Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 678 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS



Zapraszam na Forum Ks. Marka Bałwasa

www.forum.dobreprzeslanie.pl


________________________________________________________________

Świadectwo Nicka Vujicica.

sobota, 21 lutego 2009 20:47
Zobacz koniecznie ! ! !




Więcej o Nicku- www.lifewithoutlimbs.org
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Wstrząsające świadectwo Jennifer Perez.

środa, 21 stycznia 2009 9:38
Pokój i błogosławieństwo dla was bracia i siostry w imię Pana Jezusa Chrystusa. Proszę Was wszystkich czytających to świadectwo, abyście otworzyli Biblię na wersecie z księgi Joela 3,1, który mówi: „A potem wyleję mojego Ducha na wszelkie ciało, i wasi synowie i wasze córki prorokować będą, wasi starcy będą śnili, a wasi młodzieńcy będą mieli widzenia".

I. Krótko o sobie i moich rodzicach

Nazywam się Jennifer Perez i mam piętnaście lat. Trudno jest takiej nastolatce jak ja stanąć przed wami i przyznać się do swoich błędów. Duch Święty jednak mi pomoże i da mi siłę, której potrzebuję. Na początku chcę zaznaczyć, że świadczę dla chwały i czci mojego Pana Jezusa Chrystusa. Nie chcę ani mówić o doktrynach, ani też tworzyć jakichś nowych. Chcę wyłącznie powiedzieć o tym co widziałam, słyszałam i czułam. Opowiem troszeczkę o mojej rodzinie. Moi rodzice są chrześcijanami i zawsze dawali mi dobry przykład i wskazywali na drogi Pana. Nawróciłam się trzy lata temu, gdy przyjęłam Pana za sprawą Nicky Cruze'a. Drogami Pana kroczyłam przez dwa lata. Lecz gdy rozpoczęłam gimnazjum, stałam się zbuntowana i odstąpiłam od chodzenia z Bogiem. Zbuntowałam się przeciwko rodzicom i zaczęłam brać narkotyki. Nauczyli mnie tego moi przyjaciele. Myślałam, że jestem chrześcijanką i że przyprowadzę moich przyjaciół do Jezusa. Jednak to oni na nowo pociągnęli mnie do świata. Buntowałam się przeciw rodzicom a oni myśleli, że jest to coś, przez co nastolatki muszą przechodzić. W rzeczywistości powodowały to narkotyki. Weszły we mnie złe duchy i dlatego stałam się zbuntowana. Rodzice byli dla mnie surowi, nigdy nie pozwalali mi nigdzie wyjść ani też spędzić nocy u przyjaciółki w domu. Zawsze musiałam robić coś ukradkiem za ich plecami. Chodziłam na wagary. Z powodu mojego nałogu z trudem pojawiałam się w szkole. Zaczęłam się uzależniać, lecz Pan wybawił mnie ze wszystkiego.

II. Bunt i nieposłuszeostwo względem rodziców i wobec Boga

Tak jak powiedziałam, byłam chrześcijanką. Moja historia rozpoczyna się 2 maja 1997 roku. Miałam przyjaciela. Byliśmy tylko przyjaciółmi, niczym więcej i on o tym wiedział. Myślałam, że go znam, lecz w rzeczywistości tak naprawdę nie wiedziałam, kim on jest. Tamtego wieczoru zadzwonił do mnie i zapytał czy moglibyśmy gdzieś wyjść. Moich rodziców nie było w domu. Tak jak w każdy piątek byli na spotkaniu modlitewnym. Powiedziałam im, że źle się czuję i chcę zostać w domu. Byłam na nich wściekła, gdyż tego wieczoru planowałam wyjść gdzieś z koleżanką, a rodzice nie pozwolili mi. Gdy poszli na spotkanie, zadzwonił mój przyjaciel. Powiedział: „Dlaczego nie wyjdziesz, wszyscy inni przecież wychodzą?" Pomyślałam sobie: „Nie chcę być nieposłuszna rodzicom, lecz może, jeśli się wymknę, to moi rodzice nigdy się nie dowiedzą", i tak zrobiłam. Rodzice wrócili w nocy i położyli się spać. Ja byłam przygotowana by wyjść cichaczem. Zadzwoniłam do przyjaciela i poprosiłam, aby poczekał na mnie na rogu ulicy. Nie chciałam, by przejeżdżał w pobliżu mego domu, bo mógł zbudzić rodziców i wszystko by popsuł. Położyłam pod kołdrą poduszki i wyszłam przez okno. Mieszkam w dwupiętrowym budynku i wszystkie okna posiadają śruby zabezpieczające. Ponieważ jednak moi rodzice ufali mi, w moich oknach nie było żadnych śrub. Wykorzystałam więc zaufanie rodziców. Wyskoczyłam z daszku i znalazłam się na ziemi.

Pan przewidział każdy szczegół, ponieważ mogłam złamać sobie nogę i to zniweczyłoby wszystko co On zaplanował dla mnie. Poszłam wzdłuż ulicy. Tam czekał już na mnie mój przyjaciel. Lecz gdy wsiadłam do samochodu, ujrzałam trzech innych chłopaków i jedną dziewczynę. Pomyślałam sobie: „Nie zamierzam niczego takiego robić jak pić alkohol czy brać narkotyki". Gdy zobaczyłam tych trzech chłopaków i jedną dziewczynę, to przestraszyłam się, że mogą próbować na mnie naciskać. Ale wsiadłam do samochodu i odjechaliśmy. Wcześniej, gdy rozmawiałam z przyjacielem przez telefon powiedział, że po prostu pojeździmy sobie po mieście. Powiedziałam: „OK, to brzmi fajnie" i dlatego się zdecydowałam. Nigdy bym nie przypuszczała, że zabiorą mnie do motelu. Bo to tam mnie zawieźli. Gdy tam dotarliśmy, zostawili nas w służbowym pomieszczeniu należącym do hotelu. Poprosili, byśmy poczekały, gdyż muszą pójść po jeszcze jednego kolegę. Powiedziałam ok, lecz pomyślałam, że idą wynająć pokój. Gdy wrócili, zabrali nas i zaprowadzili do tego pokoju. Powiedzieli: „Nie martwcie się, zaufajcie nam! Nic nie będziemy robić, poczekamy tylko tutaj na naszego przyjaciela i wszyscy razem odjedziemy". Zaufałam im, pomyślałam, że nigdy by mnie nie skrzywdzili, lecz w rzeczywistości nie wiedziałam, kim byli. Na początku tylko rozmawialiśmy ze sobą, więc zaproponowałam: „może kupmy sobie coś do picia skoro tutaj czekamy". Wszyscy wyszliśmy z pokoju i poszliśmy do małej restauracji na przeciwko motelu. Kupiliśmy trzy Spritey i wróciliśmy. Chłopcy zaczęli rozlewać napój do kubków. Nie mieli z sobą żadnej torebki lub czegoś, co wyglądałoby podejrzanie, co sprawiłoby, że pomyślałabym, że wsypią mi coś do napoju, lub że coś mi zrobią. Wszystko wyglądało niewinnie. Weszłam do toalety, aby poprawić sobie fryzurę i wykonać parę innych kobiecych czynności, a gdy wyszłam mój kubek był już napełniony. Włożyłam do ust gumę truskawkową i napiłam się czegoś, o czym myślałam, że to mój Sprite.

III. Moja tragiczna śmierd i spotkanie z Bogiem w Niebie

Nie wiem, co się stało potem. Kiedy zaczęłam widzieć, spostrzegłam, jak mój duch oddziela się od ciała. Byłam w szpitalu i wokół siebie miałam lekarzy oraz pielęgniarki. Gdy znalazłam się poza ciałem, zobaczyłam, że ono leży na łóżku. Gdy patrzymy na siebie w lustrze to widzimy swoje odbicie. Ale ja nie widziałam swojego odbicia, widziałam tam moje ciało na łóżku. Gdy odwróciłam się, dostrzegłam dwóch mężczyzn ubranych na czerwono. Powiedzieli: „chodź z nami" i wzięli mnie każdy za jedno ramię. Zabrali mnie do pewnego miejsca, a kiedy rozejrzałam się gdzie jestem, okazało się, że było to Niebo.
Pierwszą rzeczą, którą ujrzałam była wielka ściana. Była biała i ciągnęła się tak daleko, że nie widać było jej końca. Pośrodku znajdowały się długie drzwi, ale były zamknięte. W Starym Testamencie Mojżesz mówi o przybytku i opisuje jego cechy. Pamiętałam o tym i pomyślałam, że ściana tak właśnie wygląda. Tuż obok drzwi stało duże krzesło, a po prawej stronie, jeszcze jedno mniejsze. Wyglądały jakby były uczynione ze złota. Po mojej prawej stronie znajdowały się duże czarne drzwi. Wokół nich było bardzo ciemno, lecz wiedziałam, że są to drzwi, bo zobaczyłam klamkę. To były wstrętne drzwi. Po mojej lewej stronie był raj. Były tam drzewa, wodospady z krystaliczną wodą, trawa. To miejsce było pełne pokoju, lecz nikogo tam nie było. Spojrzałam i zobaczyłam przed sobą Boga Ojca. Nie widziałam Jego twarzy, z powodu Jego chwały - wielkiej i tak jasnej. Świeciła i rozjaśniała całe Niebo. Jego chwała sprawiała, że wszystko było jasne. Nie było tam słońca, księżyca, gwiazd. On był światłem. Widziałam Jego ciało, a ono było razem z Synem. Znajdowali się nawzajem wewnątrz siebie. Byli razem. Można było dostrzec ich odrębność, lecz byli jeden wewnątrz drugiego, byli razem. Tuż obok nich stali dwaj aniołowie: Gabriel i Michał. Znałam ich imiona, ponieważ były wypisane złotem na ich czołach. Gdy stałam tak przed Ojcem, poczułam się brudna! Padłam na kolana i zaczęłam płakać. Było mi bardzo wstyd. Pomimo iż mogłam widzieć ich twarze, nie chciałam, gdyż tak bardzo się siebie wstydziłam.

IV. Wyrok Pana skazujący mnie na piekło i przebywanie w nim

Podczas gdy stałam tam przed Panem Jezusem, On pokazał mi film z mojego życia, począwszy od narodzenia, a skończywszy na tamtej chwili. Powiedział, że największe znaczenie miały rzeczy, które zrobiłam po moim nowonarodzeniu. Powiedziałam moim przyjaciołom, że jestem chrześcijanką, lecz nie wydawałam żadnych owoców. Pan stwierdził, że moim przeznaczeniem jest piekło. Anioł Gabriel podszedł i chwycił mnie za ramię. Zabrał mnie w kierunku tych wstrętnie wyglądających drzwi, na które nawet nie chciałam patrzeć. Próbowałam się zatrzymać, lecz byliśmy duchami i przeniknęłam przez drzwi. Po ich drugiej stronie było bardzo ciemno, tak, że nawet nie widziałam samej siebie. Zaczęliśmy spadać bardzo szybko jak na kolejce w wesołym miasteczku. Podczas spadania robiło się coraz bardziej gorąco. Zamknęłam oczy, nie chciałam wiedzieć gdzie jesteśmy. Gdy się zatrzymaliśmy, otworzyłam oczy i zobaczyłam, że znajdujemy się na szerokiej drodze. Nie wiedziałam, dokąd ona prowadzi. Pierwszą rzeczą, jaką odczułam, było pragnienie. Byłam naprawdę spragniona! Mówiłam do anioła: „Pragnę, pragnę!". On jednak wydawał się mnie nie słyszeć. Zaczęłam płakać a kiedy łzy spływały po moich policzkach, całkowicie wyparowywały. Czułam zapach siarki i jakby palonych opon. Próbowałam zatkać nos, lecz zapach stawał się jeszcze bardziej nieznośny. Wszystkie moje pięć zmysłów było bardzo wrażliwych. Również, gdy próbowałam się jakoś osłonić, zapach siarki był bardziej odczuwalny. Wszystkie włosy na moich ramionach po prostu zniknęły. Odczuwałam żar, było bardzo gorąco.
Zaczęłam rozglądać się wokoło i wszędzie dostrzegłam ludzi torturowanych przez demony. Widziałam cierpiącą kobietę, torturowaną przez demona. On odciął jej głowę, a potem długą włócznią wszędzie ją ranił. Nie przywiązywał wagi do miejsca. W oczy, w ciało, w stopy, w ręce, nic sobie z tego nie robił. Potem włożył jej głowę z powrotem i nadal ranił. A ona płakała krzycząc w agonii. Potem widziałam innego demona, który torturował młodego mężczyznę w wieku 21 - 23 lat. Człowiek ten miał łańcuch na swojej szyi i stał na przeciwko dołu z ogniem. Również i ten demon ranił go wszędzie swoją długą włócznią. Następnie chwycił go za włosy i łańcuch i wrzucił do dołu ognia. Potem wyciągnął i nadal ranił. To działo się bez przestanku. Za każdym razem gdy trafiał do ognia, przestawałam słyszeć jego krzyk, lecz kiedy demon go wyciągał - krzyczał w agonii. Z powodu tych okropnych odgłosów próbowałam zatkać sobie uszy, lecz nic to nie pomagało. Mój zmysł słuchu był bardzo wrażliwy. Spojrzałam na kolejnego demona i był wstrętny. Poprzedni dwaj też byli wstrętni, lecz ten był najohydniejszy. Posiadał cechy wielu różnych zwierząt, nawet nie potrafię opisać tego słowami. Chodził wokoło i straszył ludzi, a oni byli naprawdę przerażeni. Potem zobaczyłam jeszcze jednego demona. Wyglądał pięknie, jak anioł Boga, ale nim nie był. Różnica pomiędzy aniołami Boga a demonami była taka, że aniołowie Boży mieli swoje imiona wypisane złotem na czołach, a demony nie.

