego sanktuarium. - Zwracamy uwagę osobom niestosownie ubranym. Prosimy o zakrycie ramion, założenie długich spodni itd. Reakcje na nasze uwagi są różne: jedni pielgrzymi przepraszają za swoje zachowanie i ze zrozumieniem zmieniają strój, inni czują się urażeni, są nawet i tacy, którzy podnoszą głos na zwracających im uwagę. Były także przypadki, kiedy to prosiliśmy niewłaściwie ubranych ludzi o opuszczenie kościoła św. Doroty, gdzie znajduje się Cudowny Obraz Matki Bożej Licheńskiej i bazyliki mniejszej - dodaje ksiądz rzecznik.

Księża marianie z Lichenia wielokrotnie zastanawiali się i szukali przyczyn takiego niewłaściwego zachowania na terenie sanktuarium.

- Doszliśmy do wniosku, że należy ich upatrywać z jednej strony w nieznajomości zasad dobrego wychowania, obojętności na formę w relacjach międzyludzkich, a z drugiej strony w pewnym lenistwie czy nawet złośliwości. Braliśmy pod uwagę jeszcze jeden czynnik - parkowy charakter sanktuarium - podkreśla ksiądz Zbigniew Krochmal. Przybywający do sanktuarium otoczeni są mnóstwem zieleni, wielką ilością ciekawych i kolorowych roślin, oczek wodnych, ławeczek, na których można odpocząć w cieniu drzewa. Dlatego niektórzy odwiedzający traktują to święte miejsce jako przedłużenie rekreacyjnych miejsc znajdujących się w Licheniu - mówi ks. Krochmal.

Kto jest ważny?

Pytanie o strój w kościele, które komuś mogłoby wydać się hipokryzją czy małostkowością, w dobie postępującej emancypacji i łamania wszelkich tabu jest tak naprawdę pytaniem o miejsce Boga w naszym życiu. Idąc na rozprawę do sądu ubieramy się elegancko - w garnitur lub wytworny kostium, aby poprzez wywarcie właściwego wrażenia na sędziach wywalczyć swoje dobro. Przed wizytą u koleżanki, w filharmonii czy w dyskotece potrafimy godzinami spędzać czas w toalecie i przed lustrem. Boimy się egzaminatora, więc przed pójściem na uczelnię starannie dobieramy strój, by nie pojawić się ubranym niedbale. Tymczasem do kościoła wchodzimy prosto z ulicy, nierzadko nonszalancko, albo odwrotnie - koncentrujemy się na wywieraniu wrażenia na innych wiernych swoim ekstrawaganckim czy krzykliwym strojem... Zastanówmy się, Kto więc jest dla nas, chrześcijan, najważniejszy i jak okazujemy Mu szacunek w Jego domu?

 

Adam Suwart


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

Największy skarb ludzkości.

poniedziałek, 31 grudnia 2007 15:36

 

Poprzez adorację eucharystyczną Jezus dotyka duszy każdego człowieka i działa w samym sercu świata. Będąc uniwersalnym środkiem przeciwko złu, które nęka ludzkość, adoracja jest czerpaniem miłości Bożej z samego jej źródła.

 

     Ojciec święty Jan Paweł II mówi, że całe zło na świecie mogłoby zostać przezwyciężone poprzez ogromną moc nieustającej adoracji eucharystycznej. Jedną z jego pierwszych inicjatyw po zamachu w 1981 r. było ustanowienie codziennej adoracji w Bazylice św. Piotra. Za pomocą tych oto słów Cathaal Magee - świecki Irlandczyk, działający za zgodą miejscowego biskupa - nie przestaje przypominać o największym Skarbie, ukrytym w Najświętszym Sakramencie: Wielu kapłanów zaświadcza, że od kiedy tylko ustanowili w swych parafiach nieustanną adorację, to zaczęła maleć ilość przestępstw. Szatan wyrzucany jest z każdego miejsca, gdzie adoruje się nieustannie Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uwierzcie w to, że Jezus w Hostii jest Panem, który wyrzuca demony i działa z mocą oraz skutecznością nieskończenie większą, niż wszystkie siły bezpieczeństwa na ziemi. W Irlandii, w 78 parafiach, ludzie świeccy zmieniają się dzień i noc, aby nieprzerwanie adorować Najświętszy Sakrament. W ten sposób zaangażowanych jest mniej więcej 60 tys. ludzi, którzy modlą się jedną godzinę tygodniowo.

 

     Ruch nieustającej adoracji przez ludzi świeckich został zapoczątkowany w USA. W 1981 r. Ks. M. Traynor, głęboko przejęty wzrastającym poziomem przestępczości i narkomanii na terenie swojej parafii w Los Angeles, postanowił przeznaczyć jedną godzinę tygodniowo na adorację. Do tego samego zachęcał swoich parafian. Z biegiem czasu powstał łańcuch osób, zapewniających nieustanną modlitwę przed Jezusem w Hostii. W ciągu jednego roku dzielnica doznała znacznego przeobrażenia, a w ciągu kilku lat - poziom wszelkiego rodzaju przestępstw gwałtownie spadł. Konstatujący tę niecodzienną zmianę mieszkańcy sąsiednich parafii zaprowadzili również nieprzerwaną adorację w swoich kościołach. W ten sposób rozpoczął się ruch świeckich adoratorów Najświętszego Sakramentu. Ks. M. Traynor postanowił udać się do Rzymu w celu otrzymania błogosławieństwa dla tej inicjatywy ludzi świeckich. W maju 1986r. Ojciec święty z radością wysłuchał sprawozdania parafianina z Los Angeles i zachęcił go do dalszego rozpowszechniania dzieła nieustającej adoracji. Papież podarował mu również monstrancję, posiadającą u dołu napis: Totus Tuus. Obecna przy tym spotkaniu Matka Teresa z Kalkuty również wyraziła gorącą zachętę do rozszerzania tego ruchu: Nieustanna adoracja jest najpiękniejszym darem, jaki Pan może uczynić. Ludzie są głodni Boga. Wpatrując się w Najświętszy Sakrament wiemy, jak bardzo Bóg nas kocha. Będę się modlić, aby Bóg błogosławił Pańskie działanie, aby jak najwięcej ludzi podzielić mogło tę radość adorowania Chrystusa... Matka Teresa wielokrotnie świadczyła o przedziwnej mocy adoracji: Jeśli pragniecie mieć nowe powołania do waszych wspólnot, to ustanówcie codzienną adorację. Od kiedy uczyniły to Misjonarki Miłości, ilość powołań podwoiła się. Również ks. bp Seanus Hegarty z Raphöe w Irlandii donosi, że w 1990 r., spośród 20 seminarzystów z jego diecezji, 19 pochodziło z parafii ze stałą adoracją. Obecnie w Stanach istnieją setki kaplic z wieczystą adoracją. Ruch ten rozprzestrzenia się także w Korei, Japonii, na Filipinach oraz w Ameryce Środkowej i Południowej.

 

     Wiadomo jednak, że adoracja eucharystyczna praktykowana jest w Kościele już od wielu wieków. Jej korzenie sięgają wczesnochrześcijańskiej praktyki przechowywania Ciała Chrystusa z myślą o chorych. Kolejnym etapem było przedłużone wznoszenie Hostii podczas sprawowania Mszy św., skąd już niedaleka droga do pojawienia się monstrancji. Do szczególnego rozwoju kultu eucharystycznego przyczynił się Sobór Trydencki, który w dokumencie z 1551r. zalecił adorację uroczystą, publiczną, z wyjściem poza mury kościoła. Wszelkiego rodzaju ataki Reformacji przeciwko rzeczywistej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie wywołały falę tym większej pobożności eucharystycznej w Kościele. Jest to okres wielu zniesławień, lecz także bardzo wielu cudów eucharystycznych, które przyczyniały się do adorowania z wiarą tego największego Skarbu ludzkości na ziemi. W okresie Oświecenia - szerzącego niechęć dla wiary, a ubóstwiającego metodę "szkiełka i oka" - Diderot przepowiadał obalenie religii przez potęgę rozumu i nauki: Czy widzicie to jajko (symbol naukowej wiedzy)? To za jego pomocą zburzymy teologiczne szkoły i wszystkie świątynie na ziemi. Tymczasem, ruch eucharystycznej adoracji obejmował coraz więcej kościołów i parafii. Św. Alfons Liguori (1696-1787) zarządził na terenie swej diecezji wystawienie Najświętszego Sakramentu każdego wieczora. Taka całonocna adoracja istniała w kościele Santa Maria sopra Minerva w Rzymie już od 1538 r. Półtora wieku później, św. Małgorzacie Marii Alacoque - zakonnicy z Paray-le-Monial we Francji - objawił się Jezus, wskazując na swe Serce gorejące nieskończoną miłością, lecz wzgardzone i odepchnięte przez tak wielu ludzi. Jezus nauczył zakonnicę z Paray-le-Monial odprawiania „godziny świętej", polegającej na wynagradzającej adoracji w nocy z czwartku na piątek. W tym samym duchu miłości wynagradzającej, wyrażającej się przez nieustanną adorację, wzniesiono w sto lat później Bazylikę Najświętszego Serca Jezusowego na paryskim wzgórzu Montmartre. Dzień i noc, nieprzerwanie od 1885 r., trwa w niej eucharystyczna adoracja przed Chrystusem w monstrancji. Światowe centrum kultu Serca Jezusowego jest miejscem niezliczonych łask i nawróceń. W samym Paryżu istnieje zresztą kilka kaplic z całodziennym wystawieniem, umożliwiających ludziom pracującym krótką adorację - choćby w czasie południowej przerwy na posiłek. Jednym z tego typu miejsc jest kościół St. Louis d'Antin, w którym najmniej dwóch kapłanów nieustannie spowiada oraz gdzie sprawuje się osiem Mszy św. w ciągu dnia!

