Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 070 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS



Zapraszam na Forum Ks. Marka Bałwasa

www.forum.dobreprzeslanie.pl


________________________________________________________________

Dwa niezwykłe świadectwa...

środa, 29 sierpnia 2007 19:04
 

Nogami nie można się zbawić...

            Był lipiec1985 r. Pojechałem pierwszy raz do Lichenia, by tam pracować przy rozbudowie klasztoru i by zarobić pierwsze pieniądze w życiu na wakacje. Tam właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z ludźmi niepełnosprawnymi na wózkach inwalidzkich, którzy przebywali na wczasorekolekcjach. Opiekowali się nimi księża, klerycy i osoby świeckie. Patrząc na nich myślałem sobie, że ja też bym tak chciał opiekować się chorymi, ale wtedy musiałbym być klerykiem lub księdzem. To wówczas pojawiła się moja pierwsza myśl o powołaniu. Byłem ministrantem już wiele lat, od 1978 roku, ale dopiero tam, patrząc na tych chorych, pomyślałem o kapłaństwie. Wyjechałem stamtąd, ale myśli i pragnienia pozostały. Dzięki Bożej Opatrzności w 1991 roku wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Zaraz na początku roku akademickiego jeden ze starszych kolegów - kleryk zapytał mnie, czy chciałbym chodzić na spotkania z niepełnosprawnymi. Byłem zaskoczony tą propozycją, ale zarazem bardzo szczęśliwy, zgodziłem się bez wahania. Tak rozpoczęła się moja przygoda z osobami niepełnosprawnymi. Spotkania odbywały się co miesiąc, ale mogliśmy też odwiedzać chorych co tydzień w ich domach. Spotykałem się z nimi, rozmawiałem, żartowałem, pocieszałem ich i co najważniejsze, traktowałem jak normalnych ludzi, bez litości i współczucia - oni tego nie oczekiwali, oni chcieli normalności. Comiesięczne spotkania rozpoczynały się Eucharystią, by później cieszyć się i radować wspólnym byciem razem ze sobą - zdrowi i chorzy. Pod koniec roku akademickiego dostałem propozycję wyjazdu wakacyjnego na wczasorekolecje do Gdyni z niepełnosprawnymi. Odpowiedź moja była twierdząca, choć nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Grupa była dość duża - ok. 25 osób na wózkach i wielu wolontariuszy - było cudownie! Byłem opiekunem osób niepełnosprawnych, spełniło się moje marzenie po wielu latach od tego pamiętnego pobytu w Licheniu. Przebywaliśmy z chorymi cały czas. W dzień i w nocy, mieliśmy bowiem nocne dyżury przy chorych, w czasie których należało ich obracać co dwie godziny... Wtedy nie wiedziałem, po co to robię, dzisiaj już wiem, ale tak trzeba było robić, więc robiłem. Przy tych chorych trzeba było zrobić wszystko: od ubrania, umycia, przez dowiezienie na posiłek, nakarmienie, wyjście na spacer, zjeżdżanie po