V. Otrzymałam od Boga jeszcze jedną szansę

Ponownie spojrzałam na anioła Gabriela a on patrzył w górę. Myślałam, że nie chce oglądać jak ludzie są torturowani. Pomyślałam: „Dlaczego on nadal jest tutaj? Czy ja nie powinnam oczekiwać na moją kolej by być torturowaną?" Byłam również spragniona. Krzyknęłam do anioła: „Pragnę, pragnę!" Myślę, że mnie usłyszał, gdyż spojrzał w moim kierunku i powiedział: „Bóg chce dać Ci jeszcze jedną szansę". Natychmiast, gdy to powiedział, moje pragnienie, moja agonia, całe moje cierpienie odeszło. Odczułam pokój. Anioł wziął mnie za rękę i gdy już mieliśmy się wznosić, usłyszałam jak ktoś woła mnie po imieniu: „Jennifer, pomóż mi, pomóż mi!" Spojrzałam w dół. Chciałam dowiedzieć się, kto to był, lecz kiedy spojrzałam, płomienie zakryły twarz tej osoby. Wyglądało na to, że był to dziewczęcy głos. Mogłam dostrzec tylko jej wyciągnięte ręce, gdyż chciała abym jej pomogła. Miałam tak ogromne pragnienie, aby jej pomóc. Gdy jednak spróbowałam, nie mogłam. Moje ręce przeniknęły jej dłonie. Tak bardzo pragnęłam jej pomóc, ale zrozumcie, dla niej nie było żadnej nadziei. Nie mogłam jej pomóc. Rozejrzałam się i ujrzałam moich przyjaciół, ludzi których znałam, a także inne osoby. Wyglądali znajomo, ale nie potrafiłam powiedzieć, kim byli. Nie znałam ich życia. Kiedy jednak ujrzałam przyjaciół z mojej szkoły, bardzo mnie to zabolało. Pomyślałam sobie: „być może złe świadectwo, jakie wydawałam mówiąc, że jestem chrześcijanką a potem odwracając się od Boga, spowodowało, że nie chcieli Go poznać i się od Niego odwrócili. Może to ja byłam powodem, że tam się znaleźli". Tak pomyślałam. Zauważyłam, że w piekle nie istnieje czas, nie ma przeszłości, teraźniejszości, przyszłości, nic się nie zmienia, a oni są przeznaczeni by tam być. Tak jak powiedziałam na początku, nie chcę tworzyć żadnej doktryny. Jest to po prostu to, co tam widziałam. Ludzie, których tam widziałam nadal żyją.

VI. Bóg przebaczył mi grzechy i ochrzcił na nowo w Duchu Świętym

Anioł zabrał mnie przed obecność Boga. Gdy przed Nim byłam, klęczałam na kolanach płacząc. Nadal nie chciałam patrzeć w Jego twarz, ponieważ wstydziłam się siebie. Ale Bóg Ojciec z ogromną słodyczą w głosie powiedział: „Kocham cię". On tak samo kocha ciebie. Lecz powiedział to bezpośrednio do mnie. Powiedział, że przebacza mi wszystko, co uczyniłam i co Go obraziło. Przebaczył mi. Bóg spojrzał na mnie i pokazał mi wiele rzeczy. Pokazał mi świat, pokazał mi Ziemię. Wokół Ziemi widziałam coś miękkiego jakby warstwę ozonu. To rozpościerało się wokoło i było bardzo miękkie, a ja miałam ogromną ochotę by tego dotknąć. Gdy tego dotknęłam, okazało się, że był to Duch Święty, gdyż ochrzcił mnie i zaczęłam mówić innymi językami. W tym momencie zobaczyłam, że wiele złych duchów wyszło ze mnie. Kiedy odurzałam się narkotykami, zanieczyszczałam mój umysł i otwierałam drzwi, którymi złe duchy wchodziły we mnie. One mnie dręczyły. Sposób, w jaki reagowałam, tak naprawdę nie pochodził ode mnie, lecz od złych duchów, które we mnie były. W Słowie Bożym jest napisane, że jeśli dom jest oczyszczony, złe duchy będą próbowały powrócić pociągając za sobą siedem innych gorszych duchów. Mój dom został oczyszczony, gdy narodziłam się na nowo. Kiedy zostałam ochrzczona ujrzałam te wszystkie duchy, było ich siedem, a one miały po kolejnych siedem, a te znowu po siedem, i nie mogłam ich wszystkich policzyć. Pan oczyścił mnie od tych wszystkich duchów.

VII. Otrzymałam misję świadczenia o mojej wizji wszystkich młodym ludziom

Bóg pokazał mi również przyszłość. Pokazał mi Ziemię i to jak potoczą się sprawy i jakie rzeczy będą miały miejsce. Wizja, którą miałam, obejmowała czas od teraz, aż do porwania. Nie pokazał mi porwania, ale wszystko to, co bezpośrednio przed nim będzie miało miejsce. Z każdym dniem coraz bliżej jesteśmy tego momentu i powiem wam, że porwanie jest naprawdę blisko! Musisz zbadać siebie, swoje życie i zadać sobie pytanie: „Czy jestem gotowy by być z Panem Jezusem?" Pan pokazał mi to, lecz powiedział, bym nikomu tego nie opowiadała, ale czekała i patrzyła na bliskość końca. Nie chcę kusić Boga, dlatego też nie powiem wam, co widziałam. Mówię wam i ostrzegam, że porwanie jest blisko. Przeczytałam Joela 3:1 i jest to ostatnie proroctwo. Wszystkie zostały wypełnione. To jest ostatnie, które jeszcze się nie wypełniło i mówię wam, że ono się wypełnia. Wielu młodych ludzi powstaje by głosić Słowo Boże. Diabeł chce sobie stworzyć armię młodych ludzi, ale Pan Jezus jest o wiele potężniejszy. Jeśli naprawdę zaakceptujesz Chrystusa i będziesz chciał Mu służyć, On da Ci siłę, aby pokonać diabła, tak byś mógł głosić Słowo Boże na całym świecie, tak jak On nakazał to w Biblii. Powiedział mi, że mam do spełnienia misję. Tą misją jest mówić wszystkim młodym ludziom o mojej wizji. Nawet gdybym nie chciała, to jest to przykazanie, które Jezus dał mi i ja je wypełnię.

VIII. Powrót do mojego ciała

Kiedy powróciłam do mojego ciała, obudziłam się i zobaczyłam, że jestem w szpitalu. Rozejrzałam się i ujrzałam igły wbite w moje ramię, czujniki sprawdzające moje serce i rurki. Po chwili weszli moi rodzice i rozpłakałam się. Wyglądali na bardzo zagniewanych, lecz Pan kazał mi im wszystko powiedzieć. Tak też zrobiłam. Opowiedziałam im wszystko. Gdy weszła pielęgniarka, powiedziała, że bardzo się o mnie martwili. Powiedziała, że odchodziłam i wracałam, potem znowu odchodziłam i wracałam. Traciłam świadomość i znowu ją odzyskiwałam. Działo się tak trzy razy. Powiedzieli, że w trakcie jednego z tych razy, nie chciałam wrócić i martwili się o mnie. Mówili, że piana popłynęła z moich ust i wypowiadałam słowa, których oni nie rozumieli. Tej nocy moja mama miała złe sny. Mały piesek, z którym zwykle spałam wszedł do sypialni moich rodziców i zaczął drapać mamę po ramieniu, próbując ją obudzić. Gdy się obudziła, weszła do mojego pokoju i zobaczyła poukładane poduszki. Pomyślała, że tam jestem, więc wróciła do swojego pokoju. Wtedy dostrzegła światła wozu policyjnego na zewnątrz. Kiedy wyjrzała przez okno, policjant szedł w kierunku naszego domu więc obudziła tatę. Policjant przekazał, aby zadzwonili na komisariat, żeby porozmawiać na mój temat. Moi rodzice dowiedzieli się, że znajduję się odurzona w szpitalu. W tym momencie Pan przemówił do mojego ojca, aby niczym się nie martwił, gdyż wszystko jest w Jego rękach. Tak więc, mój tata nie martwił się.

IX. Wytłumaczenie zdarzenia minionej nocy w rozmowie z policją

Spędziłam w szpitalu trzy dni. Tydzień później rozmawialiśmy z detektywami, którzy opowiedzieli nam o tamtej nocy. Powiedzieli, że dziewczyna, z którą wtedy byliśmy również miała zakaz wychodzenia z domu i jej ojciec bardzo się martwił. Wyszedł, aby ją odszukać i jeździł po okolicy, lecz jej nie odnalazł. Poszedł więc na komisariat, a stamtąd przekazano komunikat do wszystkich radiowozów, aby poszukiwać samochodu, którym ona jeździła. Pewien oficer, już po służbie, przebywał naprzeciwko motelu u sprzedawcy samochodów. Chciał kupić jakieś używane auto. Zobaczył jej samochód i zawiadomił policję. Kiedy pojawili się policjanci by to zbadać, jej samochód był zaparkowany w innym miejscu, więc nie wiedzieli, gdzie ona jest. Znajdowaliśmy się na drugim piętrze w narożnym pokoju. Postanowili zacząć poszukiwania od tego właśnie pokoju, pytając wszystkich o właściciela zaparkowanego auta. Nie poszukiwali dziewczyny, lecz właściciela samochodu. Kiedy zapukali do naszych drzwi, otworzyli je i zobaczyli, że leżę na podłodze. Potem jednak wyszli. Moi tak zwani przyjaciele pomyśleli, że policjanci odeszli na dobre, lecz oni poszli, by zadzwonić po karetkę. Wkrótce przyszedł inny policjant, żeby dowiedzieć się, co się stało. Gdy otworzył drzwi, w tym momencie mój przyjaciel, ten, z którym rozmawiałam i któremu ufałam szykował się by mnie zgwałcić. Pan jednak użył policji by temu zapobiec i do niczego nie doszło. Dlatego dziękuję Panu, bo miał miłosierdzie nade mną. Również za modlitwy moich rodziców. Teraz mówię do wszystkich rodziców - nigdy nie przestawajcie modlić się o swoje dziecko. Jeśli nie chodzi jeszcze z Panem, trwajcie w modlitwie, nigdy się nie poddawajcie. Moi rodzice nigdy się nie poddali i popatrzcie gdzie jestem teraz. Głoszę Słowo Boże, mówiąc wszystkim młodym ludziom, by przychodzili, aby służyć Panu, gdyż Jego potrzebują.

X. Moje posłanie do wszystkich młodych ludzi

Chcę też przemówić do wszystkich młodych ludzi. Proszę abyście pomyśleli o sobie, zbadali siebie. Pomyśl młody człowieku, dlaczego miałbyś się martwić tym, co ktokolwiek o tobie mówi. Kiedyś bardzo martwiłam się tym, co inni ludzie mogą o mnie mówić, ale teraz rozumiem, że oni wcale się o mnie nie troszczyli. Nie będzie ich tam, gdy Pan stanie na wprost ciebie. Pamiętam, że kiedy stałam przed Bogiem, nie było tam moich przyjaciół by mi pomóc, mojego pastora, mojego kościoła, nie było ich tam by mi pomóc. Byłam tam sama i sama musiałam się bronić. Będąc przed Nim nie możesz kłamać, bo On jest święty świętych. Kiedy tam byłam to nie czułam się tak jakbym należała do tego miejsca. Dlatego, że żyłam w grzechu, a w niebie panuje świętość. Dzisiaj mówię wam, że jeśli jeszcze nie zaakceptowaliście Jezusa jako Pana, zróbcie to teraz. To jest najważniejsza decyzja całego waszego życia. Nie opowiadam wam tego wszystkiego, aby przestraszyć was piekłem, lecz byście mogli dostrzec Jego miłosierdzie i miłość jaką ma dla nas. On - Bóg Ojciec - posłał swego Syna by umarł za nas. Tak więc, każda kropla przelanej za nas krwi daje nam przebaczenie wszystkich naszych grzechów. Jeśli pragniesz poddać się Panu, to jest ta najważniejsza decyzja w twoim życiu. Przyjdź do Pana i nie dbaj o to co inni mogą pomyśleć o tobie. Jeśli chcesz służyć Panu to zrób to z całego swojego serca. Nie wypowiadaj tego wyłącznie ustami. Powiedz to z całego serca i umysłu. Nie martw się o przyszłość, martw się o dzień dzisiejszy. Nie wiesz, kiedy umrzesz. Mam tylko 15 lat i nigdy nie przyszło mi na myśl, że umrę w wieku 15 lat, nigdy. Przemyśl to młody człowieku. Moje życie nie jest moim, twoje życie nie jest twoim, nasze życie należy do Boga i tylko do Boga. Korzystamy z niego nie idąc do świata, nie czyniąc rzeczy tego świata. Świat ma wiele do zaoferowania, ale pamiętaj, że Bóg ma o wiele więcej. Świat ma śmierć i piekło. Bóg ma życie wieczne. Życie wieczne jest na zawsze. Teraz czytelniku, jeśli pragniesz zaakceptować Pana, proszę byś pochylił głowę i pomodlił się do Boga tą modlitwą: „Panie Boże, przychodzę do Ciebie w imieniu Jezusa. O Panie Boże w tym momencie chcę przyjąć Cię jako mojego Zbawiciela, chcę byś przyszedł do mojego życia. Tak jak Jennifer opowiadała w swoim świadectwie, że piekło jest realne i ona tam była, Boże ja nie chcę tam trafić. Nie chcę nawet myśleć o znalezieniu się tam. Boże, proszę Cię byś przebaczył mi wszystkie popełnione przeze mnie grzechy. Przebacz mi wszystko, co uczyniłem. Każdy drobny grzech o Boże, wyjawiam Ci go. Proszę wybacz mi je wszystkie. Panie Jezu wierzę, że umarłeś za mnie na krzyżu i powstałeś z martwych. Wierzę, że przyjdziesz do mojego serca i będziesz w nim panował i przebywał. Będę czytał Twoje Słowo, będę bardziej z niego czerpał. Panie pójdę do Kościoła, ponieważ wiem, że Ty tam jesteś. Powiedziałeś, że gdy dwóch lub trzech gromadzi się w Twoim imieniu, Ty tam jesteś. Boże chcę być tam gdzie Ty jesteś. Modlę się o to wszystko w imieniu Jezusa. Amen.