 

     Adoracja eucharystyczna jest czerpaniem łask dla całej ludzkości. Innymi słowy, z duchowych owoców modlitwy przed Najświętszym Sakramentem my wszyscy korzystamy. Prawda ta głęboko zainspirowała w połowie XIX w. francuską malarkę, Théodelinde Dubouché, która założyła Instytut Adoracji Wynagradzającej. W nocy 29 czerwca 1848 r., w przededniu święta Bożego Ciała, Théodelinde (późniejsza matka Maria Teresa) otrzymała od Pana następujące wezwanie: Pragnę mieć nieustannie przed sobą takie dusze, które przyjmować będą moje Życie. Na ich sercu umieszczę złoty kanał, taki sam, jak na sercu twoim. Za jego pomocą, dusze te przekazywać będą moje Życie innym duszom w świecie, które do mnie należą. Dane jej również było ujrzeć scenę, przedstawiającą Hostię, z której promieniowała dzień i noc życiodajna, Boska moc. Napełniała ona sobą wszystkie tkanki Ciała Mistycznego, którym jest Kościół. Poprzez to widzenie, Jezus ukazał jej nieskończoną moc wstawiennictwa jednych dusz za drugie. Nie zapomnijcie - powtarzała matka Maria Teresa nowicjuszkom - że Hostia skrywa Jezusa, który trwa w nieustannej adoracji wobec swego Przedwiecznego Ojca. Jedynie poprzez złączenie się z Jezusem możemy prawdziwie adorować Boga w duchu i prawdzie. Adoracja czyni z nas aktywnych współpracowników Boga, ponieważ jednoczy nas z Chrystusem w Jego nieustannej adoracji Ojca oraz dziele Odkupienia ludzkości. Czy prorocka wizja francuskiej malarki nie realizuje się za naszych dni? Otóż miała ona również wizję nowego ludu, który trwa w adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Mężczyźni i kobiety o różnym pochodzeniu i stanie... Tym, co uderza, jest chwała, jaką składają Bogu oraz Życie, jakim promieniują na innych... Wydaje się - pisze świątobliwa siostra - że już nastaje ta epoka, kiedy szlachetnie współzawodniczyć będą ze sobą ośrodki adoracji Najświętszego Pana w Hostii.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Raduję się, gdy patrzę na Ciebie.

poniedziałek, 31 grudnia 2007 15:11
 

     Św. Pascal Baylon, zanim został świętym, chodził od klasztoru do klasztoru, pragnąc zostać mnichem. Nigdzie go nie chciano z powodu jego wyjątkowego braku urody i dziwacznego odzienia. W końcu jednak znalazł wspólnotę, w której został bratem zakonnym. Nade wszystko ukochał adorację: w dzień zajmował się prostymi posługami, a wieczory i noce spędzał przed tabernakulum. Zmarł 17 czerwca 1592 r. podczas Mszy św. w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, kiedy kapłan unosił konsekrowaną Hostię. Papież Leon XIII ustanowił go patronem Kongresów Eucharystycznych.

 

     Specjalnością św. Pascala było straszenie w kościele. Przekonał się o tym pewien książę, który w czasie nabożeństwa rozmawiał z sąsiadem w ławce. Oburzony tym celebrans, nie mając odwagi zwrócić wprost uwagi wytwornemu parafianinowi, poprosił św. Pascala o zaprowadzenie porządku. Wtem przy trumnie z prochami świętego braciszka rozległ się straszliwy huk. Książę wystraszył się na tyle, że ochota do rozmowy podczas Mszy św. odeszła mu na zawsze. Podobną lekcję otrzymał zakrystianin, który po kościele poruszał się ze świecką swobodą. Raz upomniany hukiem przez świętego, nauczył się przyklękać przed tabernakulum.

 

     Zgięcie kolan przed Najświętszym Sakramentem to coś więcej niż zewnętrzny gest. Słowo "adoracja" pochodzi od łacińskiego wyrażenia oznaczającego "usta", a grecki wyraz "adorować" mówi też o pocałunku. Adoracja jest więc wyrazem czci oddawanej z miłością. Pomimo wszelkiego rodzaju trudności i przeszkód, jakie spotykają nas w trakcie prywatnej adoracji (presja czasu, rozbiegane myśli, wewnętrzna oschłość itd.), to i tak przebywanie przed Chrystusem w Eucharystii jest czasem działania miłości. Mierzenie wartości tej modlitwy zależnie od rodzaju myśli czy nastrojów, jakie w nas się rodzą, świadczyłoby o braku wiary. Ale wiara w rzeczywistą obecność Chrystusa w konsekrowanym Chlebie każe nam uznać, że to przede wszystkim On nas kocha i wpatruje się w głębię naszego istnienia. Ojciec Raniero Cantalamessa, kaznodzieja domu papieskiego, nazywa adorację skrzyżowaniem się dwóch spojrzeń: Chrystusowego i naszego. Jeśli nieraz nasze spojrzenie słabnie, to Jego wzrok nigdy nie zawodzi. Adoracja sprowadza się niekiedy do samego przebywania w towarzystwie Jezusa, do pozostawania pod Jego spojrzeniem, do stworzenia Jemu możliwości radowania się z patrzenia na nas, którzy pomimo statusu grzesznych stworzeń, jesteśmy owocami Jego męki. W sposób tajemniczy dla nas Chrystus raduje się z przebywania w naszej obecności. Adoracja jest czasem świętowania Jezusa! Prawda ta niewątpliwie nas przerasta, lecz skłania także do rozpoznania nieocenionej wartości, jaką przedstawiamy w Jego oczach. Patrząc na Niego, pozwalamy Jemu na to, by najpierw On nam się przyglądał. Nasze spojrzenie z miłością na Hostię jest odwzajemnieniem Jego spojrzenia: kochamy Go, ponieważ On pierwszy nas ukochał.

 

     Chociaż zwykłe pozostawanie pod okiem Jezusa wygląda na bezczynność, to jednak nią nie jest. Moc Jego spojrzenia - jak pisze św. Gertruda - owocuje w nas pokornym uznaniem własnej słabości i grzeszności, radością z wielkości Jego miłosierdzia, uzdrowieniem z zatwardziałości i niewrażliwości, zdolnością do przyjęcia różnorodnych łask i wypełnienia woli Bożej. U św. Gertrudy znajdujemy jeszcze inne, bardzo podnoszące na duchu orędzie. Zapisała je ona pod dyktando samego Jezusa, który wyznał jej, że bardzo ceni i wynagradza każde nasze spojrzenie na Jego eucharystyczne Oblicze. Ile razy człowiek spogląda z miłością i szacunkiem na Hostię, która sakramentalnie zawiera moje Ciało i Krew, tyle razy powiększa on swe przyszłe zasługi. W Królestwie Bożym zakosztuje radości, nowej i specjalnej nagrody za każde spojrzenie, skierowane na Najświętszy Sakrament. Czyż adoracja na ziemi nie jest rękojmią i zadatkiem oglądania Boga w niebie? Choć na adoracji bywamy zmęczeni, a niekiedy także zniechęceni, to jednak nic z tego czasu nie idzie na marne. Ciało, uczucia i myśli nie są w stanie pojąć niewymownej rzeczywistości, jaka rozgrywa się we wnętrzu duszy. Hans Urs von Balthasar - jeden z największych teologów naszych czasów i zarazem człowiek kontemplacji - tłumaczy, że sekret adoracji należy do Boga, a nie do nas. Wkłada on w usta Jezusa następujące słowa: Królestwo moje rozwija się w was, choć dzieje się poza waszymi oczami. Ja jestem Królem i ośrodkiem wszystkich serc, i Mnie jedynie są znane najbardziej skryte tajemnice. Wy widzicie tylko zewnętrzną powłokę, za którą chowacie się jedni przed drugimi. Ja natomiast widzę dusze od wewnątrz, od środka, tam, gdzie jest ich prawdziwe oblicze. Tam, w głębi dusz, świeci wasze złoto, wasz najcenniejszy klejnot. Tam wypisany jest tytuł waszej największej godności i szlachectwa. Tam duchowe oczy nieustannie zapatrzone są w oblicze Ojca Niebieskiego. Tam, nawet gdy ciało i świadomość usypiają, nieprzerwanie czuwa wieczna lampka przed tabernakulum. Zewnętrzne oblicze ludzi bywa wykrzywione i niezgrabne, lecz wnętrze ich godne jest zachwytu. I kiedy ludzie prawdziwie się kochają, to ich wewnętrzne oblicze rozpromienia się przede Mną. Otrzymuję wtedy podarunki większe i cenniejsze od tych, jakie oni między sobą wymieniają. Wszelkie dobro w nich, nawet gdy oni go nie widzą albo nie uznają z powodu pewnej wstydliwości, zwraca się ku Mnie. Niepojęte piękno dusz, które Ojciec przed nimi ukrywa, aby nie zawłaszczyły go sobie - to piękno, najwznioślejsze ze wszystkich zaraz po pięknie samego Boga, jest obecne bez zasłony przed moimi oczami. Co za wspaniałość tego widoku: w ogromnej sferze wokół mego Serca miliony serc rozkwitają jak gigantyczna róża, wzdychając za Słońcem pośród walk i niebezpieczeństw nocy, pośród nieustannych trwóg, przeciwności, wahań, upadków i powstań. I wszystkie te serca ku Mnie są zwrócone.

 

     Powstawanie coraz to nowych ośrodków życia eucharystycznego, nowych miejsc adoracji i wspólnot jest namacalnym dowodem działania Jezusa i Jego pragnienia przygarnięcia nas wszystkich do siebie. W kilku ostatnich numerach naszego czasopisma zamieszczamy rozmaite świadectwa na temat cudownej przemiany, jaka dokonuje się w ludzkich sercach i w całych środowiskach dzięki adoracji Najświętszego Sakramentu. Do naszej Redakcji napływa coraz więcej listów i innych sygnałów, wskazujących na zaangażowanie się naszych Czytelników w ożywienie adoracji w parafiach. Dzięki tej inicjatywie będzie się rodziło coraz więcej dobra: Jezus będzie dawał konkretne dowody swej miłości i mocy. Ponieważ jednak znaki te mają za zadanie pobudzić nas wszystkich do większej wiary w Jego żywą i skuteczną Obecność - dlatego prosimy Was, kochani Czytelnicy, o dzielenie się waszymi świadectwami. Pamiętajmy, że Jezus działa wciąż tak samo: poprzez naukę i znaki.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Pójdę do nieba piechotą.

wtorek, 11 grudnia 2007 21:38
 

Przed ołtarz wjeżdżam ostrożnie- żeby ornat nie wkręcił się w koła wózka. Rozglądam się po kościele. Fala ciszy dociera do ostatnich ławek. Jest OK.! Wózek „załatwił" wstęp...Setki młodych oczu patrzą na mnie ciekawie: „ten gościu przeżył coś mocnego, damy mu szansę, może nie będzie truł jak inni..."