schodach, po modlitwę, rozmowę, radość, smutek i wspólną zabawę, rozmowy o życiu, cierpieniu i śmierci. To były piękne chwile - mogłem pomóc drugiemu człowiekowi. Znikały wówczas wszystkie moje małe problemy, gdy patrzyłem na niepełnosprawnych, od nich uczyłem się modlitwy, życia i rozumienia tego, jak wiele mam rzeczy, których nie doceniam, z których powinienem się cieszyć. Mam sprawne ręce, nogi, mogę mówić, patrzeć, skakać, wygłupiać się. Wielu z tych ludzi nigdy nie chodziło, nie mogli się sami ubrać, najeść, bo dłonie były niesprawne, a jeszcze jakby tego było mało, to niektórzy byli na wózku i do tego niewidomi. Wówczas serce mi się rozrywało, jak patrzyłem na ludzkie cierpienie. Pytałem wtedy Pana Boga: jak tak może być, dlaczego na to pozwala, by było tyle cierpienia, bólu i smutku!!! Odpowiedź dawali mi sami chorzy, którzy cieszyli się każdą chwilą życia, każdym gestem mojej i innych ludzi życzliwości i serdeczności. Nie rozpaczali nad swoją niedolą, nad swoim bólem, ale cieszyli się autentyczną radością z tego, co przynosił dany dzień. Pamiętam do dzisiaj, jak pewnego pięknego słonecznego dnia poszliśmy na plażę, ja wziąłem ze sobą jednego chłopaka na wózku. Wjechaliśmy nim kawałek na plażę i zsadziłem go z wózka na koc, na którym usiadł. Spoglądał w morze z oddali. Zapytałem go, czy był kiedyś w morzu. Odpowiedział, że nigdy, więc ja, nie zastanawiając się długo, wziąłem go na ręce i choć ciężko było iść po piasku, doniosłem go do morza. Wszedłem z nim kawałek w morze, posadziłem go na moim kolanie i kazałem mu dłonią dotknąć morskiej wody. Zrobił to i następnie dotknął dłonią ust i wykrzyknął: rzeczywiście słona! Jak wielka była jego radość w oczach, że pierwszy raz w życiu dotknął morza - tego nie da się opisać, jak wielkie było jego szczęście. Moja radość była również wielka, że mogłem mu sprawić taką przyjemność, to jest coś niesamowitego, to trzeba przeżyć i doświadczyć. Takich chwil i podobnych do tych przeżywałem wśród chorych bardzo wiele. Uczyłem się od nich wiary w Boga i modlitwy. Jak oni potrafią się głęboko modlić, myślałem sobie, jak wielką mają wiarę w moc modlitwy, a jaka jest moja wiara i moja modlitwa, pytałem siebie... Wczasorekolekcje kończyły się, potem były spotkania co miesiąc i potem znów rekolekcje - tak co roku przez cztery lata uczyłem się jak żyć od niepełnosprawnych. Potem troszkę się oddaliłem od nich, choć byłem blisko sercem i myślami, wspominając jak wiele im zawdzięczam. Zostałem księdzem w 1998 roku i najwspanialsze życzenia, jakie dostałem, to były właśnie życzenia od niepełnosprawnych. Dalej mój kontakt z nimi był okazjonalny - spotykaliśmy się na Eucharystii i w czasie pieszych pielgrzymek.