Jeśli modliłeś się tą modlitwą, chcę powitać cię w Królestwie Niebieskim. Teraz na całym świecie masz braci i siostry. Jest to najważniejsza decyzja, jaką kiedykolwiek podejmujesz, więc nie wykorzystuj tego. Nie wracaj do świata. Świat prowadzi do śmierci. Bóg prowadzi do życia wiecznego. W każdej chwili musisz żyć tak, jakby był to ostatni dzień, ostatnia chwila twojego życia. Jeśli to świadectwo dotknęło twego życia, daj je przyjaciołom, tak, aby i oni mogli przyjąć Boga do swego życia. Nie pozwól drogi czytelniku, aby czas, który jest przed tobą po prostu przeminął, gdyż mogą to być twoje ostatnie chwile.

Jennifer Perez
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (6) | Powiedz coś...

Onanizm- świadectwo Pawła.

sobota, 20 grudnia 2008 20:31

Sporo zastanawiałem się nad tym, jak napisać to świadectwo. Świadectwa innych, które miałem okazje wysłuchać np. na rekolekcjach czy dniach skupienia lub przeczytać w prasie czy Internecie były często spektakularne, pełne niezwykłych przeżyć i wydarzeń. Ludzie często zmieniali swoje życie i postępowanie pod wpływem tragicznych i bolesnych wydarzeń, niektórzy nawracali się dopiero gdy byli na samym dnie. Ze mną nie jest chyba aż tak bardzo spektakularnie.

Mam na imię Paweł, mam 20 lat i jestem studentem. Problem masturbacji nęka mnie już od kilku lat. Zaczęło się w podstawówce kiedy dowiedziałem się skąd się biorą dzieci i co to jest sex. Właściwie to chyba zupełnie naturalne że, dzieciaki w okresie dojrzewania interesują się swoim ciałem i zamianami jakie w nim zachodzą. Otrzymaliśmy od Boga dar płciowości oraz wolną wolę i to tylko od nas zależy jak wykorzystamy ten dar. Ja niestety wybrałem złą drogę.

Oczywiście, na samym początku nie byłem świadomy do końca co robię i nie wiedziałem czy to co robię jest dobre ale miałem jakieś intuicyjne przeczucie, że masturbacja jest grzechem, i że ranię w ten sposób Boga. Tak właściwie to od samego początku chciałem z tym skończyć, mówiłem sobie "to był ostatni raz, już nigdy więcej" szedłem do spowiedzi i myślałem, że wszystko będzie już OK, myślałem, że Bóg jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki uwolni mnie od tego problemu, że ja nie będę musiał się męczyć i wysilać, że to On załatwi całą sprawę za mnie. Zawsze jednak spotykało mnie rozczarowanie.

Stopniowo zacząłem szukać informacji na temat onanizmu w książkach medycznych, które znalazłem w domu, w Katechizmie Kościoła Katolickiego, w książkach do religii i innych. Znalazłem też sporo informacji w głupkowatych młodzieżowych gazetkach mówiących o tym, że masturbacja jest czymś zupełnie naturalnym i w ogóle nie ma się czym przejmować. Jednak jakoś nigdy nie wierzyłem tym piśmidełkom, większym autorytetem był dla mnie Katechizm. Niektórzy zarzucają Kościołowi, że w tej sprawie jest zbyt rygorystyczny i ma przestarzałe poglądy. Pamiętajmy jednak o tym, że wiara jest zbiorem nakazów i zakazów, dekalog nie jest kodeksem karnym, a ja nie jestem stawiany przed sądem, ja po prostu czułem, że to co robię jest grzechem i było mi z tym źle i wiedziałem, że muszę z tym skończyć.

Pochodzę z rodziny katolickiej, wiara jest dla mnie bardzo ważna, jestem ministrantem (teraz już coraz rzadziej, mam mniej czasu, studia itd. ale w tamtych czasach ministrantura była dla mnie bardzo ważna), zawsze byłem dobrze wychowanym, grzecznym i posłusznym dzieckiem - tak postrzegali mnie dorośli. Czasem miałem pretensje do całego świata, dlaczego ten problem dotyczy właśnie mnie, przecież zawsze byłem blisko Boga, nie zadawałem się ze złym towarzystwem. Dlaczego to spotkało właśnie mnie skoro jest tyle osób gorszych ode mnie, które powinny mieć większe predyspozycje do popadania w takie grzechy?

Strasznie ciężko było mi na duszy gdy z powodu masturbacji traciłem stan łaski uświęcającej, gdy nie mogłem z tego powodu przystąpić w niedzielę do Komunii.

Chyba w 6 klasie podstawówki zacząłem chodzić na młodzieżowe spotkania modlitewne do mojej parafii, bardzo mi to pomagało i rozwijało mnie wewnętrznie. Czasami też, niestety, miewałem złe oczekiwania w stosunku do tej grupy, myślałem sobie "Panie Boże zobacz jaki jestem dobry: jestem ministrantem, chodzę na spotkania modlitewne, co niedziela jestem na mszy (czasem nawet częściej) więc w zamian za to Ty ulecz mnie z moich złych skłonności i będziemy kwita". Takie myśli nie pojawiały się często ale niestety się zdarzały. Z Bogiem jednak nie można uskuteczniać takiego handlu wymiennego. Mimo że chodziłem na te spotkania wciąż miałem problem z masturbacją i wciąż klękałem przed kratkami konfesjonału z tymi samymi grzechami. Okres ten dał mi jednak bardzo, bardzo wiele (teraz wiem, że w moim życiu nic nie dzieje się bez przyczyny i bez Bożego zamysłu). Te kilka lat spędzonych w grupie modlitewnej jest teraz dla mnie swego rodzaju fundamentem, podstawą do mojej coraz dojrzalszej (choć wciąż jeszcze raczkującej) relacji z Bogiem. Niestety na początku liceum, głównie z powodu mojego lenistwa, przestałem chodzić na spotkania modlitewne. Teraz z perspektywy kilku lat bardzo mi tego brakuje, ale jednocześnie uświadamiam sobie, że te spotkania modlitewne z czasów podstawówki teraz procentują i coraz bardziej dostrzegam ich wartość. Obecnie zamierzam wstąpić do jakiejś grupy Oazy albo Odnowy w Duchu Świętym, jest mi to bardzo potrzebne, wiem że w grupie będzie mi łatwiej uporać się z własnymi problemami.

Wielką wagę ma także codzienna modlitwa która wyznacza swego rodzaju rytm dnia, to bardzo ułatwia w uporządkowaniu wszystkich naszych zajęć: pracy, nauki, zabawy (oczywiście w tej kwestii też jestem jeszcze początkującym;-)). Kiedy cały dzień jest uporządkowany to jakoś nie ma czasu na masturbację.

Bardzo ważny w "mojej drodze" jest sakrament pokuty, moje podejście do spowiedzi przez te wszystkie lata ewoluowało. Na samym początku straszliwie się wstydziłem wyznać ten grzech, bałem się reakcji księdza, strasznie kombinowałem jak to powiedzieć, jakich słów użyć. Bałem się, że wyjdę na jakiegoś zboczeńca, że ksiądz mi powie, że jestem za młody na popełnianie takich grzechów. Czasami moje wypowiedzi były wręcz udziwnione, wydawało mi się, że mówienie o problemach seksualnych w moim wieku nie przystoi, starałem się wypowiadać to jakoś łagodniej (a najlepiej gdyby ksiądz w ogóle nie domyślił się o czym mówię i żeby przypadkiem o coś nie wypytywał). Obecnie też mam z tym trochę problemów, słowo masturbacja wydaje mi się takie medyczne, mówię więc po prostu, że popełniałem grzech nieczystości dotykając się. Jednak coraz bardziej przekonuję się o życzliwości księży siedzących w konfesjonałach, oni doskonale wiedzą jak trudne jest wyznanie grzechów, szczególnie gdy są to zagadnienia tak wstydliwe i naprawdę chcą nam pomóc. Staram się pamiętać o tym, że ksiądz pośredniczy tylko między mną a Bogiem, że to Bóg mi wybacza.

Na początku biegałem do spowiedzi bardzo często i wciąż powtarzałem te same grzechy, zdarzało się, że nawet kilka razy w tygodniu. Czasami nawet niedbale przygotowywałem się do spowiedzi byle jak najszybciej wyrzucić to z siebie i mieć "czyste konto" żeby zaczynać od początku. Później jednak zachowywałem się inaczej, wydawało mi się, że takie ciągłe bieganie do spowiedzi nie jest odpowiednie, że jest wyrazem niedojrzałości, jak można wciąż wracać z tymi samymi grzechami i wypowiadać tą samą formułkę? Zacząłem szukać jakichś niezwykłych przeżyć. Wydawało mi się, że jak już popełnię ten grzech to musze trochę poczekać zanim pójdę do spowiedzi, że nie wypada tak od razu następnego dnia, że trzeba odbyć jakąś "kwarantannę", że muszę się w specjalny sposób przygotować, tak żeby kolejna spowiedź była jakaś wyjątkowa i przełomowa bo chciałem nie mieć po niej już żadnych problemów z własną seksualnością. Znów oczekiwałem od Boga czarodziejskiego uzdrowienia (Panie Boże ja idę do spowiedzi a Ty załatw za mnie cała brudną robotę). Doprowadziło to jednak do tego, że ta moja "kwarantanna" trwała czasem nawet kilka miesięcy a ja zamiast w tym czasie przygotowywać się do tej jedynej i przełomowej spowiedzi brnąłem coraz bardziej w grzech i oddalałem się od Boga. Rzeczywiście w takich chwilach potrzebowałem silnych wrażeń ale zwykle polegały one nie na tym, że kolejna spowiedź była pełna uniesień i metafizycznych przeżyć, ale na tym, że dostawałem porządnego kopa, gdy uświadamiałem sobie, że upadłem już tak bardzo nisko.

Teraz już wiem, że takie podejście nie jest zbyt dobre, że nie należy poszukiwać niesamowitych przeżyć religijnych w spowiedzi, czasem lepiej następnego dnia po tym jak upadniemy szybko pobiec do spowiedzi (może nawet bez najlepszego przygotowania się do sakramentu) tylko po to żeby nie zabrnąć dalej w grzech masturbacji. Oczywiście nie jest to łatwe, i również teraz mam okresy gdy przez dłuższy czas nie idę do spowiedzi ale doskonale wiem że muszę się w tej kwestii pilnować bo im bardziej oddalę się od Boga (im dłużej jestem w stanie grzechu ciężkiego) tym trudniej później wrócić na właściwą drogę.

Z uświadomieniem sobie mojego problemu też bywało różnie. Początkowo zastanawiałem się czy masturbacja jest w ogóle grzechem. Próbowałem wyznaczyć granice, która oddzieli to co jest grzechem od tego co nim nie jest, inaczej mówiąc wyznaczałem sobie granicę między tym co jest zabronione a tym na co mogę sobie jeszcze pozwolić. Chodziło w tym chyba głównie o to żeby się usprawiedliwić i wytłumaczyć przed samym sobą. Takie podejście nie jest zbyt słuszne bo przypominało to raczej chłodne rachowanie i podsumowywanie ilości grzechów i dobrych uczynków. Nie musimy robić przecież żadnych bilansów, wiara na tym nie polega. Stopniowo zrozumiałem, że powinienem kierować się tym co podpowiada mi serce i sumienie. Ważnym momentem było uświadomienie sobie własnych słabości i problemów z masturbacją, było to bardzo trudne i nie nastąpiło z dnia na dzień, musiałem do tego po prostu dojrzeć. Pamiętam, że wyczytałem gdzieś, że masturbacja może przerodzić się w uzależnienie, strasznie mnie taka perspektywa przeraziła. Z jednej strony nie chciałem w ogóle przyjąć tego do wiadomości a z drugiej wiedziałem, że osoby, które są od czegoś uzależnione największy problem mają zwykle z przyznaniem się przed samym sobą do własnego problemu. Bardzo boję się, że kiedyś mogę nie kontrolować sfery seksualnej mojego życia, że mogę stać się niewolnikiem masturbacji. Wydaje mi się, że pierwszym krokiem do naprawy swojego życia jest to aby stanąć w prawdzie i uświadomić sobie swój problem i bezsilność w tej kwestii, aby już więcej się nie oszukiwać. Dopiero wtedy można powierzyć tę sprawę Bogu.