 

Cze! Cze All! Siema! Ello! Ello Ziomale!- witam się. Śmieją się z uznaniem. Grzmią oklaski. „Zastanawiacie się skąd ksiądz zna wasz język? A z czatu dla nastolatków. I nie powiem jaki mam nick, żebyście mnie nie wyczaili.

Wszedłem sobie i kukam o czym tam klikacie. Czytam: Cze, kto poklika? elloo poklikacie ze mną?- i myślę sobie, że wy po prostu chcecie pogadać. A rekolekcje to taki czas, kiedy można pogadać z Bogiem. Podrzucę wam parę tematów. A jak będziecie chcieli powiedzieć coś Jezusowi, zapragniecie poczuć Jego miłość, to podejdźcie do konfesjonałów! Tamci księża są normalni, są spoko. Nie krzyczą, nie mądrzą się, nie straszą. Są tacy jak ja- zaszczepieni Bożą Miłością...

 

 

Ślusarz mechanik w koloratce.

 

Marek Bałwas urodził się 37 lat temu w Turku k. Włocławka. Ze średnią ocen 4.3 na koniec podstawówki zostałby zapewne przyjęty do liceum, ale wybrał... zawodówkę. Jak przyznaje z uśmiechem, tam nie trzeba było się uczyć. Z dyplomem ślusarza mechanika szybko zorientował się jednak, że brak matury to istotna przeszkoda w realizacji dalszych planów...

Został ministrantem jako 8- latek. Kiedy miał 15 lat wyjechał w wakacje do Lichenia. Pomagając w rozbudowie tamtejszego klasztoru, pierwszy raz zetknął się z osobami niepełnosprawnymi. Obserwując opiekujących się nimi księży i kleryków, po raz pierwszy też pomyślał o kapłaństwie.

Powołanie do służby Bożej opisuje się zwykle jako nagłe olśnienie albo wizje. Ksiądz Marek Bałwas mówi o nim jak o racjonalnym przekonaniu, które dojrzewało w nim przez kilka lat. Ogromny udział miał w tym wikariusz z rodzinnej parafii. Doradził aby Marek najpierw skończył technikum, zdobył zawód i popracował, aby wiedzieć, z czego rezygnuje, poświęcając się Bogu.

W 1991 roku Marek Bałwas zdał maturę, zwolnił się z intratnej posady w kopalni węgla brunatnego i wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Matka była spokojna. Troje starszych dzieci założyło rodziny. Najmłodszego oddała Bogu. Ojciec także nie walczył z powołaniem syna. Dziewczyna pogodziła się, że Marek nie zostawia jej dla innej kobiety, ale- jak mówił- dla Jedynej, Prawdziwej Miłości, którą w sobie nosi.

Wspominając seminarium, Marek podkreśla, że był gotowy na wiele wyrzeczeń, ale nie na tyle nauki. Jak mówi przysłowie, jeśli kleryk przez 2 lata studiowania filozofii nie zgłupieje, a przez 4 lata teologii nie straci wiary- księdzem będzie na pewno...

W 1998 roku Marek Bałwas został wyświęcony na kapłana.

 

Bo we mnie jest siła

 

- Już na I roku studiów przyjąłem z radością propozycję uczestniczenia w spotkaniach dla osób niepełnosprawnych. Myślałem o swojej posłudze przede wszystkim jako o pomocy chorym. Podczas pierwszych wspólnych wczasorekolekcji zrozumiałem, że opiekować się, to nie znaczy tylko myć, ubierać, karmić, wychodzić na spacer, ale towarzyszyć we łzach, zadumie, radości i rozmawiać- także o śmierci. To od osób niepełnosprawnych uczyłem się wiary i modlitwy... Zaczynając pracę w swojej pierwszej parafii w Tuliszkowie, bałem się, czy uda mi się dotrzeć z Bożymi słowami do serc... Nadal spotykałem się z niepełnosprawnymi, uczyłem też religii. Na wzór Przystanku Jezus, który odbywa się podczas Przystanku Woodstock, stworzyliśmy w diecezji włocławskiej muzyczne własne spotkania z młodzieżą.

„Dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty twojego życia... Chyba, że jest to dzień twojej śmierci... Nie wstydź się, nie bój... Wstań i idź do konfesjonału"- takimi słowami zakończyłem kazanie podczas Przystanku, który odbył się w 2002 roku we Włocławku. Zaszokowany patrzyłem, jak kilkadziesiąt osób od razu ustawia się do spowiedzi. Pierwszy raz odczułem jak działa przez mnie Bóg, jak wielką siłę mają moje słowa... Dwa lata później dostałem e-mail od uczestniczki tamtego spotkania: „Myślę, że wypadek księdza to szatańska zemsta za Przystanek Jezus we Włocławku. Taka próba pozbycia się wroga... Przecież ksiądz nawrócił tam tylu ludzi..."

 

Diabeł prychnął z sarkazmem

 

„Ej, ty! Mądralo! Gadasz z tą gawiedzią, tańczysz z nimi, śpiewasz. A jak zabiorę ci nogi? Dalej będziesz chwalił Boga...?" W lutym 2003 roku samochód, którym ksiądz Marek jechał z przyjaciółmi, wpadł w poślizg, a po dachowaniu wjechał w przydrożny rów. Sanitariusze znaleźli ks. Marka przerzuconego plecami przez tylną szybę auta. Lekarze z Włocławka zdiagnozowali: wieloodłamowe złamanie kręgosłupa na odcinku th3- th4, uszkodzenie poprzeczne rdzenia kręgowego, ponadto rozerwany podbródek, złamaną łopatkę, zbite płuca- i rozłożyli ręce.

Po dwóch dniach, dzięki matce i przełożonemu, ksiądz Marek w krytycznym stanie trafił do szpitala wojskowego w Bydgoszczy. Operację stabilizującą kręgosłup wykonano po miesiącu, kiedy stan pulmonologiczny pacjenta doszedł do normy. Wiadomość o paraliżu ks. Marek przyjął spokojnie. Przypomniał sobie, jak często kiedyś siadał na wózek, jak wjeżdżał nim na krawężniki, balansował na kołach. Zrozumiał, że kierując go do osób niepełnosprawnych, Bóg przygotowywał na spotkanie z przeznaczeniem.

Po kilkumiesięcznej rehabilitacji ksiądz Marek posłuszny decyzji swojego biskupa zamieszkał w Domu dla Księży Niepełnosprawnych i Emerytów w Ciechocinku, pod opieką sióstr albertynek.

Szeroki, długi podjazd prowadzi do przestronnego pokoju wyposażonego w regulowane łóżko. Tuż obok jest dostosowana łazienka.

Ksiądz Marek zaśmiał się w nos diabłu i nie zaprzestał posługi kapłańskiej. Celebruje msze, prowadzi nabożeństwa, spowiada, udziela komunii, pielgrzymuje. Dlaczego nie nalega na przeniesienie? Zwykle oceniamy kościoły, czy są dostępne dla niepełnosprawnych wiernych. Nie myślimy o tym, jak ma się w nich odnaleźć ksiądz na wózku. Jak podjechać do ołtarza czy jak być widocznym dla wiernych zza wysokiego stołu ofiarnego? Ksiądz Marek pokonuje te przeszkody dzięki pomocy innych księży, ministrantów albo siostry pielęgniarki. W innej parafii mógłby nie znaleźć tak wielu udogodnień i chętnych do niesienia codziennej pomocy.

 

Figlarne owieczki i inni

 

-Mam cel. Chcę dotrzeć ze Słowem Bożym do jak największej liczby młodzieży. W tym roku w Wielkim Poście odbyłem sześć serii rekolekcji w całym kraju. Mam już zajęte terminy na przyszły rok. Jeżdżę swoim przystosowanym autem wszędzie tam, gdzie czekają na mnie młodzi.

Ostatnio zapadło mi w pamięć Spotkanie Młodzieży Saletyńskiej w Dębowcu. Wzięło w nim udział ponad tysiąc osób. Wśród nich- jak o sobie mówią- „figlarne owieczki", czyli doświadczone przez los dziewczęta z Domu Sióstr Pasterek w Poznaniu. W swojej sztuce- A marzenia były inne- okraszonej mocnymi słowami, ostrzegały rówieśników jak nie zboczyć na złą drogę. To było dla mnie niezwykle emocjonalne doświadczenie. Wcześniej nie widziałem bardziej sugestywnych scen.
Docieram do młodych przez Internet. Ale nie przez strony poświęcone religii. Odwiedzają je głównie ci, którzy nie potrzebują nawrócenia. Rok temu znalazłem portal http://www.fotka.pl/ - 5 mln zarejestrowanych! We wrześniu utworzono tam specjalną galerię postaci, w której przyznano mi tytuł: Najpopularniejszego księdza na „fotce". Pamiętam, że w dniu, w którym na „fotce" pojawił się mój profil, dostałem 360 wiadomości i setki komentarzy!!! Teraz dziennie przychodzi ok. 50! W większości pozytywne. Czasem smutne. Ludzie szukają pocieszenia, rady, otuchy. Mają nadzieję, że jako człowiek, który doświadczył cierpienia i ksiądz- lepiej ich rozumiem. Ale obrywam też od tych, którzy z zasady nienawidzą Kościoła i księży, są zagubieni i zranieni brakiem miłości...

Co bym oddał za sprawne nogi? Na pewno nie kapłaństwo. Więcej zrobiłem dobrego jako ksiądz na wózku niż wówczas, gdy chodziłem, a czeka mnie jeszcze więcej zadań od Boga. A po śmierci? Tak jak wszyscy:

„Pójdę do nieba piechotą,

przez wodę, przez błoto,

nie pytaj mnie po co,

nie pytaj.

Pójdę ze stróżem aniołem,

tak pójdę jak stoję,

nie zabiorę ze sobą nic."*

A tam:

„Na powitanie wielki bal,

duchy tańczące w tysiąc par."*

O pewnie dopiero tam zrobię to, co zawsze lubiłem i na co nadal mam ochotę! Zatańczę z innymi przed Bogiem!

 

Tekst: Magdalena Gajda.

 

* Cytaty pochodzą z piosenki Pójdę do nieba piechotą ze śpiewnika kleryków pallotyńskich.