            Przyszedł luty 2003 roku, kiedy to w wyniku wypadku samochodowego złamałem kręgosłup i mam uszkodzony rdzeń kręgowy na odcinku piersiowym th3-th4. Od tego czasu jestem niepełnosprawnym księdzem i poruszam się na wózku inwalidzkim. Gdy po wypadku doszedłem do siebie, a wypadek był dość tragiczny, i gdy dowiedziałem się, że nie będę chodził, nie byłem w wielkim szoku, może dlatego właśnie, że wcześniej miałem kontakt z osobami na wózku. Pomyślałem sobie - trudno, widocznie tak ma być. Pan Bóg ma w tym jakiś plan dla mnie. Niech mnie jednak nikt nie pyta jaki plan, bo sam tego nie wiem jeszcze. Wszystko to, co ja robiłem przy chorych, teraz trzeba robić przy mnie... Jedno z moich pierwszych zdań, jakie wypowiedziałem, to podziękowanie Bogu, że zostawił mi sprawne ręce i głowę, czyli to, co do kapłaństwa jest najważniejsze. Mogę sprawować Eucharystię, mogę udzielać sakramentu pojednania i mogę mówić kazania. A jak się ostatnio dowiedziałem od młodzieży na rekolekcjach, które dla nich prowadziłem, „nogami nie można się zbawić, tylko sercem!" Dokładnie tak jest i coraz bardziej to do mnie dociera, że nogi nie są najważniejsze w życiu, najważniejsze jest serce pełne zaufania w Boży Plan Zbawienia wobec każdego z nas. Takie życie nie jest łatwe i proste, są chwile załamania, buntu, bólu i krzyku do Boga „dlaczego ja?!!!" Zaraz przychodzi jednak refleksja - tego ci nikt nie powie, dowiesz się tego później. Trudno jest opisać to wszystko, co przeżywam, jak się z tym wszystkim pogodziłem. Może to powiedzieć moja rodzina, mama i rodzeństwo, a także moi przyjaciele, którzy zawsze są przy mnie, nie opuścili mnie w moim nieszczęściu, a wręcz przeciwnie, wspierają mnie cały czas, i którym chcę bardzo podziękować za to, że byli, są i mam nadzieję, że będą ze mną i przy mnie!!! Może to powiedzieć młodzież, z którą się spotykałem na muzycznych spotkaniach z Bogiem w naszej diecezji, które nazwaliśmy „Przystanek Jezus" i prawie na wszystkich z nich byłem osobiście. Spotykałem się z nimi jak chodziłem, modliłem się z nimi, spowiadałem ich, tańczyłem, wychwalając w ten sposób Boga. Organizowałem dwa „przystanki" i jeden był we Włocławku, krótko przed moim wypadkiem. To był bardzo specyficzny przystanek, wcześniej takiego nie było i po nim też już takiego nie było, a chodzi o to, że motywem przewodnim tego spotkania były słowa - Dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia.... chyba że jest to dzień Twojej śmierci - i pod wpływem tych słów i kazania, które wówczas powiedziałem, bardzo duża liczba młodzieży skorzystała ze spowiedzi. Po 2 latach od tamtego wydarzenia, na tegorocznych rekolekcjach usłyszałem słowa od młodej osoby: "Proszę księdza, tak sobie myślę, że tamten wypadek to szatańska zemsta za „Przystanek Jezus" we Włocławku... taki mały żart i próba pozbycia się wroga, bo przecież ksiądz ich tam tylu nawrócił, tylu ludzi się wyspowiadało, otworzył im ksiądz oczy na Boga."                                                                                                                                             Wiem, że nawrócenie to nie moja zasługa - ja im może tylko troszkę z Bożą pomocą pomogłem, ale po usłyszeniu tych słów poczułem się dokładnie jak Hiob ze Starego Testamentu. Taki jesteś mądry i wychwalasz Boga, bo jesteś zdrowy. Zobaczymy, co zrobisz jak Ci zabiorę nogi.                                     Zabrał, ale ja i tak nie przestanę mówić o Bogu, Jezusie i jego miłości do ludzi!!! Teraz dalej jeżdżę na „Przystanki", modlę się, swoim głosem wychwalam Boga, bo tańczyć i skakać nie mogę, ale zawsze dziękuję młodzieży, że to robi dla Jezusa i uczę jej, by doceniała to, co ma - swoje zdrowie!!! Minęło już dwa i pół roku jak jestem na wózku. Szanse na chodzenie są takie, że jak medycyna posunie się do przodu i nastąpią przeszczepy rdzenia kręgowego, to może stanę na nogi z wózka, ale póki co uczę się żyć na wózku każdego dnia od nowa. Nie poddaję się, bo wiem, że Pan Bóg widzi w moim cierpieniu jakiś sens. Ja też ten sens z pomocą innych, a zwłaszcza młodzieży, bliskich i życzliwych mi osób, powoli odkrywam, „ale widzę go jeszcze niejasno, jakby w zwierciadle". Wierzę, że nadejdzie taki dzień, że zrozumiem wszystko jak „w jasny dzień", jaki to wszystko miało sens, jeśli nie w tym życiu, to w przyszłym...