Obecnie jestem na etapie ciągłego stawania w prawdzie wobec siebie. Doskonale zdaję sobie teraz sprawę, że mam problem z masturbacją (i to duży), wiem, że jestem w tej sprawie coraz bardziej bezsilny, że może doprowadzić mnie to do uzależnienia i zniewolenia. Myślę, że nie jest to jeszcze w moim przypadku nałóg lecz w każdej chwili może się w niego przerodzić. Dodatkowym bodźcem, który mobilizuje mnie do zmiany postępowania były chwile gdy upadam bardzo nisko, zdarzało się bowiem, że masturbowałem się nawet kilka razy dziennie, oglądałem pornograficzne strony internetowe, odwiedzałem czaty gdzie onanizowałem się z innymi chłopakami (zacząłem się nawet obawiać o swoją orientację seksualną), z powodu masturbacji zawaliłem nawet kolokwia i egzamin, zauważyłem, że czasem trudno jest mi się skupić z tego powodu na nauce, niekiedy masturbacja stawała się dla mnie ważniejsza niż obowiązki na studiach. Masturbacja była więc jedną z przyczyn kilku moich życiowych porażek. Gdy tak racjonalnie patrzyłem na moje postępowanie zastanawiałem się jak człowiek, który uznaje się za osobę kulturalną, wierzącą, zdobywającą wyższe wykształcenie może postępować tak prymitywnie. Wiem jednak, że Bóg czasem pozwala upaść człowiekowi tak nisko żeby mógł się odbić od dna. Ale przede wszystkim wiem o tym, że z tego można wyjść!!! Przekonałem się że jest i będzie to trudna i długa droga, mogę jeszcze wiele razy upaść. Ważne jest żeby się nie załamywać i nie poddawać, wiem, że Bóg będzie mnie prowadził i pomoże mi w tej drodze. Cieszę się z każdego dnia, który przeżyłem w czystości i głęboko ufam w to, że z Bożą pomocą będę mógł kiedyś powiedzieć, że jestem już całkowicie wolny. Boję się powiedzieć, że już nigdy więcej nie popełnię grzechu masturbacji ale zrobię wszystko aby kiedyś nadszedł taki dzień, a może rzeczywiście już nadszedł ... :-)

Moim ostatnim sukcesem jest wytrwanie w czystości przez 33 dni, przez cały Adwent i chwała za to Panu!!!

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Masturbacja i pornografia- świadectwo Karola.

sobota, 20 grudnia 2008 20:28

 Witam! Chcialbym po krótce przedstawić historię swojego życia, a dokładniej - doświadczeń z pornografią i masturbacją. Nie jest to temat łatwy, ale mam nadzieję, że uda mi się opisać wszystko, co ważne, i że list ten będzie przestrogą dla innych lub chociaż skłoni czytelników do zastanowienia się nad omawianymi problemami.

     Z masturbacją zetknąłem się bardzo wcześnie - w wieku 11 lat. Rodzice raczej unikali rozmów ze mną na tematy związane z ludzką seksualnością. Nie wiedziałem więc, że to, co robię to "masturbacja". Myślałem, że odkryłem coś, o czym inni nie wiedzą. Od początku byłem świadomy, że to, co robię jest niewłaściwe i że jest to grzech, ale była to dla mnie forma nieskromnej zabawy, więc nie widziałem w tym jakiegoś poważnego zła. A ponieważ ta "zabawa" sprawiała mi wielką przyjemność, praktykowałem ją dosyć często.

     Rok później zetknąłem się z pornografią. Pewnego dnia kolega namówił mnie na oglądanie nagranego na video Playboya. Cóż to było za przeżycie... Nigdy wcześniej nie byłem tak podekscytowany... Po fakcie wróciłem do domu, odczuwając taką przyjemność, że musiałem "coś z tym zrobić" - i dokonałem masturbacji. Szybko nauczyłem się, że wszelkie podniecenie seksualne można w ten sposób rozładować i że sprawia to ogromną przyjemność... A sam fakt, że jest to grzeszne, wydawał się bez znaczenia. Tym bardziej, że do spowiedzi chodziłem okazjonalnie, a powiedzenie księdzu, że "bawiłem się nieskromnie" (bo tak wtedy rozumiałem ten grzech) nie stanowiło dla mnie problemu.

     Próbowałem rozmawiać o tym, co robię, z kolegami, ale żaden nie miał pojęcia o co mi chodzi... Po kilku miesiącach sami mnie zagadnęli i zapytali czy się masturbuję. I okazało się, że moje odkrycie na temat tego, co można robić z własnymi narządami płciowymi, nie jest żadnym wynalazkiem, i że "masturbacja" (wtedy poznałem to słowo) to coś, co rodzaj ludzki już dawno wymyślił...

     Zacząłem dużo o tym czytać w "fachowej literaturze", z której dowiedziałem się, że onanizm to coś zupełnie normalnego, szczególnie w okresie dojrzewania. Moi koledzy również traktowali to zjawisko pozytywnie. To mnie uspokoiło. Nie pamiętam dokładnie, skąd dowiedziałem się, że oglądanie pornografii "pomaga" w masturbacji, ani kiedy sięgnąłem po pornografię, ale chyba było to wtedy, kiedy zauważyłem u siebie zainteresowanie płcią przeciwną. Najpierw były oczywiście roznegliżowane kobiety, czy "lekkie" sceny erotyczne w filmach. Ponieważ mieszkaliśmy w małym mieszkanku, w bloku, nie miałem własnego pokoju ani telewizora. Wykorzystywałem więc okazje, kiedy nikogo nie było w domu.

     Jakiś czas później zacząłem pożyczać od kolegów filmy na video, a mianowicie nagrywane przez nich Playboye. Filmy te dostarczały mocniejszych wrażeń. Masturbowałem się znacznie częściej, niż kiedykolwiek przedtem. Trwało to dość długi okres czasu.

     Pewnego dnia jeden z kolegów przyniósł mi, zamiast Playboya, niemiecki film pornograficzny. Takiego czegoś nie widziałem nigdy wcześniej. Na filmie były pokazane prawdziwe stosunki seksualne - i to z detalami (jeśli ktoś widział kiedykolwiek pornografię typu hardcore, to wie, o czym mówię). Z początku byłem tym zniesmaczony. Oddałem koledze film i pomyślałem sobie, że do "udanej masturbacji" wystarczy mi podniecający widok nagich dziewczyn z Playboya (te kobiety z niemieckiego filmu były mało pociągające). Jednak parę tygodni później sam poprosiłem go o ten film, gdyż kusiło mnie, żeby go jeszcze raz zobaczyć. Tym razem nie byłem nim tak zniesmaczony jak ostatnio. Można wręcz powiedzieć, że zaczęło mnie to podniecać. Na dobre zagłębiłem się w masturbacji i oglądaniu pornografii.

     Sytuacja uległa zmianie (na gorsze), gdy przeprowadziliśmy się do większego mieszkania. Miałem swój pokój i telewizor. W każdy weekend wyczekiwałem do późna w nocy na programy dla dorosłych (gł. na Playboye i filmy erotyczne), żeby się masturbować. Chodziłem zmęczony i nie wyspany. Trwało to kilkanaście miesięcy. Potem kupiłem komputer i podłączyłem się do internetu. To pozwoliło mi na dostęp do pornografii 24 h na dobę. Poza tym kupowałem czasami w kioskach filmy pornograficzne na VCD. Ich cena (9,99) i powszechna dostępność sprawiały, że nie miałem problemu z ich zdobyciem, a jeśli nawet, to zawsze pozostawał internet. Nie muszę dodawać, że była to pornografia typu hardcore, gdyż dziewczyny z Playboya nie dostarczały już takich wrażeń jak kiedyś. Poza tym dziewczyny z tych hardcorowych filmów były nieporównywalnie ładniejsze i atrakcyjniejsze seksualnie, od owych kobiet z pamiętnego niemieckiego filmu (co mnie wtedy bardzo cieszyło, zastanawiałem się jednak nad tym, co takie śliczne dziewczyny robią w filmach tego rodzaju).

     Moje życie religijne uległo diametralnej zmianie. Prawie zupełnie przestałem się modlić. Spowiedź stała się problemem... Wcześniej trochę wstydziłem się spowiadać z masturbacji i pornografii, szczególnie, że trzeba było nazwać rzecz po imieniu, ale nie sprawiało mi to większego problemu. Teraz, nie wiem dlaczego, zacząłem odczuwać paniczny strach przed spowiedzią. I nie miałem pojęcia skąd się to wzięło... Po spowiedzi było cudownie, czułem się spokojnie, obiecywałem sobie, że nigdy już nie zgrzeszę w ten sposób. Jednak pokusa była bardzo silna i zawsze ulegałem. A potem, przed spowiedzią (do której chodziłem bardzo rzadko, z okazji wielkich świąt, czyli chyba dwa, trzy razy do roku) miałem ochotę uciec z kościoła i nie przystępować do tego sakramentu. I może, gdyby księża przy spowiedzi byli dla mnie opryskliwi i robili mi wyrzuty, rozumiałbym swój strach, ale nie pamiętam, żebym trafiał na takich... W tej sytuacji nie umiem wytłumaczyć swojej ówczesnej awersji.

     Pewnego dnia zacząłem bluźnić przeciwko Bogu. Było to automatyczne i niezależne ode mnie (chociaż wtedy tego nie rozumiałem i byłem przekonany, że to ja bluźnię). Polegało to na tym, że przy styczności z czymkolwiek, co miało związek z religią, w mojej głowie pojawiały się bluźnierstwa (w większości przypadków - przekleństwa-epitety). Byłem zrozpaczony... Msza święta i codzienna modlitwa były dla mnie koszmarem... Koszmarem stała się również spowiedź. Szczególnie pierwsza po tym fakcie - ksiądz zadał mi długą pokutę. Postanowiłem, że nie zbluźnię juz nigdy więcej, jednak te przekleństwa na Boga i świętych pojawiały się dalej, a ponieważ byłem przekonany, że to ja, z własnej woli, bluźnię, spowiadałem się z tego tak, jakbym faktycznie to robił. Następnie usiłowałem ustalić skąd to się wzięło - doszedłem do wniosku, że to skutek oglądania pornografii i uprawiania samogwałtu. I że bluźnierstwa to efekt oddziaływania na mnie złych duchów (szatana). Szukałem pomocy u różnych księży przy spowiedzi, ale oni chyba nie rozumieli mnie tak, jakbym tego chciał... Pragnąłem zwrócić się całym sercem w stronę Boga, ale te bluźnierstwa mi to uniemożliwiały. Nie mogłem się modlić... Do spowiedzi biegałem co kilka dni, czasem nawet codziennie. Spowiadałem się z bluźnierstw, których nie potrafiłem wypędzić ze swojej głowy. Księża na próżno mi tłumaczyli, że to nie moja wina, że to są myśli pochodzące od szatana. Ja musiałem się z tego dokładnie wyspowiadać, bo wydawało mi się, że jak tego nie zrobię, to spowiedź będzie nieważna. Popadłem w skrupuły... Czułem przymus spowiadania się z najdrobniejszych grzechów. Nie umiałem określić ich ogólnie - musiałem opowiadać wszystko dokładnie, ze szczegółami. To wszystko sprawiło, że spowiedź stała się piekłem. Zrozpaczony, przestałem przystępować do tego sakramentu...

     Tym sposobem przestałem przystępować do sakramentów i modlić się. Chodziłem wprawdzie do kościoła, jednak jakim przeżyciem jest dla człowieka Msza, na której jest się obecny tylko ciałem, a duchem i świadomością już nie... Kościół wydawał mi się w tym wypadku stratą czasu - opuszczałem więc często niedzielną Mszę Św.

     Te wszystkie przeżycia były dla mnie tak okropne, że nie da się tego opisać. Nie życzę nikomu czegoś takiego. Prawie bez przerwy rozmyślałem, dlaczego mnie to spotkało. Zacząłem unikać ludzi, byłem skupiony wyłącznie na sobie. Z czasem popadłem w nerwicę i depresję. Nic mnie nie cieszyło. Aby odreagować w jakiś sposób te negatywne emocje, bardzo często sięgałem po alkohol. Upijałem się. Zacząłem palić papierosy. Całe szczęście, że nie sięgnąłem po narkotyki (a może tylko dlatego, że nie było mnie na nie stać). Przez tę nerwicę, zacząłem coraz więcej jeść, a właściwie napychać się jedzeniem do oporu. Przybrałem sporo na wadze. To wszystko sprawiło, że czułem się jak ostatni śmieć, nie wart nawet trącenia butem. Coraz częściej myślałem o samobójstwie - uchronił mnie przed tym chyba tylko strach przed wiecznym potępieniem.

     W sytuacji, kiedy człowieka nic nie cieszy, szuka on na siłę czegoś co sprawia przyjemność. Jak to było ze mną? Oprócz alkoholu, papierosów i opychania się jedzeniem, była to oczywiście masturbacja. Robiłem to, żeby zaznać jakiejś przyjemności i, choć przez chwilę, oderwać się od bólu, który mnie wyżerał od środka. Jednak była to przyjemność tylko chwilowa. Po fakcie miałem takie wyrzuty sumienia, że czułem się jak wrak. Podejmowałem dziesiątki prób skończenia z tym grzechem, jednak byłem za słaby. Wyrzuty sumienia powodowały u mnie jeszcze większą depresję, co domagało się coraz częstszego sprawiania sobie przyjemności przez masturbację i tak non stop. Błędne koło!