 

Tekst zamieszczony w dodatku PRACA [nr 7 ( listopad- grudzień 2007).] do magazynu INTEGRACJA [ nr 6/2007]

http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/21813


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

Droga Krzyża Jana Pawła II.

piątek, 30 listopada 2007 13:44
 

Kiedy w ubiegłym roku razem z wszystkimi przeżywałem chwile odchodzenia do Pana Ojca Świętego Jana Pawła II, nie wiem dlaczego przychodziły mi ciągle na myśl słowa z księgi proroka Izajasza "Nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi (.) To zbyt mało, iż jesteś mi sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba (.) ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (.) lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści. (Iz 42,4; 49,5; 53,4). Teksty te, określane Pieśniami o Słudze Cierpiącym od początku działalności Kościoła były rozumiane jako proroctwo dotyczące męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Pośrednio możemy je odnieść również do tych z Jego uczniów, którzy naśladowali Go w niesieniu własnego krzyża w sposób heroiczny. A takim myślę był Ojciec Święty Jan Paweł II. Gdy dzisiaj w pierwszą rocznicę jego śmierci ciągle zastanawiamy się nad żywotnością jego świadectwa, często chyba zapominamy, że jej źródłem był właśnie krzyż w jego życiu przeżywany w łączności z krzyżem Jezusa Chrystusa. Bez tego fundamentu chrześcijańskiej wiary, czyli jak sam określił "od wewnątrz" (por. Świadek Nadziei) a za pomocą tylko jakichś analiz socjologicznych czy psychologicznych, czyli "od zewnątrz" nie można zrozumieć żadnego świętego, również Jana Pawła II. Dlatego myślę, że kluczem do zrozumienia zarówno samej osoby jak też świętości Ojca Świętego jest krzyż codzienności znoszony cierpliwie i ofiarowany w łączności z Ofiarą Chrystusa za zbawienie świata. A krzyż oznacza rezygnację z własnych planów na życie i poddanie się prowadzeniu Boga. Często jest bolesnym oczyszczeniem czy wręcz odarciem naszego "ego" z resztek własnej woli nie niszcząc jej i nie zniewalając samego człowieka. Tak głębokie oczyszczenie duszy człowieka może się bowiem dokonać tylko za jego osobistą zgodą i bez żalu do losu, innych ludzi czy Boga. Do przejścia tą drogą Bóg przygotowywał Karola od wczesnych lat dzieciństwa a on zgadzał się na wolę Bożą. Wystarczy prześledzić ważniejsze momenty jego życia, by się o tym przekonać.

 

Gdy miał zaledwie kilka lat zmarła mu matka Emilia, potem brat Edmund i pozostał sam z ojcem. Nie znamy żadnych szczegółów o tym jak przeżywał te bolesne chwile mały czy później starszy Karol. Nie wykluczone, że może nawet długo wadził się z Panem Bogiem pytając Go "Co to znaczy?", "Dlaczego spotyka to właśnie mnie?" Na tym jednak nie koniec. Niedługo potem wybuchła II Wojna Światowa i nasza Ojczyzna znalazła się w rękach niemieckiego okupanta. Dla pokolenia Karola to czas bolesnych wyborów i decyzji: walczyć z bronią w ręku ryzykując śmierć czy walczyć poprzez kulturę wystawiają się na posądzenie przez przyjaciół o tchórzostwo. Dylemat ten doskonale uchwyciła pierwsza część filmu "Karol, człowiek, który został papieżem" G. Battiato. Dla młodego Karola to kolejny krzyż, kolejne odarcie z czegoś, co bardzo kochał: możliwość studiowania literatury i grania w teatrze. Karol jednak nie interpretował chyba tych wydarzeń jedynie jako "milczenie Boga", udręczenie i nie wpadł w pułapkę obwiniania Boga za wszelkie zło na świecie czynione przez ludzi ani też nie zbuntował się i nie odszedł od Niego jako to czyni w podobnych sytuacjach wielu ludzi. On zgadzał się na wolę Bożą już wtedy w tamtych bardzo trudnych chwilach. Można się domyślać, iż czynił tak, bo wierzył, że Bóg nigdy nie zabiera czegoś człowiekowi, by w zamian nie dać mu więcej. "Zabrał" więc mu studia polonistyczne i teatr, ale wezwał do kapłaństwa, gdzie pole do refleksji nad literaturą i dzielenie się nią z innymi było zdecydowanie dużo większe a talent aktorski przydawał się znakomicie w nowej roli. W czasie wojny Bóg zabiera mu również ostatnią osobę z jego najbliższej rodziny, ukochanego ojca oraz wielu jego bliskich przyjaciół i kolegów. Karol zostaje zupełnie sam. Na pewno starał się wtedy doszukiwać w tych wydarzeniach jakiegoś sensu w perspektywie wiary, lecz to wcale nie umniejszało ludzkiego bólu skrapianego łzami bezradności czy może wręcz buntu. On jednak to wszystko przyjmował z wiarą w sens działania Bożej opatrzności nawet jeśli do końca go nie rozumiał. Opatrzność, myślę już wtedy, przygotowywała go do "posługi samotności" jaką jest posługa następcy św. Piotra. Bo choć ma on wielu kompetentnych współpracowników, to jednak wiele decyzji musi podejmować sam. Musi bowiem często czynić i mówić rzeczy niewygodne, które inni starają się przemilczeć z obawy przed krytyką mediów lub nawet współwyznawców. Samotność nie stała się jednak dla Karola okazją do zgorzknienia, zamknięcia na innych ludzi i świat z żalem w sercu do Boga. Przyjął ja i twórczo wykorzystał gromadząc wokół siebie już jako ksiądz grupę młodych ludzi i przyjaciół. Śmierć najbliższych osób, ojca, matki i rodzeństwa jest straszliwym odarciem i niełatwo jest ją przeżyć twórczo. Może zamknąć człowieka na zawsze z poczuciem złości i żalu albo otworzyć na nowe relacje z Bogiem i ludźmi. Karol przeżył swoje doświadczenia właśnie w ten drugi sposób. Kończy w konspiracji Seminarium i pod koniec wojny zostaje wyświęcony na kapłana. Upadek jednak jednego totalitaryzmu, nazizmu, wcale nie oznaczał, że te nowy, komunizm będzie lepszy. Po okresie kilku lat studiów w Rzymie ks. Karol zostaje wrzucony w wir walki o duszę polaków najpierw w duszpasterstwie akademickim, a potem szerzej jako biskup pomocniczy i arcybiskupa Krakowa. Jego ukochana Ojczyzna kolejny raz była doświadczana przez opatrzność a Abp K. Wojtyła zamiast narzekać i oskarżać Boga angażuje się we wszystkie możliwe obszary ówczesnej działalności Kościoła. Nie daje się wmanewrować władzy komunistycznej w opozycję przeciw Prymasowi kard. S. Wyszyńskiemu, ale jednocześnie zachowuje poczucie wewnętrznej wolności. Jego wyjazd już jako biskupa na kajaki z młodzieżą bez stroju duchownego przed Soborem Watykańskim II jest dobitnym dowodem takiej wewnętrznej wolności.

 

Wybór na Stolicę Piotrową to kolejny bardzo ważny moment jego osobistej drogi krzyża. Trzeba było zostawić Polskę, Kraków, nasze Tatry, przyjaciół i znajomych oraz podjąć posługę papieską w bardzo trudnym okresie życia Kościoła. Dostał jednak w zamian cały świat do odwiedzenia, Rzym do przyjmowania pielgrzymów z różnych zakątków ziemi i Alpy, wyższe od naszych Tatr, do odpoczywania. Polska i kraje bloku wschodniego pozostawały nadal zniewolone przez komunizm a działalność Kościoła w nich była bardzo ograniczona, natomiast w tzw. Europie Zachodniej Kościół znajdował się w stanie pewnego chaosu po niemądrym wprowadzeniu słusznych reform Vaticanum II. My Polacy mamy szczególny powód do wdzięczności nie tylko za zainspirowanie przemian, które doprowadziły do upadku komunizmu, ale zwłaszcza dlatego, że nie cofnął się przed największą ofiarą z własnego cierpienia, gdy Bóg zażądał jej jako zadośćuczynienie za zbrodnie komunizmu. Podejmując walkę z komunizmem doskonale zdawał sobie sprawę, że ten system łatwo nie odpuści pola. Jan Paweł II jednak odważnie podjął to wyzwanie kładąc na szalę własne życie i zdrowie. On wystawił się wrogowi za nas, zasłonił nas swoim ciałem i przyjął w 1981 roku największy cios. "On się obarczył naszym cierpieniem i dźwigał nasze boleści" (por. Iz 53,4). Pamiętajmy ciągle, że zamach na jego życie miał miejsce praktycznie zaraz na początku pontyfikatu i po nim Ojciec Święty nie powrócił już nigdy do poprzedniej sprawności fizycznej. Oznaki ceny wolnej Polski nosił na swoim ciele jak "stygmaty wolności" do końca życia.

 

Cierpienie jakie towarzyszyło Jego pontyfikatowi sprawiło, że Poliklinika Gemelli stała się drugim Watykanem. Jan Paweł II przyjmował wszystko w duchu poddania się woli Bożej na wzór Maryi swojej szczególnej Wspomożycielki. Złamanie kości udowej, które miało miejsce w roku rodziny przyjął w duchu wyproszenia łask Bożych dla wszystkich rodzin. A cóż powiedzieć o przegranej w promowaniu pokoju na świecie w kontekście dwóch wojen w Zatoce Perskiej w 1990 i 2003 roku czy zamachu na World Trade Center? Wreszcie ten wysportowany i doświadczony w chodzeniu po górach człowiek oddaje Bogu na ofiarę również swoje nogi i traci prawie całkowicie zdolność poruszania się o własnych siłach. Spokojnie przyjął kolejną misję powierzoną mu przez Boga ewangelizowania swoją fizyczną słabością. On już w Teatrze Rapsodycznym u Kolarczyka nauczył się, że w sztuce postawa ciała jak tak samo ważna jak słowo więc "grał" na scenie świata misterium wierności Chrystusowi do końca. I wreszcie na koniec, aktor dla którego słowo mówione jest sensem życia przestaje prawie zupełnie mówić. Komunikuje się z wiernymi tylko za pomocą gestów. To wystarcza, bo prawdziwa miłość nie potrzebuje wielu słów czy gestów. Wystarczą bardzo proste.