Ks. Marek Bałwas

 

 

Uśmiecham się każdego dnia...

 

 

„Moje dni są takie... takie jednakowe; jednakowo bolą mnie nogi. Do kaplicy chodzę żeby odpocząć a nie cieszyć się modlitwą. Ja wiem, że siostra potrafi modlić się przy obowiązku, ja nie potrafię. Bóg zawsze nad nami czuwa i znajduje rozwiązanie tam, gdzie ludzki umysł już go nie widzi. Jeśli człowiek wie, że Bóg jest dobry, miłosierny, że go przygarnie i że mu przebaczy, to człowiek przyjdzie do Boga, Jeśli myśli, że On jest tylko sprawiedliwy, to będzie się bał i nie przyjdzie i zginie... Nie przechodźcie nigdy obojętnie obok chorej siostry, nie przechodźcie!!! Nie pytając czy nie potrzebuje czegoś, choćby to miała być mała rzecz. Wielka miłość potrafi rzeczy małe zamieniać na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje czynom naszym wartość. Im nasza miłość stanie się czystsza tym ogień cierpień będzie miał w nas mniej do trawienia i cierpienie przestanie być dla nas cierpieniem. Zaczynam dzień walką i kończę go walką... Ale nie martwię się tym, rzucam się w objęcia Ojca Niebieskiego i ufam, że nie zginę..."

Słowa z filmu pt. „Faustyna" stały się dla mnie natchnieniem do napisania o sobie.

Ktoś mógłby zapytać jak wygląda życie człowieka na wózku. Pewnie jeszcze większa ciekawość budzi się, gdy spytamy o życie księdza na wózku.

Moje dni są takie... takie jednakowe... Kiedy budzę się rano, a właściwie, gdy budzi mnie skurcz wszystkich mięśni... Choć czuję tylko jedną piątą swojego ciała, to mimowolne napięcie mięśni, nazywane spastyką, powoduje silny ból... Wówczas boję się otwierać oczy, bo znów wszystko jest tak samo... Dotykam się i nic nie czuję - zimna, ciepła, bólu ( mam całkowite zniesienie czucia głębokiego i powierzchniowego od miejsca urazu, czyli od odcinka piersiowego do stóp)...nie czuję nic... Ten poranny skurcz powoduje zawsze jednakowy ból- ściska moje płuca i przeponę jak gorset, tak, że nie mogę oddychać.

To cierpienie trwa na szczęście tylko chwilę...

Zaczynam dzień walką z samym sobą, ze swoim ciałem.

Gdy otwieram oczy rzucam się w ramiona Ojca Niebieskiego i ufam, że nie zginę.

Dziękuję Mu za kolejny dzień życia, który mi daje, ale czasami, kiedy bardzo boli to myślę,

by zabrał mnie do Siebie, myślę, kiedy znajdę się w Domu Ojca naszego... Boże plany wobec mnie są jednak inne- mam żyć!!! Często zadaję sobie te pytania: „Co to za życie?" „Po co mi takie życie?" Nie o takim życiu marzyłem!!!

Miałem inne plany... ale „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz, tylko Boże Miłosierdzie nie zawodzi nigdy nas".

Już samo wstawanie z łóżka nie jest proste, gdy wszystkie mięśnie się napinają i trzeba je tak ujarzmić, by bezpiecznie przesiąść się na wózek. Nikt, kto nie jest na moim miejscu, nie może sobie nawet wyobrazić lęku, jaki jest we mnie, by w momencie przesiadania się na wózek nie złapała mnie spastyka, by wózek nie odjechał, a ja bym nie upadł...