     Pornografia? Ależ oczywiście... Nie potrafiłem z niej zrezygnować. Mało tego, znudziły mnie "zwykłe" hardcorowe filmy pornograficzne. Zacząłem szukać coraz mocniejszych, przepełnionych agresją, bardziej wyuzdanych i perwersyjnych filmów. Pragnąłem oglądać filmy pedofilskie i ze zwierzętami. Jak dobrze że do nich nie dotarłem! Gdyby znudziły mi się wszystkie rodzaje twardej pornografii, to co wtedy? Aż strach pomyśleć... Przeszedłbym do czynów? Podobno większość przestępców seksualnych zaczynała od oglądania pornografii...

     Tego było za wiele... Zacząłem się modlić. Głównie był to różaniec. Oczywiście często porzucałem modlitwę, ale po kilku dniach czułem, że czegoś mi brakuje i rozpoczynałem od nowa. Po dłuższym czasie takiej modlitwy zacząłem odczuwać tęsknotę za Bogiem i sakramentami. Postanowiłem iść do spowiedzi. Oczywiście, że było trudno, gł. z powodu strachu. Ale kiedy udało mi się go przezwyciężyć i wyspowiadałem się, czułem się wspaniale. Jednak szatan nie chciał mnie wypuścić ze swoich więzów. Znów pojawiły się skrupuły, nasiliły bluźnierstwa. Nie byłem pewny, czy mogę chodzić do Komunii Św. Biegałem co chwilę do spowiedzi. Było to bardzo męczące psychicznie. Masturbacja, niestety, dalej trwała. Podejmowałem oczywiście próby zaprzestania, ale najdłużej udawało mi się wytrzymać przez miesiąc. Co ciekawe, szatan wypracował sobie pewien sposób, aby mnie kusić (czego ja wtedy nie dostrzegałem, ale teraz widzę to wyraźnie i robię wszystko, żeby nie dać się złapać): wystarczyło, że zobaczyłem zgrabną dziewczynę na ulicy i popatrzyłem na nią przez dłuższy czas z pożądaniem (w końcu coś takiego to nie pornografia i jak sobie od czasu do czasu popatrzę to się nic nie stanie - myślałem). Jednak po powrocie do domu było mi mało. Włączałem więc komputer i oglądałem dziewczyny w internecie. Nie nagie, ale w obcisłych ubraniach. Chwilę później patrzyłem już na roznegliżowane, następnie na całkiem nagie, później na nagie w wyuzdanych pozycjach, a kończyło się na pornografii typu hardcore i masturbacji. A przecież zaczynałem od patrzenia na pociągające dziewczyny na ulicy... Dobrze, że wreszcie dotarło do mnie dlaczego nie mogę spoglądać w ten sposób na kobiety.

    Postanowiłem, że nie będę więcej tego robił. Lepiej czasem odwrócić wzrok, niż skończyć tak, jak zwykle. Oczywiście, że było ciężko. Ale modlitwa była bardzo pomocna... W zasadzie, to było nieocenione źródło kontaktu z Bogiem. Człowiek nie dostrzega wartości modlitwy. Ale mówię Wam: to działa. Wiadomo, że nie od razu. Potrzeba czasu. Ale to działa. Kiedy po jakimś czasie uległem pokusie i włączyłem film typu hardcore, ku mojej wielkiej radości zauważyłem, że mnie to absolutnie nie podnieca - czułem obrzydzenie do tego, co oni tam wyprawiają. To samo obrzydzenie, jakiego doznałem kilkanaście lat wcześniej, kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten niemiecki film...

     Jak wygląda moje życie teraz? Trwam w czystości ponad dwa miesiące (jest to dla mnie absolutny rekord). Modlę się codziennie. Nie oglądam pornografii, chociaż często mnie kusi... Bluźnierstwa w mojej głowie nie są już tak silne jak kiedyś. Marzę, że poznam kiedyś wspaniałą kobietę, która zostanie moją żoną. Wszystko układa się coraz lepiej i powoli odzyskuję równowagę. Wierzę, że kiedyś znów będę taki jak dawniej. Modlę się codziennie o to, by Bóg "naprawił" moje zniszczone sumienie i oczyścił moją duszę. I jak na razie On mnie wysłuchuje. Skończenie z masturbacją i pornografią było odcięciem się od tego, czym karmiłem szatana przez te wszystkie lata. To dzięki temu miał on nade mną taką władzę. Teraz staje się coraz słabszy. Czuję to wyraźnie.

     To chyba tyle... Nie chcę przeciągać mojego listu. Napisałem go po to, żeby przestrzegać Was przed "normalnych zachowaniem w okresie dojrzewania" jakim jest masturbacja oraz przed wszechobecną pornografią, która wydaje się nieszkodliwa (ale zaczyna się od gołych panienek, a kończy na filmach z udziałem dzieci i zwierząt). To tyle... Namawiam wszystkich do regularnej i częstej modlitwy, gdyż pozwala ona na wydostanie się z najgorszego bagna... Moje życie jest na to dobrym przykładem.

     Z Bogiem!

Karol

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Niebo jest w sercu- świadectwo ks. Marka Bałwasa.

sobota, 20 grudnia 2008 20:23

Jak to się stało, że jeżdżę na wózku inwalidzkim? Pracowałem na parafii, jako katecheta. Zimą 2003 roku, jako pasażer uczestniczyłem w wypadku samochodowym. Nasz pojazd wpadł w poślizg. Od tego dnia mam zniesione całkowite czucie ciała od klatki piersiowej, aż do stóp, czyli cztery piąte swojego ciała. Ale to ciało, którego nie czuję przez dotyk, bardzo boli. Także w kręgosłupie mam założoną blachę na dwie śruby. Poruszam się na wózku inwalidzkim.

Wypadek był tragiczny i mogłem tego nie przeżyć, a jednak przeżyłem i to doświadczenie nauczyło. Nie było to takie proste, trzeba było się z tym pogodzić i zaakceptować. Byłem pogubiony w mojej sytuacji. Szukałem pocieszenia... ale Bóg nie zapomniał o mnie. Bóg wiedział, że z tych czterech osób które były w samochodzie podczas wypadku, tylko ja sobie z tym poradzę i mnie posadził na wózku. Pozostałym nic się nie stało.

Doświadczyć cierpienia nie może każdy. Jeżeli doświadczasz jakiegokolwiek cierpienia, doświadczasz, że Pan Bóg ciebie kocha. Widzę, jak Bóg mnie przygotowywał do tego, aby usiąść na wózku. Wcześniej, zanim był ten wypadek, Pan Bóg pozwolił mi spotkać się z ludźmi niepełnosprawnymi. Jak można lepiej zrozumieć niepełnosprawnych, jeśli nie wtedy, gdy staniesz się jednym z nich.

Nawrócenie na wózku

Trzy lata po wypadku, uczestniczyłem w rekolekcjach, które stały się przełomem w moim życiu. Prowadził je Jose Prado Flores, świecki ewangelizator. Mówił do nas kapłanów tak: „jeżeli Pan Bóg, nawrócił takiego faryzeusza jakim ja jestem, Jose Prado Floresa, to może nawrócić każdego z was, księży". Kiedy tego słuchałem pomyślałem: o co temu gościowi chodzi. Jak on traktuje nas kapłanów. Słuchając, zobaczyłem, że jestem kimś, kto nie myśli według ewangelicznej logiki, że nie pojmuję nie logicznej miłości Boga, że jest ona mądrzejsza od mojej logiki. Później usłyszałem, że jestem „sprzedawczykiem", który handluje w świątyni tym, co dostał od Pana Boga. Potem się okazało, że jestem „niedowiarkiem", bo nie potrafię „chodzić" po wodzie. Jeszcze później, że jestem „głupkiem", który sprzedał swoją Ziemię. Potem jeszcze, że jestem: „osłem", i na końcu, że jestem „złodziejem".

Ten człowiek głoszący rekolekcje zmieszał nas z błotem, ale zrobił to z taką miłością, że nie można było tego nie przyjąć. W czasie tych rekolekcji doświadczyłem takiej bliskości Jezusa, jak nigdy wcześniej. I stał się cud! Ksiądz się nawrócił!

Jestem szczęśliwy

Ktoś patrząc na mnie może pomyśleć - biedny ksiądz, żal go, szkoda jego zmarnowanego życia. Ale prawda jest zupełnie inna. Ja nie oczekuje od nikogo żadnego współczucia, ani litości, użalania się nade mną, oczekuje tylko miłości. I wszędzie tam, gdzie jestem, chcę mówić o miłości Jezusa, o tym, że Bóg mnie kocha. Jak doświadczyć Bożej miłości? Nic prostszego. Zaproś Jezusa do swojego serca.

Jak Można doświadczyć Boga, gdy człowiek nagle znajduje się na wózku? Nikomu nie życzę życia na wózku. Jezus na krzyżu przeżył opuszczenie samego Boga, gdy wołał: „Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił". Ile razy mówiłem: Boże czemu mnie opuściłeś? Jezus na krzyżu przeżył za mnie ten moment opuszczenia przez Boga. Gdy jest mi ciężko, to spoglądam na krzyż, bo miłość Jezusa na krzyżu się nie skończyła. Wtedy widzę jak bardzo Bóg mnie kocha i wszystko staje się możliwe. Chociaż jestem przybity inwalidztwem do krzyża, to z wielką radością mogę głosić, że Pan Bóg mnie kocha. W moim krzyżu inwalidztwa doświadczam miłości Boga, tej miłości ukrzyżowanej. Miłość Boga nigdy nie umiera, miłość na śmierć nie umiera. Bo miłość żyje.

Jeśli ktoś czytając moje świadectwo pomyśli, że ten ksiądz na wózku, ma przerąbane, że ma gorzej od innych, to chcę zaprotestować i powiedzieć, że to nie jest prawda! Ja cieszę się życiem! Jestem szczęśliwy! Niebo jest w moim sercu. Bo niebo, to stan radości i szczęścia, a ja właśnie tego doświadczam.

 

http://www.poslaniec.com/index.php?strona=read_art&id=13

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Pielgrzym.

niedziela, 02 grudnia 2007 13:09
 

Mam czterdzieści lat i I grupę inwalidzką. Porażenie mózgowe i przebyty w dzieciństwie niedokrwienny udar mózgu (w wyniku którego wystąpił zanik pamięci i 3-kończynowe porażenie) sprawiły, że dostałem orzeczenie komisji ds. inwalidztwa o niezdolności do samodzielnej egzystencji. Pomimo to w ubiegłym roku odbyłem samotną pielgrzymkę wózkiem na Jasną Górę.

 

Historia mojego inwalidztwa jest brutalna, ale prawdziwa! Po powrocie do domu ze szpitala byłem leżącym inwalidą wymagającym stałej kompleksowej opieki, m.in. noszenia do toalety, kąpania i karmienia. Na skutek uszkodzeń mózgu nie poznawałem bliskich, nie mówiłem, nie widziałem, pozostał mi tylko słuch. Z powodu zaburzeń prawidłowej przemiany materii i bardzo ograniczonej możliwości ruchu w ciągu dwóch lat osiągnąłem wagę 136 kg. Lekarz odmówił mi wydania skierowania do Konstancina, bo uważał, że nie dam tam sobie rady, tymczasem stosowana rehabilitacja nie przynosiła efektów i wciąż byłem golemem na bezwładnych stopach! Ciągle się przewracałem, bo stopy nie mogły udźwignąć mojego ciężaru. Byłem niemowlakiem w kwiecie wieku! Zacząłem systematycznie ćwiczyć przysiady, by móc chociaż samodzielnie dojść do toalety. Po dwóch miesiącach chodziłem tam sam, ale z różnym skutkiem. Szczytem moich możliwości intelektualnych było oglądanie TV i rozwiązywanie krzyżówek - jedno hasło dziennie. Brak ruchu w połączeniu z paleniem papierosów spowodowały zapaść. Wtedy wziąłem sobie głęboko do serca ostrzeżenie lekarki, że pierwszy zawał może być ostatnim. Postanowiłem rzucić palenie i wyjść z domu! Jednak moja pierwsza desperacka próba jednania się ze światem skończyła się... trwającym trzy lata balangowaniem w towarzystwie kilku trunkowych inwalidów poznanych w po-bliskim parku. Ocknąłem się dopiero, gdy usłyszałem komentarz: "Nie dość, że na wózku, to jeszcze chla"- wtedy postanowiłem zmienić moje życie.

 

Wiara i miłość góry przenoszą

 

Nowe życie zacząłem od rachunku sumienia i określenia celów na najbliższy czas. Zacząłem bywać na różnych imprezach i jeździć po całym mieście wózkiem. Opracowałem nawet specjalną metodę poruszania się na kolanach. Jej słabym punktem były liczne urazy, ogromną zaletą zaś fakt, że w miejscu moich kolejnych wywrotek bariery architektoniczne znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sukcesy podróżnicze ośmieliły mnie na tyle, że raz w roku pielgrzymowałem pociągiem na Jasną Górę. W 2002 r. wyjechałem do Krynicy Morskiej na turnus rehabilitacyjny, gdzie poza ośrodkiem były same bariery morenowe. Razem z opiekunką, 70-letnią sportsmenką, ledwie na nie podjeżdżaliśmy. Kiedy popadało, nie było możliwości dotarcia gdziekolwiek. Pomimo niesprzyjającej aury (październik!) dotrzymałem danego sobie słowa i wykąpałem się w morzu.