 

Bóg odbierał mu więc po kolei: matkę, brata, ojca, przyjaciół w czasie wojny, wolność w komunistycznej Polsce, Ojczyznę, Kraków, polskie góry, zdrowie, zdolność chodzenia i wreszcie mówienia. A on Mu na to pozwalał akceptując Jego świętą wolę. Miał odwagę wyrzekać się tego wszystkiego, co dla niego osobiście było ważne i oddać własne życie do dyspozycji Bogu. I właśnie z tej ofiary zrodziły się owoce, które dotychczas zadziwiają wielu ludzi na całym świecie. A Bóg dał mu dużo więcej braci i sióstr, ojczyzn, gór oraz łaskę największego świadectwa na wózku i bez słów. Nawet śmierć chciał przeżywać jako świadectwo chrześcijańskiego umierania i Bóg dał mu tę łaskę. Ta śmierć, jak śmierć Mistrza z Nazaretu, nawróciła pewnie więcej ludzi do Boga niż całe lata pontyfikatu. Jan Paweł II rozumiał doskonale, że nie ma owocnego chrześcijaństwa bez krzyża, ofiary z własnego życia, ciągłe pozostawianie na boku swoich planów, by pozwolić się prowadzić woli Boga. A to jest właśnie świętość. Słusznie więc kard. St. Dziwisz w jednym z wywiadów podkreślił, że ks. Karol "był już świętym zanim został papieżem". Można tylko dodać, że był nim przez całe życie.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Czy można odzyskać dziewictwo?

czwartek, 25 października 2007 17:19
 

Zachowanie czystości jest dla nastolatków wyborem zdrowym pod każdym względem. Nie chodzi tu wyłącznie o aspekt zdrowia fizycznego, choć taka decyzja chroni przed nieplanowaną ciążą i chorobami przenoszonymi drogą płciową, w tym AIDS. Nie mniej istotna jest przecież kwestia zdrowia psychicznego i duchowego.

Poczucie winy

 

Większość nastolatków aktywnych seksualnie żałuje swej decyzji rozpoczęcia życia płciowego. Z danych uzyskanych w 1994 roku przez Ropera Poiła wynika, że 62% aktywnych seksualnie dziewcząt uważa, iż powinny były poczekać.

 

U większości nastolatków inicjacja seksualna następuje w wyniku stymulacji obrazami, samotności, czy chęci zaspokajania ciekawości. Natomiast konsekwencje są zawsze destrukcyjne. Wystarczy wymienić ważniejsze, czyli: ciążę, choroby przenoszone drogą płciową, AIDS, poczucie winy, poczucie odrzucenia, lęk i rozczarowanie.

 

Nie powinno nas dziwić, że po takich doświadczeniach wielu młodych ludzi żałuje swych wcześniejszych decyzji i pragnie zmiany.

 

Nowe idea

 

W tym miejscu warto wspomnieć o idei wtórnego dziewictwa. Jest to stanowcze TAK dla czystości, które dla nastolatka oznacza szansę zmiany i pozytywnego przeorientowania swego życia. Nie jest to termin medyczny i nie można go znaleźć w słownikach.

 

Po stracie fizjologicznego dziewictwa nie można go już odzyskać. Jest to natomiast możliwe w sferze psychicznej i moralnej. Podczas gdy dziewictwo jest stanem trwającym do pierwszego kontaktu seksualnego, wtórne dziewictwo oznacza chęć zachowania czystości po inicjacji seksualnej. W obu przypadkach chodzi jednak o dążenie do realistycznego celu jakim jest czystość.

 

Wyjście z nałogu

 

Określenie to podoba się młodym ludziom. Wybierając czystość wyraźnie oczekują zachęty. Chcą wiedzieć, że mogą powstrzymać się od seksu.

 

Zachodzi tu wyraźna analogia do zerwania z piciem alkoholu, czy paleniem papierosów. Stereotyp nałogowca, pozostającego w nałogu do końca swoich dni, nie musi być przecież regułą. Wtórne dziewictwo wymaga dyscypliny, poczucia własnej wartości i uświadomienia sobie, jaki jest prawdziwy cel życia seksualnego.

 

Każdy, kto zetknął się z tego rodzaju problemami, miał też zapewne okazję usłyszeć zachętę do zerwania z nałogiem. Dla uzależnionych stworzono całą sieć grup rehabilitacyjnych i samopomocowych. Dlaczego szkodliwe zachowania seksualne miałyby stanowić wyjątek? Jakkolwiek życie seksualne jest naturalną i kreatywną dziedziną ludzkiej aktywności w małżeństwie, podejmowanie go w wieku nastu lat jest równie destrukcyjne jak narkotyki, czy alkohol. Nastolatek nie jest gotów do przyjęcia odpowiedzialności i wszystkich konsekwencji związanych z życiem płciowym.

 

Decyzja o powstrzymaniu się od aktywności seksualnej wymaga podobnej zachęty i wsparcia, jakie oferujemy ludziom pragnącym zerwać z innymi niszczycielskimi nałogami.

 

Jak zastosować ideę wtórnego dziewictwa?

 

 

Młody człowiek musi wiedzieć, że takie działanie leży w zasięgu jego możliwości.

Młody człowiek musi podjąć osobistą decyzję zmiany i zerwania z przeszłością.

Młody człowiek nie może się poddać, jeśli nie wytrwa w swych postanowieniach i upadnie; musi próbować na nowo.

Młody człowiek powinien odpowiedzialnie traktować swoją przeszłość i wszelkie konsekwencje z tym związane (dziecko, choroba).

Silne wsparcie takiej decyzji jest istotne z kilku powodów:

 

Jest potrzebne, aby oprzeć się naciskom, pogardzie, kpinom i sprzeciwom tych, którzy nie wierzą w możliwość przeprowadzenia zmiany lub tych, którzy nie chcą się zmienić. Niestety, idea wtórnego dziewictwa bardzo często spotyka się z niezwykle silnym sprzeciwem i to zarówno wśród dorosłych, jak i młodzieży. Młody człowiek decydujący się na wtórne dziewictwo, musi mieć sporo odwagi aby powiedzieć: "W porządku, byłem taki, ale nie muszę iv tym trwać. Nie chcę tego kontynuować i nie zmusicie mnie, abym się tej decyzji wstydził." Potrzebna jest też odwaga, aby przyznać się i zaakceptować fakt, że aktywność seksualna była błędem.

Jest potrzebne w celu zmiany stylu życia, zdobycia nowego grona przyjaciół, rozwinięcia nowych zainteresowań, nauczenia się wyrażania miłości bez podtekstów seksualnych, a także cierpliwości w oczekiwaniu.

Zarówno młodzi ludzie wybierające tę drogę, jak i inni, gotowi ich wspierać, powinni być przekonani, że seks rzeczywiście jest piękny. Tak piękny, że wart czekania aż do chwili ślubu.

Najlepsze decyzje

 

Z powodu szacunku do siebie, dla przyszłego współmałżonka, dzieci i własnej rodziny, dla społeczeństwa i Boga - najlepszą decyzją jest zachowanie dziewictwa do dnia zawarcia związku małżeńskiego. Drugą, najlepszą z możliwych decyzją jest wtórne dziewictwo. W tym zakresie psychologia, medycyna i moralność idą ręka w rękę. Życie seksualne w małżeństwie, trwającym całe życie, jest jedyną formą seksu spełniającą swój odwieczny zamysł.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Cierpienie- przekleństwo, czy szansa na wzrost miłość?

czwartek, 25 października 2007 17:14
 

Na kilka godzin przed śmiercią, w wielkich cierpieniach, kardynał Veuillot, arcybiskup Paryża, wyszeptał rozczarowanym tonem:

 

„Umiemy pięknie mówić o cierpieniu. Ja też mawiałem o nim z żarem. Powiedzcie kapłanom, żeby lepiej nic nie mówili. Nie wiemy, czym ono jest i ubolewam nad tym."

 

Tym, co kardynał chciał bez wątpienia podkreślić, w swoich ostatnich chwilach, jest fakt, że lepiej nie mówić o cierpieniu, niż mówić o nim niewłaściwie. Jest bowiem w łonie Kościoła nurt cierpiętniczy, z powodu którego ma się wrażenie, że katolicyzm systematycznie kultywuje cierpienie. Gdzież radość - pytają przeciwnicy - jaką Jezus przyobiecał z naciskiem Swoim uczniom?

 

Trzeba jeszcze raz odczytać i często rozmyślać nad rozdziałami 15 i 17 Ewangelii według św. Jana. Tak, Dobra Nowina jest przede wszystkim przesłaniem radości. Jezus, który mówił o niej ponad sto razy w Ewangeliach, chce Swym przyjaciołom przekazać radość. Jednak - mimo iż wielu tego od Niego oczekiwało - nie wyzwolił człowieka z cierpienia tu na ziemi. Jako Mesjasz miał inne zadanie, samemu zaś cierpieniu nadał nowy sens.

 

Oskarżając Boga o to, że cierpienie istnieje i trwa nadal, nie można zapominać, że - jak poucza Katechizm (376) - «Dopóki człowiek pozostawał w zażyłości z Bogiem, nie miał ani umierać (por. Rdz 2,17; 3,19), ani cierpieć (por. Rdz 3,16).» To przez człowieka przyszło na świat cierpienie. Człowiek zgrzeszył, wtedy cierpienie połączyło się z naszym życiem jak drapieżnik z ofiarą. U niektórych jest ono niemal stale obecne.

 

«Wyzwalając niektórych ludzi od ziemskich cierpień: głodu (por. J 5,5-15), niesprawiedliwości (por. Łk 19,8) choroby i śmierci (por. Mt 11,5), Jezus wypełnił znaki mesjańskie. Nie przyszedł On jednak po to, by usunąć wszelkie cierpienia na ziemi (por. Łk 12, 13.14; J 18,36), ale by wyzwolić ludzi od największej niewoli - niewoli grzechu (por. J 8, 34-36), która przeszkadza ich powołaniu do synostwa Bożego i powoduje wszystkie inne ludzkie zniewolenia.» (KKK, 549)

 

Jak zatem mówić o cierpieniu, nie wylewając pięknych słów, o jakich wspomniał arcybiskup Paryża na łożu śmierci? Odpowiedź znajduje się w nauczaniu Kościoła i w przykładzie Chrystusa oraz Jego naśladowców.

 

 CIERPIENIE: PRÓBA WIARY

 

 Świat, w którym żyjemy, gdzie zło nieraz tryumfuje, a cierpienie jest wszechobecne i niesprawiedliwość dotyka ogromnych tłumów, a w końcu czeka nas śmierć, zdaje się zaprzeczać Dobrej Nowinie i jej prymatowi radości. Przez to chwieje się wiara niektórych. Gdzież jest Bóg Miłości ogłaszany przez Chrystusa, gdzie Wszechmogący Ojciec w oceanie zła i cierpienia, w którym są pogrążeni niezliczeni ludzie? Czyż jest nieobecny lub gorzej: niezdolny do zapobieżenia złu?