 

Następny wyjazd, tym razem do Jastarni, był bardziej udany, głównie z powodu Agaty. Pierwszy raz w życiu zakochałem się i zupełnie straciłem dla niej głowę. Były spotkania w klubowej kawiarence i rozmowy kończące się nad ranem odprowadzaniem kutrów zdążających na połów. Wreszcie pierwszy nieśmiały pocałunek! Miałem swoją boginię, której byłem gotów rzucić świat do stóp. Jak jej zaimponować? Przypomniałem sobie, że moi rodzice byli sportowcami, więc postanowiłem uprawiać pływanie. Szczęście jednak nie trwało długo. Dwa miesiące później bogini odeszła, pozbawiając mnie złudzeń. W pierwszej chwili rozpaczałem, ale wiedziałem, że jeżeli się załamię, będę ludzkim wrakiem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że wszystkie kłody padające pod nogi budują mnie i mobilizują! Postanowiłem, że zaszokuję Agatę i będę pływakiem.  Przygotowywałem się do zimowych i letnich mistrzostw, lecz sama motywacja bez doświadczenia w pływaniu nie wystarczyła. Pomyślałem więc, że jedynym wyczynem, na który mnie stać, będzie odbycie samotnej pielgrzymki wózkiem z Warszawy do Częstochowy! Zdobyłem mapkę trasy Warszawskiej Pielgrzymki Niepełnosprawnych. Szukałem sponsorów, którzy zabezpieczyliby realizację mojego przedsięwzięcia od strony finansowej. Miałem nadzieję, że fizycznie dam sobie radę, w końcu nie na darmo trenowałem to pływanie i chodziłem na siłownię. Na próbę pokonałem trasę 18 km z Kabat na Pragę w 4,5 godziny. 

 

Nawet on pielgrzymuje...

 

Wyznaczyłem sobie ideę i intencje mojej pielgrzymki. Idea: wszystko dla innych, okruchy dla siebie; intencje: o zdrowie i pontyfikat Ojca Świętego, wyniesienie na ołtarze Ojca Pio, wywalczenie przez powstańców warszawskich muzeum ich heroicznego zrywu, za sukcesy sportowców niepełnosprawnych na paraolimpiadzie, wśród których jest Kaśka, moja koleżanka z klubu, i w mojej małej prywatnej intencji - za ojca Agaty, który przeszedł zawał. Przygotowałem się jak profesjonalista. Za zebrane pieniądze zakupiłem odzież aktywną i buty. Aparat fotograficzny wziąłem na raty, zdobyłem goreteksowy kombinezon. Otrzymałem wsparcie życzliwych ludzi.  Jedyną niewiadomą było zachowanie się mojego organizmu przy takim wysiłku i zmianach ciśnienia, bo to mogło być katastrofalne w skutkach. Jednak z drugiej strony znałem swój organizm i wiedziałem, że w krytycznym momencie mogę zejść z wózka i położyć się na ziemi, by w ten sposób go wystudzić.

 

Z natury jestem zamknięty w sobie i mam trudności w kontaktach z obcymi. Jak będą mnie przyjmowali ludzie, choć na wózku, to jednak obcego? 15 lipca o 6 rano ruszyłem sprzed kościoła przy ul. Deotymy z rentą na wydatki w kieszeni. Jadąc przez Warszawę, nie wzbudzałem żadnego zainteresowania, zmieniło się to dopiero po przekroczeniu rogatek stolicy. Noclegi wybierałem po "sołtysowskiej" linii, bo są oni ludźmi społecznego zaufania. Ludzie dawali mi namiary, gdzie mogę zjeść i przenocować, po prostu czuli się odpowiedzialni za mój los. U niektórych wzbudzałem podziw, wtedy rosłem z dumy, u innych - łezkę wzruszenia i komentarz: "Patrz, nawet on pielgrzymuje". Inni dziwili się, nie rozumiejąc, dlaczego jadę sam. A dlaczego nie? Niektórzy szli obok, by choć trochę mi potowarzyszyć. Jednak w morzu tolerancji i sympatii pojawiały się, niestety, wyspy niechęci lub ostentacyjnej podejrzliwości, że to niemożliwe, aby ktoś jechał samotnie wózkiem w podróż.  Ludzie zatrzymywali mnie na chwilę rozmowy, prosili, bym na Jasnej Górze zapalił w ich intencji światło lub dawali datek na ten cel. Tam, gdzie nie ma szlaku tirów, drogi były znośne. Tam, gdzie one jeżdżą, asfalt jest poszatkowany - przednie kółka wpadały w dziury i musiałem jechać tyłem. Koleiny uniemożliwiały ucieczkę przed pędzącymi tirami. Jednym słowem, polskie drogi - nie dla wózka, a kultura kierowców - istna "Turcja". Rozumiem, jak ciężko żyć wózkowiczom w małych miejscowościach.

 

Myślę, że tym wyczynem dałem przykład innym niepełnosprawnym, że kiedy człowiek czegoś naprawdę chce, to może dokonać wszystkiego, obojętnie jaki jest jego stan zdrowia, reszta to tylko sprawa techniczna. Wiara poparta motywacją to broń, którą każdy ma, a tylko niewielu potrafi wykorzystać. My, ludzie niepełnosprawni, jesteśmy szczególnie hojnie nią obdarowani. Może kiedyś sprawni zrozumieją, że mogą z nas czerpać całymi garściami, motywując się i zaspokajając swe humanitarne pragnienia lub dążenia do wyższej formy człowieczeństwa.

 

Tych, których interesują opisy i zdjęcia z pielgrzymki, zapraszam na:  www.republika.pl/samotnapielgrzymka

 

Autor: Norbert Piotrowski

 

Integracja 3/2005 r.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (5) | Powiedz coś...

Dwa niezwykłe świadectwa...

środa, 29 sierpnia 2007 19:04
 

Nogami nie można się zbawić...

            Był lipiec1985 r. Pojechałem pierwszy raz do Lichenia, by tam pracować przy rozbudowie klasztoru i by zarobić pierwsze pieniądze w życiu na wakacje. Tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z ludźmi niepełnosprawnymi na wózkach inwalidzkich, którzy przebywali na wczasorekolekcjach. Opiekowali się nimi księża, klerycy i osoby świeckie. Patrząc na nich myślałem sobie, że ja też bym tak chciał opiekować się chorymi, ale wtedy musiałbym być klerykiem lub księdzem. To wówczas pojawiła się moja pierwsza myśl o powołaniu. Byłem ministrantem już wiele lat, od 1978 roku, ale dopiero tam, patrząc na tych chorych, pomyślałem o kapłaństwie. Wyjechałem stamtąd, ale myśli i pragnienia pozostały. Dzięki Bożej Opatrzności w 1991 roku wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Zaraz na początku roku akademickiego jeden ze starszych kolegów - kleryk zapytał mnie, czy chciałbym chodzić na spotkania z niepełnosprawnymi. Byłem zaskoczony tą propozycją, ale zarazem bardzo szczęśliwy, zgodziłem się bez wahania. Tak rozpoczęła się moja przygoda z osobami niepełnosprawnymi. Spotkania odbywały się co miesiąc, ale mogliśmy też odwiedzać chorych co tydzień w ich domach. Spotykałem się z nimi, rozmawiałem, żartowałem, pocieszałem ich i co najważniejsze, traktowałem jak normalnych ludzi, bez litości i współczucia - oni tego nie oczekiwali, oni chcieli normalności. Comiesięczne spotkania rozpoczynały się Eucharystią, by później cieszyć się i radować wspólnym byciem razem ze sobą - zdrowi i chorzy. Pod koniec roku akademickiego dostałem propozycję wyjazdu wakacyjnego na wczasorekolecje do Gdyni z niepełnosprawnymi. Odpowiedź moja była twierdząca, choć nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Grupa była dość duża - ok. 25 osób na wózkach i wielu wolontariuszy - było cudownie! Byłem opiekunem osób niepełnosprawnych, spełniło się moje marzenie po wielu latach od tego pamiętnego pobytu w Licheniu. Przebywaliśmy z chorymi cały czas. W dzień i w nocy, mieliśmy bowiem nocne dyżury przy chorych, w czasie których należało ich obracać co dwie godziny... Wtedy nie wiedziałem, po co to robię, dzisiaj już wiem, ale tak trzeba było robić, więc robiłem. Przy tych chorych trzeba było zrobić wszystko: od ubrania, umycia, przez dowiezienie na posiłek, nakarmienie, wyjście na spacer, zjeżdżanie po schodach, po modlitwę, rozmowę, radość, smutek i wspólną zabawę, rozmowy o życiu, cierpieniu i śmierci. To były piękne chwile - mogłem pomóc drugiemu człowiekowi. Znikały wówczas wszystkie moje małe problemy, gdy patrzyłem na niepełnosprawnych, od nich uczyłem się modlitwy, życia i rozumienia tego, jak wiele mam rzeczy, których nie doceniam, z których powinienem się cieszyć. Mam sprawne ręce, nogi, mogę mówić, patrzeć, skakać, wygłupiać się. Wielu z tych ludzi nigdy nie chodziło, nie mogli się sami ubrać, najeść, bo dłonie były niesprawne, a jeszcze jakby tego było mało, to niektórzy byli na wózku i do tego niewidomi. Wówczas serce mi się rozrywało, jak patrzyłem na ludzkie cierpienie. Pytałem wtedy Pana Boga: jak tak może być, dlaczego na to pozwala, by było tyle cierpienia, bólu i smutku!!! Odpowiedź dawali mi sami chorzy, którzy cieszyli się każdą chwilą życia, każdym gestem mojej i innych ludzi życzliwości i serdeczności. Nie rozpaczali nad swoją niedolą, nad swoim bólem, ale cieszyli się autentyczną radością z tego, co przynosił dany dzień. Pamiętam do dzisiaj, jak pewnego pięknego słonecznego dnia poszliśmy na plażę, ja wziąłem ze sobą jednego chłopaka na wózku. Wjechaliśmy nim kawałek na plażę i zsadziłem go z wózka na koc, na którym usiadł. Spoglądał w morze z oddali. Zapytałem go, czy był kiedyś w morzu. Odpowiedział, że nigdy, więc ja, nie zastanawiając się długo, wziąłem go na ręce i choć ciężko było iść po piasku, doniosłem go do morza. Wszedłem z nim kawałek w morze, posadziłem go na moim kolanie i kazałem mu dłonią dotknąć morskiej wody. Zrobił to i następnie dotknął dłonią ust i wykrzyknął: rzeczywiście słona! Jak wielka była jego radość w oczach, że pierwszy raz w życiu dotknął morza - tego nie da się opisać, jak wielkie było jego szczęście. Moja radość była również wielka, że mogłem mu sprawić taką przyjemność, to jest coś niesamowitego, to trzeba przeżyć i doświadczyć. Takich chwil i podobnych do tych przeżywałem wśród chorych bardzo wiele. Uczyłem się od nich wiary w Boga i modlitwy. Jak oni potrafią się głęboko modlić, myślałem sobie, jak wielką mają wiarę w moc modlitwy, a jaka jest moja wiara i moja modlitwa, pytałem siebie... Wczasorekolekcje kończyły się, potem były spotkania co miesiąc i potem znów rekolekcje - tak co roku przez cztery lata uczyłem się jak żyć od niepełnosprawnych. Potem troszkę się oddaliłem od nich, choć byłem blisko sercem i myślami, wspominając jak wiele im zawdzięczam. Zostałem księdzem w 1998 roku i najwspanialsze życzenia, jakie dostałem, to były właśnie życzenia od niepełnosprawnych. Dalej mój kontakt z nimi był okazjonalny - spotykaliśmy się na Eucharystii i w czasie pieszych pielgrzymek.

            Przyszedł luty 2003 roku, kiedy to w wyniku wypadku samochodowego złamałem kręgosłup i mam uszkodzony rdzeń kręgowy na odcinku piersiowym th3-th4. Od tego czasu jestem niepełnosprawnym księdzem i poruszam się na wózku inwalidzkim. Gdy po wypadku doszedłem do siebie, a wypadek był dość tragiczny, i gdy dowiedziałem się, że nie będę chodził, nie byłem w wielkim szoku, może dlatego właśnie, że wcześniej miałem kontakt z osobami na wózku. Pomyślałem sobie - trudno, widocznie tak ma być. Pan Bóg ma w tym jakiś plan dla mnie. Niech mnie jednak nikt nie pyta jaki plan, bo sam tego nie wiem jeszcze. Wszystko to, co ja robiłem przy chorych, teraz trzeba robić przy mnie... Jedno z moich pierwszych zdań, jakie wypowiedziałem, to podziękowanie Bogu, że zostawił mi sprawne ręce i głowę, czyli to, co do kapłaństwa jest najważniejsze. Mogę sprawować Eucharystię, mogę udzielać sakramentu pojednania i mogę mówić kazania. A jak się ostatnio dowiedziałem od młodzieży na rekolekcjach, które dla nich prowadziłem, „nogami nie można się zbawić, tylko sercem!" Dokładnie tak jest i coraz bardziej to do mnie dociera, że nogi nie są najważniejsze w życiu, najważniejsze jest serce pełne zaufania w Boży Plan Zbawienia wobec każdego z nas. Takie życie nie jest łatwe i proste, są chwile załamania, buntu, bólu i krzyku do Boga „dlaczego ja?!!!" Zaraz przychodzi jednak refleksja - tego ci nikt nie powie, dowiesz się tego później. Trudno jest opisać to wszystko, co przeżywam, jak się z tym wszystkim pogodziłem. Może to powiedzieć moja rodzina, mama i rodzeństwo, a także moi przyjaciele, którzy zawsze są przy mnie, nie opuścili mnie w moim nieszczęściu, a wręcz przeciwnie, wspierają mnie cały czas, i którym chcę bardzo podziękować za to, że byli, są i mam nadzieję, że będą ze mną i przy mnie!!! Może to powiedzieć młodzież, z którą się spotykałem na muzycznych spotkaniach z Bogiem w naszej diecezji, które nazwaliśmy „Przystanek Jezus" i prawie na wszystkich z nich byłem osobiście. Spotykałem się z nimi jak chodziłem, modliłem się z nimi, spowiadałem ich, tańczyłem, wychwalając w ten sposób Boga. Organizowałem dwa „przystanki" i jeden był we Włocławku, krótko przed moim wypadkiem. To był bardzo specyficzny przystanek, wcześniej takiego nie było i po nim też już takiego nie było, a chodzi o to, że motywem przewodnim tego spotkania były słowa - Dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia.... chyba że jest to dzień Twojej śmierci - i pod wpływem tych słów i kazania, które wówczas powiedziałem, bardzo duża liczba młodzieży skorzystała ze spowiedzi. Po 2 latach od tamtego wydarzenia, na tegorocznych rekolekcjach usłyszałem słowa od młodej osoby: "Proszę księdza, tak sobie myślę, że tamten wypadek to szatańska zemsta za „Przystanek Jezus" we Włocławku... taki mały żart i próba pozbycia się wroga, bo przecież ksiądz ich tam tylu nawrócił, tylu ludzi się wyspowiadało, otworzył im ksiądz oczy na Boga."                                                                                                                                             Wiem, że nawrócenie to nie moja zasługa - ja im może tylko troszkę z Bożą pomocą pomogłem, ale po usłyszeniu tych słów poczułem się dokładnie jak Hiob ze Starego Testamentu. Taki jesteś mądry i wychwalasz Boga, bo jesteś zdrowy. Zobaczymy, co zrobisz jak Ci zabiorę nogi.                                     Zabrał, ale ja i tak nie przestanę mówić o Bogu, Jezusie i jego miłości do ludzi!!! Teraz dalej jeżdżę na „Przystanki", modlę się, swoim głosem wychwalam Boga, bo tańczyć i skakać nie mogę, ale zawsze dziękuję młodzieży, że to robi dla Jezusa i uczę jej, by doceniała to, co ma - swoje zdrowie!!! Minęło już dwa i pół roku jak jestem na wózku. Szanse na chodzenie są takie, że jak medycyna posunie się do przodu i nastąpią przeszczepy rdzenia kręgowego, to może stanę na nogi z wózka, ale póki co uczę się żyć na wózku każdego dnia od nowa. Nie poddaję się, bo wiem, że Pan Bóg widzi w moim cierpieniu jakiś sens. Ja też ten sens z pomocą innych, a zwłaszcza młodzieży, bliskich i życzliwych mi osób, powoli odkrywam, „ale widzę go jeszcze niejasno, jakby w zwierciadle". Wierzę, że nadejdzie taki dzień, że zrozumiem wszystko jak „w jasny dzień", jaki to wszystko miało sens, jeśli nie w tym życiu, to w przyszłym...

Ks. Marek Bałwas

 

 

Uśmiecham się każdego dnia...

 

 

„Moje dni są takie... takie jednakowe; jednakowo bolą mnie nogi. Do kaplicy chodzę żeby odpocząć a nie cieszyć się modlitwą. Ja wiem, że siostra potrafi modlić się przy obowiązku, ja nie potrafię. Bóg zawsze nad nami czuwa i znajduje rozwiązanie tam, gdzie ludzki umysł już go nie widzi. Jeśli człowiek wie, że Bóg jest dobry, miłosierny, że go przygarnie i że mu przebaczy, to człowiek przyjdzie do Boga, Jeśli myśli, że On jest tylko sprawiedliwy, to będzie się bał i nie przyjdzie i zginie... Nie przechodźcie nigdy obojętnie obok chorej siostry, nie przechodźcie!!! Nie pytając czy nie potrzebuje czegoś, choćby to miała być mała rzecz. Wielka miłość potrafi rzeczy małe zamieniać na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje czynom naszym wartość. Im nasza miłość stanie się czystsza tym ogień cierpień będzie miał w nas mniej do trawienia i cierpienie przestanie być dla nas cierpieniem. Zaczynam dzień walką i kończę go walką... Ale nie martwię się tym, rzucam się w objęcia Ojca Niebieskiego i ufam, że nie zginę..."

Słowa z filmu pt. „Faustyna" stały się dla mnie natchnieniem do napisania o sobie.

Ktoś mógłby zapytać jak wygląda życie człowieka na wózku. Pewnie jeszcze większa ciekawość budzi się, gdy spytamy o życie księdza na wózku.

Moje dni są takie... takie jednakowe... Kiedy budzę się rano, a właściwie, gdy budzi mnie skurcz wszystkich mięśni... Choć czuję tylko jedną piątą swojego ciała, to mimowolne napięcie mięśni, nazywane spastyką, powoduje silny ból... Wówczas boję się otwierać oczy, bo znów wszystko jest tak samo... Dotykam się i nic nie czuję - zimna, ciepła, bólu ( mam całkowite zniesienie czucia głębokiego i powierzchniowego od miejsca urazu, czyli od odcinka piersiowego do stóp)...nie czuję nic... Ten poranny skurcz powoduje zawsze jednakowy ból- ściska moje płuca i przeponę jak gorset, tak, że nie mogę oddychać.

To cierpienie trwa na szczęście tylko chwilę...

Zaczynam dzień walką z samym sobą, ze swoim ciałem.

Gdy otwieram oczy rzucam się w ramiona Ojca Niebieskiego i ufam, że nie zginę.

Dziękuję Mu za kolejny dzień życia, który mi daje, ale czasami, kiedy bardzo boli to myślę,

by zabrał mnie do Siebie, myślę, kiedy znajdę się w Domu Ojca naszego... Boże plany wobec mnie są jednak inne- mam żyć!!! Często zadaję sobie te pytania: „Co to za życie?" „Po co mi takie życie?" Nie o takim życiu marzyłem!!!

Miałem inne plany... ale „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz, tylko Boże Miłosierdzie nie zawodzi nigdy nas".

Już samo wstawanie z łóżka nie jest proste, gdy wszystkie mięśnie się napinają i trzeba je tak ujarzmić, by bezpiecznie przesiąść się na wózek. Nikt, kto nie jest na moim miejscu, nie może sobie nawet wyobrazić lęku, jaki jest we mnie, by w momencie przesiadania się na wózek nie złapała mnie spastyka, by wózek nie odjechał, a ja bym nie upadł...

Po tej walce i po śniadaniu spędzam trochę czasu przed komputerem. To moje okno na świat, nie mam telewizora, bo nie chcę go mieć i z tego właśnie źródła mam informacje o wydarzeniach w kraju i na świecie. Stąd czerpię wiadomości o ludzkich sprawach, by czuć rzeczywistość ludzkiego szczęścia i nieszczęścia. Choć to wirtualny świat, ale świat realnych ludzi. Tutaj też przyglądam się młodzieży, temu, o czym mówi między sobą, czym żyje, jakich słów używa. Przed wypadkiem było mi łatwiej, bo uczyłem w szkole i miałem kontakt z młodzieżą; teraz nie uczę i nie mam... ale chcę wiedzieć, jakie ma problemy, czym żyje i co jest dla niej najważniejsze. Jest mi to potrzebne, by wiedzieć jak docierać do młodych na rekolekcjach, na spotkaniach „Przystanek Jezus", by mówić do nich zrozumiałym dla nich językiem, a z tego, co wiem, co sami mi mówią i piszą do mnie to docieram do nich z Bożą Miłością i Miłosierdziem. Jeśli człowiek uwierzy, że Pan Bóg jest Dobry i Miłosierny, że go przygarnie i że mu przebaczy to człowiek przyjdzie do Boga.

Dalej w ciągu dnia sprawuję Eucharystię z innymi kapłanami, by codziennie posilać się Ciałem i Krwią Chrystusa i z Nich czerpać siły do pokonywania trudów codziennego życia. Później wspólny obiad, kawa. Przychodzą do mnie w odwiedziny różni ludzie: znajomi, młodzież, kapłani; by porozmawiać, wspólnie się pośmiać, by skorzystać z porady duchowej, a często ze spowiedzi.

Każdego dnia poświęcam też godzinę na rehabilitację, by utrzymać taki stan zdrowia, w jakim jestem, by się nie pogarszał a na tyle na ile to możliwe usprawniać się i usamodzielniać. Potem odpoczywam, bo ćwiczenia kosztują mnie sporo wysiłku. Tak do wspólnej kolacji,

a wieczorem czytanie książek, rozważań, modlitwa i upragniona chwila dnia, kiedy kładę się do łóżka, by zmęczone ciało oddać w ramiona snu... Walka skończona, by jutro znów zacząć od nowa.

Poszukuję nieustannie w Internecie nowych metod leczenia takich urazów, jaki ja mam, ale są to ciągle eksperymenty i próby. Nie tracę jednak nadziei, że przyjdzie taki dzień, że jeszcze wstanę i pójdę na spacer... Jeśli się tak nie stanie, trudno - widocznie Bóg tak chce - mówię do siebie i wierzę, że tak musi być...

Oprócz dni, które są jednakowe wykonuje sporo innych zajęć. Pomagam w sąsiedniej parafii proboszczowi, który buduje kościół. On wyjeżdża z kazaniami do parafii a ja go zastępuję; sprawuję Eucharystię, spowiadam wiernych, mówię kazania. Tutaj realizuje się moje kapłaństwo i posługa duszpasterska.

Obecnie mieszkam w Ciechocinku, w Domu Dobrego Pasterza dla księży niepełnosprawnych i emerytów. Dzięki życzliwości miejscowego Księdza proboszcza udzielam się w życiu parafialnym, sprawuję Eucharystię, spowiadam. Prowadzę także rekolekcje adwentowe i wielkopostne w parafiach naszej diecezji i nie tylko. Organizuję i prowadzę rekolekcje dla osób niepełnosprawnych w Licheniu dla Grupy „Bartymeusz" z Włocławka. Uczestniczę w Pieszej Pielgrzymce Włocławskiej na Jasną Górę. Byłem pielgrzymem przed wypadkiem i teraz na wózku dzięki pomocy przyjaciół i życzliwych mi ludzi dalej pielgrzymuję. W tym roku, jeśli Bóg pozwoli, będę pielgrzymował na Jasną Górę po raz dwudziesty. Każdego dnia odkrywam niespodzianki, jakie Pan Bóg dla mnie przygotowuje. Czasami jest to telefon od ucznia, który, gdy go uczyłem, zabrał mi dużo zdrowia, a teraz po latach dzwoni by mi podziękować za to, że tyle mu nagadałem, bo dzięki temu wyszedł na porządnego człowieka i modli się o moje zdrowie, i przeprasza mnie za to, co złego zrobił!!! Dla takich chwil warto żyć, warto się wysilać, warto tracić zdrowie, spalać się z miłością dla innych, by potem cieszyć się takimi owocami swoich wysiłków. Bardzo chciałbym uczyć katechezy w szkole średniej, lecz na razie nie ma takiej możliwości, może kiedyś to się uda, bardzo w to wierzę. Tym, co pomaga mi żyć jest modlitwa i uśmiech.

W modlitwie staję przed Bogiem taki, jaki jestem, bez udawania, często ze łzami w oczach. Tylko Bóg jeden wie, jaki ból i cierpienie przeżywam otwierając oczy i czekając na błogosławioną chwilę, kiedy dzień się skończy. Jednak pomimo bólu, cierpienia, smutku, może żalu do Boga uśmiecham się!!! To jest to, co mi Ojciec Miłosierdzia zostawił na każdy dzień mojego życia. Uśmiecham się do ludzi, z którymi Pan Bóg daje mi się spotykać. Uśmiecham się do księży, z którymi mieszkam, do sióstr albertynek, które się mną opiekują, do mamy, rodzeństwa, rodziny, przyjaciół, do młodzieży, dzieci i do wszystkich ludzi, których spotykam w życiu. Nie jeden raz widziałem w ludzkich oczach spojrzenie litości „O jaki biedny, taki młody na wózku, taki bezradny, żal go i szkoda jego zmarnowanego życia..." Wówczas głośno mówię: NIE!!! Nie szukam litości, nie chcę użalania się nade mną. Potrzebuję miłości i normalności. Traktowania mnie jak normalnego człowieka, normalnej rozmowy, normalnych spojrzeń i uśmiechów. Ja nie gryzę ani nie zarażam moim kalectwem przez uśmiech, spojrzenie i podanie dłoni.

Każdy najmniejszy, z pozoru może nawet nic nieznaczący gest jest dla mnie czymś niezwykle istotnym... Każde ciepłe słowo, każdy  uśmiech, jest dla mnie najcenniejszym skarbem i najlepszym balsamem dla duszy...
Czasami zdarza się, że młodzi ludzie nazywają mnie aniołem i mówią takie słowa: „Anioł... mój poraniony Anioł o połamanych skrzydłach..." Powstał nawet wiersz z dedykacją dla mnie

Bywają tacy ludzie, którzy boją się przywitać ze mną, jak z trędowatym... To naprawdę boli... Wielu nie wie jak się zachować wobec mnie... Tych rozumiem, ale proszę - nie róbcie ze mnie nieziemskiego zjawiska, nie przechodźcie obojętnie obok człowieka na wózku, nie przechodźcie nie pytając czy nie potrzebuje czegoś, choćby to była mała rzecz.