 

Katechizm ujmuje to następująco: «Choroba i cierpienie zawsze należały do najpoważniejszych problemów, poddających próbie życie ludzkie. Człowiek doświadcza w chorobie swojej niemocy, ograniczeń i skończoności.» (KKK 1500)

 

«Wiara w Boga Ojca wszechmogącego może być wystawiona na próbę przez doświadczenie zła i cierpienia. Niekiedy Bóg może wydawać się nieobecny i niezdolny do przeciwstawienia się złu. Bóg Ojciec objawił jednak swoją wszechmoc w sposób najbardziej tajemniczy w dobrowolnym uniżeniu i w zmartwychwstaniu swego Syna, przez które zwyciężył zło. Chrystus ukrzyżowany jest więc mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi (1 Kor 1,24-25). W zmartwychwstaniu i wywyższeniu Chrystusa Ojciec na podstawie działania swojej potęgi i siły okazał przemożny ogrom mocy względem nas wierzących (Ef 1,19).» (KKK 272)

 

Tajemnicza odpowiedź Pisma Świętego, przytoczona tu za Katechizmem, może satysfakcjonować jedynie z punktu widzenia wiary. Chrześcijanie mogą wejść w sposób wolny w plan Boga i stać się pomocnikami Boga (por. 1 Kor 3,9) przez czyn i modlitwę, z pewnością, lecz także - i przede wszystkim - przez cierpienia przyjęte i ofiarowane. Wtedy szczególne światło wchodzi do naszych serc.

 

Katechizm Kościoła Katolickiego (385) poucza nas, że «Bóg jest nieskończenie dobry i wszystkie Jego dzieła są dobre. Nikogo jednak nie omija doświadczenie cierpienia i zła obecnego w naturze, które jawią się jako związane z ograniczeniami właściwymi dla stworzeń, a przede wszystkim zagadnienie zła moralnego. Skąd pochodzi zło? Zmagałem się z zagadnieniem pochodzenia zła. I nie znajdowałem rozwiązania - mówi św. Augustyn (Confessiones, VII,7,11); jego bolesne poszukiwanie zakończy się dopiero wraz z nawróceniem do Boga żywego. Tajemnica bezbożności (2 Tes 2,7) wyjaśnia się bowiem tylko w tajemnicy pobożności (1 Tm 3,16). Objawienie miłości Bożej w Chrystusie pokazało równocześnie zasięg zła i nadzwyczajną obfitość łaski (por. Rz 5,20). Musimy więc rozważać zagadnienie początku zła, kierując spojrzenie naszej wiary na Tego, który sam jest jego Zwycięzcą.»

 

Nawet więc zło, jakie nas zewsząd osacza, może nas skłonić do głębokich refleksji i zbliżyć do Boga. Św. Augustyn nawrócił się, rzucił się w ramiona Pana i wyznał swą wiarę, wtedy właśnie, gdy usiłował dociec, skąd przychodzi zło i nie znalazł odpowiedzi. W Chrystusie cierpiącym przyszły biskup Hippony otrzymuje najwyższe objawienie miłości Bożej, ukazując mu rozległość zła i zarazem nadobfitość łaski (por. Rz 5,20).

 

CIERPIENIE: WEZWANIE DO PODJĘCIA OFIARY Z CHRYSTUSEM

 

Chrześcijanin może stawić czoła cierpieniu i złu, gdy utkwi wzrok wiary w Ukrzyżowanym oddającym Swego ducha Ojcu. Chrystus jest bowiem wtedy równocześnie Zwycięzcą nad złem i Zwycięzcą nad cierpieniem (zob. Łk 11,21,22 i J 16,11).

 

Każdy cierpiący uczeń może mieć udział w misji i cierpieniach Chrystusa, nie porzucając Go w godzinie próby. Czyż Jezus nie jest w agonii aż do końca świata? To w ten sposób wierzący słyszy, jak Jezus mówi do niego w jego własnym cierpieniu: Wyście wytrwali przy Mnie w moich przeciwnościach. Dlatego i Ja przekazuję wam królestwo, jak Mnie przekazał je mój Ojciec: abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole oraz żebyście zasiadali na tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. (Łk 22,28-30)     

 

Każde cierpienie połączone z cierpieniem Jezusa i z Jego całkowitą ofiarą osiąga nową wartość, przenikającą i oświecającą życie. Przede wszystkim ofiara Eucharystii daje cierpiącemu wierzącemu możliwość połączenia się z cierpieniem i ofiarą Chrystusa.

 

NIEŚĆ ULGĘ W CIERPIENIU: PRÓBA MIŁOŚCI

 

Jezus nie wyzwolił ludzi od cierpienia. Nadał mu jednak nowy sens. Na krzyżu Chrystus wziął na siebie cały ciężar zła (por. Iz 53,4-6) i zgładził grzech świata (J 1,29), którego skutkiem jest właśnie choroba. Przez swą mękę i śmierć na krzyżu Chrystus nadał cierpieniu nowe znaczenie; teraz może ono upodabniać nas do Niego i jednoczyć nas z Jego zbawczą męką.» (KKK 1505)

 

Czasem jednak wiele czasu musi upłynąć zanim człowiek zrozumie i zaakceptuje nieuchronność, a przede wszystkim wartość cierpienia. Dlatego tak ważne jest, abyśmy w tej drodze, na którą każdy musi wstąpić, nawzajem sobie pomagali. 

 

W chorobie, czy jakimkolwiek innym cierpieniu, człowiek doświadcza gorzko swej niemocy i ograniczeń oraz pokusy ucieczki przez skierowanie się na siebie i zamknięcie. «Choroba - jak czytamy w KKK (1501) - może prowadzić do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu, ale może także być drogą do większej dojrzałości, może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu, co istotne. Bardzo często choroba pobudza do szukania Boga i powrotu do Niego.»

 

W cierpieniu, aby je więc właściwie wykorzystać, trzeba i można zwrócić się do Jezusa Chrystusa-Lekarza. On leczy i daje Swym uczniom moc uzdrawiania do dziś.

 

Jego współczucie dla cierpiących jest tak wielkie, że On identyfikuje się z nimi: Byłem chory, a nawiedziliście mnie (Mt 25,36). Gdyby wszyscy chrześcijanie odwiedzali chorych i cierpiących, ileż osób znalazłoby ulgę! Poza tym: właśnie z tego będziemy sądzeni. Rozdział 25 z Ewangelii według św. Mateusza podaje szczegółowe pytania, jakie zostaną nam postawione w dniu Sądu Ostatecznego. Warto często rozmyślać nad tym kapitalnym fragmentem Ewangelii, aby ukierunkować swe życie na innych (por. KKK 1503).

 

BYĆ DOBRYM SAMARYTANINEM

 

Zwrócenie się ku sobie w cierpieniu oddala nas od Chrystusa, źródła wszelkiej pociechy. Chrześcijanin cierpiący, zwraca się ku innym cierpiącym. Jego własne cierpienie zostaje przez to złagodzone.

 

10 grudnia 1984 r. Jan Paweł II opublikował encyklikę Salvifici doloris - o zbawczej mocy cierpienia. Kładzie w nim nacisk na obowiązek bycia dobrym Samarytaninem wobec cierpiącego bliźniego, kimkolwiek by on nie był:

 

«Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie należy do ewangelii cierpienia, wskazuje bowiem, jaki winien być stosunek każdego z nas do cierpiących bliźnich. Nie wolno nam ich mijać, przechodzić mimo z obojętnością, ale winniśmy przy nich zatrzymywać się. Miłosiernym Samarytaninem jest każdy człowiek, który zatrzymuje się przy cierpieniu drugiego człowieka, jakiekolwiek by ono było. Owo zatrzymanie się nie oznacza ciekawości, ale gotowość. Jest to otwarcie jakiejś wewnętrznej dyspozycji serca, które ma także swój wyraz uczuciowy. Miłosiernym Samarytaninem jest każdy człowiek wrażliwy na cudze cierpienie, człowiek, który wzrusza się nieszczęściem bliźniego.» (zob. Salvifici doloris, nr 28-29).

 

Człowiek łagodzi przez to także własne cierpienie. To jeden ze szczytów Dobrej Nowiny Chrystusa. Simone Weil napisała w natchnieniu słowa: «Najwyższa wielkość chrześcijaństwa płynie z tego, że nie szuka ono nadprzyrodzonego lekarstwa na cierpienie, lecz nadprzyrodzonego posłużenia się cierpieniem.»

 

PODDAĆ SIĘ BOGU: PRÓBA UFNOŚCI

 

Przed śmiercią na Krzyżu Chrystus nie mógł pohamować krzyku, w którym zawiera się cała rozpacz, wywołana cierpieniem: Boże mój, czemuś mnie opuścił? (por. Mk 15,34). Z wołania ukrzyżowanego Jezusa trzeba nam zapamiętać posłuszeństwo Króla królów Bogu, zarówno w cierpieniu, jak i w radości oraz szczęściu, aby właściwie pokierować własnym życiem. List do Hebrajczyków wyjaśnia to doskonałymi słowami: «Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają» (Hbr 5,7-9).

 

PRZYJĘCIE CIERPIENIA: ZNAK POKUTY I NAWRÓCENIA

 

Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Każdy człowiek, który z pokorą i podaniem przyjmie dotykające go cierpienia, których nie da się uniknąć, może odpokutować za swoje grzechy, zaniedbania, za wszelkie zło, jakim zawinił wobec Boga i bliźnich.

 

«Chrześcijanin - jak poucza Kościół w Katechizmie (1473) - powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od starego człowieka i przyoblec człowieka nowego (por. Ef 4,24).»

 

«Nawrócenie dokonuje się w życiu codziennym przez czyny pojednania, troskę o ubogich, praktykowanie i obronę sprawiedliwości i prawa (por. Am 5,24; Iz I,17), wyznanie win braciom, upomnienie braterskie, rewizję życia, rachunek sumienia, kierownictwo duchowe, przyjmowanie cierpień, znoszenie prześladowania dla sprawiedliwości. Najpewniejszą drogą pokuty jest wzięcie każdego dnia swojego krzyża i pójście za Jezusem (por. Łk 9,23).» (KKK 1435)

 

NAJGŁĘBSZY SENS CIERPIENIA: DOPEŁNIĆ BRAKI UDRĘK CHRYSTUSA ZA ZBAWIENIE ŚWIATA

 

Katechizm Kościoła Katolickiego (618) poucza nas: „Jezus powołuje swoich uczniów do wzięcia swojego krzyża i naśladowania Go (por. Mt 16,24), ponieważ cierpiał za wszystkich i zostawił nam wzór, abyśmy szli za Nim Jego śladami (1 P 2,21). Chce On włączyć do swej ofiary odkupieńczej tych, którzy pierwsi z niej korzystają (por. Mk 10,39; J 21,18-19; Kol 1,24). Spełnia się to w najwyższym stopniu w osobie Jego Matki, złączonej ściślej niż wszyscy inni z tajemnicą Jego odkupieńczego cierpienia (por. Łk 2,35).