W tym wszystkim, co składa się na moje życie chce wyrażać miłość.

Dostałem emaila od młodej osoby, która po rekolekcjach napisała o mnie: „Mówił nam o Miłości Jezusa do każdego człowieka, mówił, czym jest prawdziwa Miłość... Opowiadał o tym jak człowiek, który doświadczył w swoim życiu takiej właśnie Miłości... Paradoksalnie doświadczył jej. Paradoksalnie, bo w chwili, gdy Go poznałam od dwóch lat nie chodził... Młody, 35- letni mężczyzna, przed którym jeszcze całe życie... wystarczyła chwila, by wszystko się skończyło lub... zaczęło na nowo... I gdzie ta Miłość? Paradoksalnie objawiła się właśnie w Jego kalectwie... Jezus nie mógł lepiej pokazać, że Go kocha...
To brzmi dziwnie, ale tak jest naprawdę, wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, ale teraz pojmuję... Jezus uczynił Go równym sobie, właśnie poprzez krzyż niepełnosprawności, słabość chorego ciała, cierpienie, głównie fizyczne, będące wynikiem urazów, jakich doznał
w czasie wypadku... Jezus w Swej nieskończonej dobroci i miłości złączył to wszystko
ze Swoją Męką, uświęcając cierpienie Swojego pokornego sługi...
Czy człowieka mógłby kiedykolwiek spotkać większy zaszczyt niż to, kiedy Bóg pozwala nam stać się podobnymi do Siebie?...

Dlaczego zdecydował się zostać kapłanem?... Wspominał - jak bardzo chciał opiekować się niepełnosprawnymi...
To właśnie myśl o nich skłoniła Go do podjęcia decyzji o wstąpieniu na drogę kapłaństwa... Nie chciał służyć ludziom poprzez służbę Bogu, ale służyć Bogu przez służbę chorym i cierpiącym... dostrzegł w cierpieniu niepełnosprawnych cierpienie samego Jezusa... A teraz, po wypadku On sam poprzez Swój ból stał się ikoną cierpiącego Chrystusa... A jak można lepiej zrozumieć „maluczkich" niepełnosprawnych.... jak nie wtedy, gdy staniesz się jednym z nich?"
Mój poranek, otwarcie oczu, ból porannego napięcia mięśni, to małe codzienności, ale tylko Wielka Miłość potrafi rzeczy małe zamieniać na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje naszym czynom wartość. Ciało cierpi, ale dusza raduje się miłością. Ciało tak słabe i kruche upada tak jak moje autentycznie upadło na ziemię wyrzucone z wózka przez spastykę, ale dusza krzyczy- żyj!!! Dlatego staram się, by moja miłość do Boga i człowieka była coraz czystsza, by ogrom cierpień miał we mnie mniej do trawienia, by cierpienie przestało być dla mnie cierpieniem.

Jestem potrzebny. Potrzebują mnie najbliżsi - Mama, rodzeństwo, przyjaciele, Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham. Ciągle mówię o miłości, o tym, że kochać to znaczy powstawać, kochać to znaczy życie oddawać, kochać to znaczy szanować i nie zdradzać. Pytam siebie - „Czy tak kocham Boga?" „Czy tak kocham człowieka?"

A szmer łagodnego powiewu przychodzi do mnie i mówi „Kochaj i czyń, co chcesz".

 

Ks. Marek Bałwas

 

 

Więcej znajdziecie tutaj: www.ksiadzmar.fotka.pl

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Świadectwo Pauliny o Janie Pawle II

środa, 29 sierpnia 2007 18:57

 

Gdy przyszłam na świat On już był papieżem. Nigdy nie przywiązywałam większej wagi do Jego osoby. W chwili jego choroby, a później po śmierci odczułam, że jest mi Go brak. To tak, jakbym straciła najbliższą osobę. W tych trudnych chwilach modliłam się tak gorliwie jak tylko potrafiłam. W modlitwie pomagały mi spotkania modlitewne w kościele parafialnym, od momentu śmierci czyli 2 kwietnie do chwili pogrzebu 8 kwietnia. Dzień pogrzebu był dniem wolnym od szkoły usiedliśmy więc całą rodziną przed odbiornikiem telewizyjnym i w skupieniu śledziliśmy przebieg uroczystości pogrzebowych. Jednym z wzruszających momentów było zamknięcie się Pisma Świętego przed czytaną ewangelią. Drugą podniosłą chwilą, którą pewnie nie tylko ja ale i wszyscy ludzie na całym świecie przeżywali, była chwila wyniesienia trumny z placu św. Piotra. W tym momencie zakręciła mi się łza w oku poczułam, że opuszcza mnie Wielki Człowiek.

Te podniosłe chwile uświadomiły mi, że Jan Paweł II był, jest i zawsze będzie dla mnie autorytetem. On umiał przebaczać drugiemu człowiekowi .Przebaczył zamachowcy, który zostawił uszczerbek na jego zdrowiu, co więcej nie ocenił go pochopnie. Nikogo nie potępiał. Udowodnił to w wielu pielgrzymkach, ale jednym z przykładów może być pielgrzymka do Izraela, gdzie modlił się gorliwie przy ścianie płaczu. To również wielki patriota, który choć był tak daleko poza granicami ziemi ojczystej nigdy nie mówił o niej źle zawsze ją wspominał jako ,,Matkę" która wykarmiła go i nauczyła tak pięknego języka. Z jednych swoich kazań powiedział: ,, Wymagajcie od siebie więcej choć inni od was nie będą tego wymagać" i tego powinien trzymać się prawdziwy patriota i katolik. Ukochał w sobie wszystkich ludzi, a w szczególny sposób dzieci i młodzież. Umiał nawiązać z nami doskonały kontakt, może dlatego że próbował nas zrozumieć. Uważam, że my młodzi ludzie w okresie dorastania szukamy odpowiedzi na podstawowe, a zarazem trudne pytania. Szukamy nie tylko sensu życia, ale także projektu wedle którego mamy to swoje życie zacząć budować. Właśnie Jan Paweł II był takim naszym pomocnikiem w budowaniu naszego życia, choćby przez to, że często opowiadał o swoim młodzieńczym życiu. To związanie z młodzieżą widać było szczególnie po Jego śmierci i kiedy młodzi podczas modlitewnego spotkania na Polach Lednickich tego roku, gdzie młodzież, a także ja modliliśmy się za naszego Ojca Świętego. Choć pogoda nie dopisała to każdy z nas pokonał walkę z deszczem.

 

Po powrocie do domu rozmyślając o całym tym modlitewnym spotkaniu w Lednicy pomyślałam, że Jan Paweł II był obecny wśród nas i ten wciąż padający deszcz to nie był taki zwykły deszcz to były łzy właśnie Jego-naszego Wielkiego Jan Pawła II. Oczywiście nowo wybrany papież przemówił do zgromadzonych na Lednickich Polach, ale to już nie było to samo. Kolejnym takim spotkaniem było spotkanie na Przystanku Jezus w Zduńskiej, gdzie 16 października pojechałam tam z młodzieżą z naszej parafii. Po dotarciu na miejsce mieliśmy w planie zwiedzenie domu Maksymiliana Marii Kolbe. Było tam bardzo wiele pamiątek z czasów młodości, a także y misji jakie Kolbe odbył. Obejrzeliśmy tam izbę, w której mały Maksymilian był utulany do snu. Po obejrzeniu całego domu wpisaliśmy się na koniec do pamiątkowej księgi. Następnie powędrowaliśmy wszyscy razem na Msze Świętą, w której przewodniczył biskup Wiesław Alojzy Mering. Msza zakończyła się błogosławieństwem zgromadzonych księży i razem z nimi za krzyżem wyszliśmy na ulice Zduńskiej Woli, gdzie rozdawany był chleb ,,przyjaźni``. Każdy z każdym musiał się nim podzielić. Gdy każdy dostał choć okruszek chleba ruszyliśmy ulicami miasta na stadion. Ze śpiewem i modlitwa za Ojca Świętego dotarliśmy na stadion. Około godziny 20:30 wysłuchaliśmy krótkiej prelekcji na temat JP II. Wtedy wszyscy się wyciszyliśmy. Następnie odbył się apel, a o godzinie 21:37 my razem z księdzem ułożyliśmy ze świeczek i zniczy duży krzyż, zrobili wokół niego duże koło trzymając się za ręce jakby w łączności z Janem Pawłem II. Był to dla mnie moment, w którym przypomniałam sobie wszystkie sytuacje, w których widziałam Ojca Świętego.

Tego wszystkiego co się we mnie działo nie umiem wyrazić słowami. Czułam się tak jakbym była z Ojcem Świętym. To spotkanie było wyjątkowe i nie zapomniane.

 

Po śmierci czytając wiele artykułów poznałam wielką, a zarazem ciekawą historię rodziny i jego życiorys. Żył w okresie wojennym, a mając zaledwie 19 lat przeżył walkę o ojczyznę. Wykształcił się na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gorliwie uczył się języków szczególnie greki i łaciny. Po śmierci ojca zapisał się na studia teologiczne w Krakowie. Napisał wiele wspaniałych książek o życiu i postępowaniu człowieka. Pisał także wiersze takim bardzo pouczającym dla mnie wierszem jest wiersz pod tytułem ,, Spełnienie Apokalipsis". Ten właśnie wiersz skłonił mnie do poszukania innych bardzo pouczających i kontrowersyjnych wierszy. Moim marzeniem jest przeczytać książkę ,,Pamięć i tożsamość". Bardzo nurtuje mnie co znajduje się w tej książce. Może są tam rozdziały w których Wojtyła opisuje sygnały dawane przez Boga, w którym dniu odejdzie. Zastanawiające jest to, dlaczego odszedł właśnie w wigilię Bożego Miłosierdzia.

 

W filmie przedstawiającym życie Karola Wojtyły można zobaczyć jakim Wielkim i uczonym człowiekiem był już jako ksiądz, biskup, a w późniejszym okresie kardynał. Patrząc na film miał on trudne życie. W 1946 roku został wysłany przez Księcia Metropolitę Sapiehę na studia do Rzymu. W 1958 roku ksiądz Karol Wojtyła zostaje biskupem.

 

Bardzo wiele wysiłku poświęcał wiernym w Nowej Hucie, w której władza utrudniła wiernym kontakt z księżmi. Wtedy w Karolu zrodziła się myśl budowy kościoła. Hutnicy dzięki pomysłowi Wojtyły zabrali się do budowy wielkiego krzyża. Stanął on na jednym z placów w Nowej Hucie podczas wigilii. Mimo przeciwwskazań biskup Karol Wojtyła odprawił pasterkę gromadzącą tumy wiernych, przeciwstawiając się władzą politycznym. W 1978 roku w 20 rocznicę swoich święceń biskupich umiera Jan Paweł I. Wojtyła wyjeżdża do Rzymu i bierze czynny udział w konklawe. Wówczas to władze państwowe były spokojne wysyłając K. Wojtyłę do Rzymu. Biskupi nie mogli dojść do jednomyślności. Dopiero za trzecim razem jednomyślnie wybrali Karola Wojtyłę. Nikt nie mógł uwierzyć, że to właśnie on obejmie najwyższą władze w kościele.

,,Śpieszmy się Kochać ludzi tak szybko odchodzą". Te słowa ks. Jana Twardowskiego mają według mnie magiczne znaczenie. Nie zwracałam tak wielkiej uwagi na osobę Jana Pawła II za jago życia. Uświadomiłam sobie dopiero po Jego śmierci jak był i jest dla mnie ważny. Na zawsze zostanie w moim sercu ten spaniały człowiek, który poruszył serca wielu młodych ludzi, a w szczególny sposób moje. Będę na pewno opowiadała o Nim przyszłym pokoleniom, które już nie pozna go i nie przeżyje jego rozstania tak jak ja. Choć nigdy nie spotkałam się z Nim twarzą w twarz, to jednak uważam, iż będę spotykać go na przystankach Jezus, w kościele, w miejscach jego pielgrzymek, ale także w ważnych dla mnie chwilach. Mam nadzieję, że spotkam Go w bramach Raju.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...



PORTAL KATOLICKI




Portal chrześcijański Angelus.pl

wtorek, 17 października 2017

Wędrowcy...:  377 708  

A czas płynie...

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Żebym wiedziała czy warto było...






Zobacz co sądzą inni...

Strony, które gorąco polecam.

Duszpasterstwa akademickie

Fundacje i Organizacje Pożytku Publicznego

Katolickie rozgłośnie radiowe

Masturbacja, pornografia i inne zagrożenia dla Miłości i czystości

Muzyka

Parafie

Prasa katolicka

Strony i serwisy katolickie

Warto posłuchać, warto przeczytać, warto zobaczyć...

Zgromadzenia zakonne

ekumenizm.pl


Szukaj a znajdziesz...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Tylu zatrzymało się na chwilę...: 377708
Tyle już powiedziałam...
  • liczba: 567
  • komentarze: 1656
Tyle już pokazałam...
  • liczba zdjęć: 202
  • komentarze: 59
Ad urbe condita...: 3706 dni

Lubię to