 

Szukając więc wzorów musimy spojrzeć i na Tę, która wydała na świat Syna Bożego, czyniąc go Synem Człowieczym. Na progu Świątyni, do której niosła Swoje Dziecko, Symeon przepowiedział, że Jej Serce przeniknie miecz boleści. Na podobieństwo Jej Syna w agonii aż do końca świata ten miecz nadal i Jej zadaje cierpienie, często okrutne, wywołując jeszcze dziś krwawe łzy. I jak Duch nakłania nas do wołania Abba do Ojca, tak samo możemy wyszeptać serdecznie Mamo, tuląc się do serca mamy Jezusa, naszej mamy. Ileż pociech wyprasza Ona dla tych, którzy otrzymali łaskę wiary i ufności w cierpieniu!

 

Cierpienie jest związane nierozłącznie z naturą człowieka i zawsze pozostanie tajemnicą. Będzie można je badać, oglądać z każdej strony lub poddać się mu, na własnej skórze go doświadczając, z rezygnacją lub rozpaczą, lub jak św. Augustyn: zmieniając perspektywę i życie. A zmienić życie, kiedy doświadcza się cierpienia, to rzucić się w ramiona Jezusa, współcierpieć z Nim, ofiarować mu własne w zamian za balsam, jaki On chętnie kładzie na nasze rany i także po to, żeby dopełnić braki udręk Chrystusa (Kol 1,24). Ten wysiłek przemieni nasze cierpienia.

 

PRZYKŁAD ŚWIĘTYCH

 

Nie znajdując odpowiedzi na swe pytania o cierpienie, Augustyn, syn Moniki, nawraca się, znajdując wszystkie odpowiedzi w Bogu.

 

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, wyczerpana gruźlicą, cierpiąca, przed oddaniem swej pięknej duszy Bogu, pyta Matkę Agnieszkę: „Moja matko, czy to agonia? Czy umrę?" - „Tak, moja biedna mała, to agonia, ale być może dobry Bóg przedłuży ją o kilka godzin..." „Och - wyszeptała Teresa - nie chciałabym mniej cierpieć." Weszła w serce tajemnicy cierpienia, przyjętego i ofiarowanego w sposób wolny, i w jego odkupieńczą moc, połączoną z mocą Ukrzyżowanego.

 

Święty Proboszcz z Ars powie: „Kochaj cierpienie, ofiaruj je Panu. Przemieni się w radość i powiększy skarb, jakim dysponujesz w Niebie." Ale to nieprawda, że w związku z tym wszystkim, należy szukać cierpienia i bezwolnie się mu poddawać. Nawet w odniesieniu do cierpień fizycznych KKK (2279) poucza:

 

„Stosowanie środków przeciwbólowych, by ulżyć cierpieniom umierającego, nawet za cenę skrócenia jego życia, może być moralnie zgodne z ludzką godnością, jeżeli śmierć nie jest zamierzona ani jako cel, ani jako środek, lecz jedynie przewidywana i tolerowana jako nieunikniona. Opieka paliatywna stanowi pierwszorzędną postać bezinteresownej miłości. Z tego tytułu powinna być popierana."

 

ZAPAMIĘTAJMY

 

Cierpienie dotyka każdego człowieka na tej ziemi. Jest nieuniknione, należy do wielkiego ucisku (por. Ap 7,14), jaki życie nam gotuje w perspektywie osiągnięcia wiecznej radości (Ps 15). Jego tajemnica nas przekracza. Nie usiłujcie przed nią uciec, nie uda się wam! Jeremiasz ją przeczuwał (15,17-21), Habakuk ją potwierdził (1,2-2,4). Kiedy uznamy harmonię, jaką Bóg wkłada w ten świat, rozbłyśnie przed naszymi oczyma mądrość i sprawiedliwość Boga, nawet w dopuszczeniu przez Niego bólu i cierpienia.

 

Cierpienie, które nie miało sobie równych - a mianowicie cierpienie Chrystusa - zakończyło się zmartwychwstaniem i dokonało odrodzenia świata (Ga 6,14-15). Od tej pory uczniowie Jezusa, my wszyscy, cierpimy z Chrystusem, jak On, i znosimy doświadczenie cierpienia z oczyma utkwionymi w Chrystusie (por. Hbr 12,1-4).

 

Jak uczy nas Apokalipsa, trzeba patrzeć na wszystko - a zwłaszcza na cierpienie niezrozumiałe i nie do zniesienia - w świetle mającej nadejść chwały. Widzi ona ucznia cierpiącego, prześladowanego, ale widzi też szczęście ucznia-zwycięzcy, w niebieskim Jeruzalem, w nowym świecie, w którym nie będzie już łez, żałoby, ani krzyku i bólu (por. Ap 7,17 i 21,4).

 

Dla złagodzenia naszych własnych cierpień nie ma lepszego lekarstwa niż solidarność z cierpieniem bliźniego i zachowanie się wobec niego jak dobry Samarytanin. Jezusa poruszały cierpienia innych. Z Marią i przyjaciółmi Łazarza zapłacze przed jego grobem, choć wie, że za chwilę go wskrzesi (J 11,32-38).

 

Nasze cierpienia, tak jak cierpienia Jezusa, zakończą się tajemnicą Paschy. Kiedy to pojmiemy, refleksję nad cierpieniem może już tylko rozjaśniać światło perspektywy także naszego zmartwychwstania. Wzywając więc Pana, aby złagodził cierpienie nasze i innych, nam bliskich, musimy równocześnie gorliwie prosić o umocnienie naszej wiary. Doktryna Kościoła o cierpieniu zawsze ukaże się tylko jako piękne słówka tym, których wiara nie osiągnęła nawet wielkości ziarnka gorczycy.

 

Cokolwiek by jednak nie mówić, cierpienie zawsze pozostanie nieprzeniknioną zagadką. Idźmy więc śladami tych, którzy nas poprzedzili. Oni, rozmyślając o cierpieniu, rzucili się z ufnością w objęcia Stwórcy i dziś są już przy Sercu Boga: św. Augustyn, św. Teresa od Dzieciątka Jezus, św. Jan Maria Vianney i tak wielu innych. Choćby św. Róża z Limy, która wypowiedziała piękne słowa: «Poza Krzyżem nie ma innej drabiny, po której można by się dostać do nieba...» (P. Hansen, Vita mirabilis, Louvain 1668).

 

René Lejeune

 

Stella Maris, nr 379, str. 25-26

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Sny...

poniedziałek, 03 września 2007 18:50
 

Czy nie jest to wszystkim ludziom wiadome,

że Bóg może objawić się człowiekowi najlepiej poprzez sen?"

(Tertulian)

 

      A gdyby człowiek nie poprosił, czy wtedy sny mogłyby odmówić pomocy? Czy mogłyby zakłócić jego rozwój? Dojrzałość nie pojawia się automatycznie - rozwój człowieka jest zawsze dramatyczny. Ludzkie ciało, rozum, emocje i uczucia, sny i wyobraźnia mogą pomóc na drodze do pełni, mogą go też zakłócić czy nawet zniszczyć. Rozumem można próbować uzasadnić największe patologie, pod wpływem agresji można zabić albo uratować życie, ta sama ręka przytula albo znieważa. Trzeba poprosić o pomoc. Za progiem tego słowa kryje się akceptacja, zaufanie, umiejętność posługiwania się danym "narzędziem", a nade wszystko rozpoznanie celu, dla którego zostało dane. Ofiarowane narzędzie nie jest celem - tragicznym błędem jest tworzenie kultu ciała, religii rozumu, adorowanie uczuć czy snów. Poprosić o pomoc, aby "dostrzec szczęście, gdy przychodzi" (por. Jr 17, 6).

 

Nieprzespane sny

 

      Rozróżnienie faktu od jego interpretacji odnosi się niezwykle wyraźnie do wydarzenia snu. Faktem jest, że istnieją sny. Opowiadamy o nich, nieraz długo pamiętamy ich treść. Z drugiej strony istnieje wiele interpretacji, teorii dotyczących zjawiska snu - jego powstania, zawartości, znaczenia, wpływu na życie. W ramach tylko jednej z teorii na wiele sposobów można interpretować konkretny sen. Podejścia do zjawiska snu krążą pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami: z jednej strony - całkowite lekceważenie snów, niebranie ich pod uwagę w całej dynamice rozwoju człowieka -nieraz ośmieszanie, a z drugiej - ryzykowny kult snów, zbyt mocno uzależniający decyzje życiowe od często naiwnie i magicznie interpretowanej jego symboliki.

      Biblia nie lekceważy snów. Zarówno Stary, jak i Nowy Testament często traktują sny jako miejsca doświadczenia obecności Boga. Wielkie decyzje są tu wielokrotnie podejmowane we śnie. Również w nauczaniu Ojców Kościoła wiele uwagi poświęcono temu zagadnieniu. Współczesna psychologia traktuje sny jako jeden z podstawowych materiałów w służbie zrozumienia i pomocy człowiekowi.

      W wielu teoriach sen jest uznawany za wytwór człowieka w dużym stopniu wolny od mechanizmów obronnych. To moja świadomość, lub raczej podświadomość, tworzy obrazy senne, pokazując tym samym niejako prawdziwy stan mojego wnętrza, głębokiego "ja", które ma duży wpływ na kreowanie moich zewnętrznych spostrzeżeń, reakcji i decyzji. Sen jest bardziej wolny od iluzji, które w dużym stopniu zniekształcają doświadczenie rzeczywistości. W tym znaczeniu sny mogą być niejako lustrem, w którym mogę zobaczyć swoją twarz - prawdę o sobie. W Sonetach dla Orfeusza Rainer M. Rilke pisał: "Choćby odbicie wodne / zmąciło kształty swoje / nie trać obrazu"

1. Sen pozwala poznać swój obraz. Ważne jest uchwycenie, na ile sen współbrzmi z rzeczywistością poza nim. Co mogą oznaczać na przykład sny osoby na zewnątrz nadzwyczaj spokojnej, która we śnie jest często niezwykle brutalna? Jak zrozumieć brak motywów religijnych u osób wierzących? Dla Jana Kasjana sen jest istotnym kryterium w ocenie dojrzałości człowieka. W jego sześciostopniowej skali, oceniającej dojrzałość mnicha w cnocie czystości, to, co dzieje się z seksualnością we śnie, zajmuje, jako kryterium, najwyższą pozycję

2.Należy także odróżnić sen od jego interpretacji. Interpretacji snu nie dokonuje się zazwyczaj we śnie, lecz po przebudzeniu. Może więc być dokonywana w świetle mechanizmów obronnych. Sen jako fakt jest w tym znaczeniu obiektywny, jego interpretacja - subiektywna. Pojawienie się we śnie umierającej, bliskiej osoby nie musi oznaczać zapowiedzi jej śmierci, ryzykowna jazda na nartach nie musi być zwiastunem mniej lub bardziej ukrytych myśli samobójczych, a przytulenie do kobiety - znacznych zaniedbań w integracji seksualnej. Sny są pełne symboli, często podobne do przypowieści i dlatego nie muszą ograniczać się tylko do jednej interpretacji. Bywa pewnie i tak, że celem pojawienia się snu nie jest jego precyzyjne zrozumienie, interpretacja, lecz danie wewnętrznego światła, nastroju, energii, które przenikną życie.

      Jeżeli sam człowiek jest autorem swoich snów, gdzie więc miejsce dla Boga? Jedno nie wyklucza drugiego (gratia perficit naturam). Przez sen mówi Bóg i człowiek. Nawet jeżeli w tej "produkcji" akcent pada na człowieka, Bóg nie pozostaje niemy. Mówi: "zobacz, jakie jest twoje wnętrze, nie bój się skonfrontować z prawdą o sobie, od której uciekasz". Bóg może pomóc w odkryciu właściwej interpretacji snu i zintegrować go z życiem. Bywa, że akcent w wyjątkowy sposób pada na Boga, który przez sen przekazuje szczególne posłannictwo, zadanie, słowo. Sny o takim nadprzyrodzonym charakterze wydają się rzadkie i potrzeba dobrego rozeznania, aby je odróżnić od innych. Często się zdarza, że ludzie zbyt pospiesznie dopatrują się w swoich snach nadprzyrodzonej interwencji Boga i własnym słowom, myślom przypisują boskie znaczenie.

      Sen jest więc szczególną, cenną własnością człowieka. Można przespać sny, tak jak się przesypia wartościową sztukę teatralną albo przyjacielskie spotkanie. Można coś wtedy stracić, bezpowrotnie zagubić i nie uciec do "Egiptu" albo z niego nie powrócić.

 

Jak radzić się snów

 

      Doceniając wartość snów, postawmy pytanie, w jaki sposób wykorzystać je dla rozwoju życia duchowego? Czy istnieją jakieś reguły? Zbierając doświadczenia wielu pokoleń, można wyróżnić niektóre z nich:

 

      1. Jeżeli oczekuję od snu konfrontacji z prawdą, to ważne jest, jak zagospodaruję czas przed snem. Wierzę, że słowo Boże jest słowem prawdy, w świetle którego mogę odróżnić prawdę od fałszu. To, co staje u bramy snu, przenika nas, gdy zasypiamy. Jeżeli zasypiamy po obejrzeniu brutalnego, przenikniętego lękiem i agresją filmu, wtedy przyjęte treści zapadają głęboko w świadomość i podświadomość i mają istotny wpływ na życie i sny. Słuchając przed snem słowa Bożego, pozwalam, aby ono - jak ziarno, które wpadło w ziemię - przeniknęło moją głębię (wewnętrzne "niebo i piekło"), rozświetliło wnętrze i doszło do samego kresu mojej tajemnicy. Żyjemy ostatecznie słowem Bożym, a nie snami. Ono zapada najgłębiej. Sen, który być może zrodzi się w świetle obecnego we mnie słowa, pełniej ukaże stan mojego wnętrza. Łatwiej będzie mi wtedy o poranku zrozumieć sens danego mi słowa Bożego. Niesiemy odpowiedzialność za nasze wnętrze - skarby naszego serca. Przyjęcie słowa Bożego przed snem jest jedną z form tej odpowiedzialności.

 

      2. Można przed snem poprosić w modlitwie o sen: o nieprzespanie snu, odwagę jego narodzenia i przyjęcia, właściwą interpretację.

 

      3. W dobrym przeżywaniu snów pomaga ich zapisywanie. Dzięki zapisywaniu stajemy się bardziej wrażliwi na tę rzeczywistość w nas. Częściej wtedy pamiętamy sny - nie tylko ich małe fragmenty, ale całość. Zapisywanie snów ma także wpływ na tworzenie nowych.

 

      4. Obok obrazów, wydarzeń i scen, jakie urzeczywistniają się w snach, równie istotne są uczucia, nastroje, jakie im towarzyszą. Być może to obrazy towarzyszą uczuciom, a nie uczucia obrazom. Ważne jest uchwycenie atmosfery, zarejestrowanie emocji - jak czuję się w tym śnie, jak czuję się po przebudzeniu, czy ten sen jest integrujący czy destrukcyjny?

      Istnieją we śnie dwie warstwy: obiektywna i subiektywna. Obiektywna odnosi się do rzeczywistości, w której żyję albo żyłem. Co mówi ten sen o mojej pracy, rodzinie, przyjaźniach, przeszłości i przyszłości? Co mówi Bóg przez ten sen? Co mówią moi bliscy? Czy dopuszczam możliwość kuszenia? W wymiarze subiektywnym dochodzi do głosu sposób przeżywania rzeczywistości obiektywnej. Dlaczego nieświadomie wybrałem akurat te postaci z mojego życia, jakie słowa włożyłem w ich usta? Co to mówi o mnie? Być może postaci i przedmioty ze snu to części mojej osoby, fragmenty mojego wnętrza. Te dwa wymiary, obiektywny i subiektywny, stykają i przenikają się wzajemnie.

 

      5. Należy łączyć sny z aktualną sytuacją życiową. W jakim momencie życia pojawia się dany sen? Co wydarzyło się przed jego pojawieniem, co ma się wydarzyć jutro, czy za kilka dni? Sen jest zawsze częścią większej całości.

 

      6. Nie należy spieszyć się z interpretacją snu. W Biblii panuje przekonanie, że "wyjaśnianie snów jest sprawą Bożą" (por. Rdz 40, 8). Tylko to, co włączone w dialog, rozwija się poprawnie. Tylko to, co otoczone rozmową, może być interpretowane właściwie. Ten dialog dotyczy nade wszystko Boga. Sen powinien stać się częścią modlitwy. Rozmawiając z Bogiem o moim śnie, zapraszam Go tym samym w świat mojego wnętrza, które w Jego świetle może być dobrze zinterpretowane, Jego mocą uzdrowione i przemienione. Rozważając słowo Boże, przeznaczone na dany dzień, pozwalam, aby Jego światło padło także i na moje sny. Czy istnieje związek pomiędzy słowem Bożym a moimi snami?

 

      7. Do dialogu o snach powinien zostać zaproszony drugi człowiek. W jego spojrzeniu, jak w zwierciadle, można inaczej skonfrontować się z wydarzeniem swojego snu. Z boku, z dystansu, łatwiej jest zrozumieć sens poszczególnych wydarzeń. Szczególne miejsce ma tutaj przyjaciel, psycholog czy kierownik duchowy.

 

      8. Trwając w dialogu z Bogiem i człowiekiem, można dalej - już na jawie - tworzyć scenariusz ze snu. Gdy dla przykładu we śnie nie potrafię wejść na wysoką górę, mogę - już teraz w nowym scenariuszu - tego wejścia dokonać. Ta kontynuacja lub zmiana scenariusza snu może mieć wpływ na zmianę wewnętrznych, głęboko zakodowanych przekonań - może mieć na przykład wpływ na korektę wewnętrznej tezy: "i tak w życiu niczego nie osiągnę, i tak mi się nic nie uda". Taka zmiana scenariusza - na zasadzie sprzężenia zwrotnego - dotyka i przeobraża nasze sny, tzn. zapada głęboko i ma wpływ na nasze postawy i decyzje życiowe.

 

      9. Należy być ostrożnym nie tylko ze zbyt pospieszną interpretacją treści snu, lecz także z rozumieniem na przykład częstotliwości występowania snów, braku snu, pojawiania albo niepojawiania się snów o określonej treści. Brak snu, w którym występowałby papież, nie musi świadczyć o antyrzymskim nastawieniu, a brak wątków biblijnych - o słabej wierze.

 

      Wszystkie wymienione tu zasady wykorzystania snu łączy jeden wspólny mianownik: troska o świętość, która wyraża się w przykazaniu miłości Boga i bliźniego swego jak siebie samego. Wszystko inne - także sny - służą temu przykazaniu. Chrześcijaństwo nie jest religią snów, ale koncentruje się wokół Boga, który w Chrystusie przychodzi do człowieka. Bóg, który stał się człowiekiem, podobnym do nas we wszystkim, oprócz grzechu, może przemówić do nas przez wszystko - także przez sen.

 

Ks. Krzysztof Grzywocz


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...



PORTAL KATOLICKI




Portal chrześcijański Angelus.pl

poniedziałek, 24 lipca 2017

Wędrowcy...:  372 913  

A czas płynie...

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Żebym wiedziała czy warto było...






Zobacz co sądzą inni...

Strony, które gorąco polecam.

Duszpasterstwa akademickie

Fundacje i Organizacje Pożytku Publicznego

Katolickie rozgłośnie radiowe

Masturbacja, pornografia i inne zagrożenia dla Miłości i czystości

Muzyka

Parafie

Prasa katolicka

Strony i serwisy katolickie

Warto posłuchać, warto przeczytać, warto zobaczyć...

Zgromadzenia zakonne

ekumenizm.pl


Szukaj a znajdziesz...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Tylu zatrzymało się na chwilę...: 372913
Tyle już powiedziałam...
  • liczba: 567
  • komentarze: 1565
Tyle już pokazałam...
  • liczba zdjęć: 202
  • komentarze: 59
Ad urbe condita...: 3620 dni

Lubię to