Po tej walce i po śniadaniu spędzam trochę czasu przed komputerem. To moje okno na świat, nie mam telewizora, bo nie chcę go mieć i z tego właśnie źródła mam informacje o wydarzeniach w kraju i na świecie. Stąd czerpię wiadomości o ludzkich sprawach, by czuć rzeczywistość ludzkiego szczęścia i nieszczęścia. Choć to wirtualny świat, ale świat realnych ludzi. Tutaj też przyglądam się młodzieży, temu, o czym mówi między sobą, czym żyje, jakich słów używa. Przed wypadkiem było mi łatwiej, bo uczyłem w szkole i miałem kontakt z młodzieżą; teraz nie uczę i nie mam... ale chcę wiedzieć, jakie ma problemy, czym żyje i co jest dla niej najważniejsze. Jest mi to potrzebne, by wiedzieć jak docierać do młodych na rekolekcjach, na spotkaniach „Przystanek Jezus", by mówić do nich zrozumiałym dla nich językiem, a z tego, co wiem, co sami mi mówią i piszą do mnie to docieram do nich z Bożą Miłością i Miłosierdziem. Jeśli człowiek uwierzy, że Pan Bóg jest Dobry i Miłosierny, że go przygarnie i że mu przebaczy to człowiek przyjdzie do Boga.

Dalej w ciągu dnia sprawuję Eucharystię z innymi kapłanami, by codziennie posilać się Ciałem i Krwią Chrystusa i z Nich czerpać siły do pokonywania trudów codziennego życia. Później wspólny obiad, kawa. Przychodzą do mnie w odwiedziny różni ludzie: znajomi, młodzież, kapłani; by porozmawiać, wspólnie się pośmiać, by skorzystać z porady duchowej, a często ze spowiedzi.

Każdego dnia poświęcam też godzinę na rehabilitację, by utrzymać taki stan zdrowia, w jakim jestem, by się nie pogarszał a na tyle na ile to możliwe usprawniać się i usamodzielniać. Potem odpoczywam, bo ćwiczenia kosztują mnie sporo wysiłku. Tak do wspólnej kolacji,

a wieczorem czytanie książek, rozważań, modlitwa i upragniona chwila dnia, kiedy kładę się do łóżka, by zmęczone ciało oddać w ramiona snu... Walka skończona, by jutro znów zacząć od nowa.

Poszukuję nieustannie w Internecie nowych metod leczenia takich urazów, jaki ja mam, ale są to ciągle eksperymenty i próby. Nie tracę jednak nadziei, że przyjdzie taki dzień, że jeszcze wstanę i pójdę na spacer... Jeśli się tak nie stanie, trudno - widocznie Bóg tak chce - mówię do siebie i wierzę, że tak musi być...

Oprócz dni, które są jednakowe wykonuje sporo innych zajęć. Pomagam w sąsiedniej parafii proboszczowi, który buduje kościół. On wyjeżdża z kazaniami do parafii a ja go zastępuję; sprawuję Eucharystię, spowiadam wiernych, mówię kazania. Tutaj realizuje się moje kapłaństwo i posługa duszpasterska.

Obecnie mieszkam w Ciechocinku, w Domu Dobrego Pasterza dla księży niepełnosprawnych i emerytów. Dzięki życzliwości miejscowego Księdza proboszcza udzielam się w życiu parafialnym, sprawuję Eucharystię, spowiadam. Prowadzę także rekolekcje adwentowe i wielkopostne w parafiach naszej diecezji i nie tylko. Organizuję i prowadzę rekolekcje dla osób niepełnosprawnych w Licheniu dla Grupy „Bartymeusz" z Włocławka. Uczestniczę w Pieszej Pielgrzymce Włocławskiej na Jasną Górę. Byłem pielgrzymem przed wypadkiem i teraz na wózku dzięki pomocy przyjaciół i życzliwych mi ludzi dalej pielgrzymuję. W tym roku, jeśli Bóg pozwoli, będę pielgrzymował na Jasną Górę po raz dwudziesty. Każdego dnia odkrywam niespodzianki, jakie Pan Bóg dla mnie przygotowuje. Czasami jest to telefon od ucznia, który, gdy go uczyłem, zabrał mi dużo zdrowia, a teraz po latach dzwoni by mi podziękować za to, że tyle mu nagadałem, bo dzięki temu wyszedł na porządnego człowieka i modli się o moje zdrowie, i przeprasza mnie za to, co złego zrobił!!! Dla takich chwil warto żyć, warto się wysilać, warto tracić zdrowie, spalać się z miłością dla innych, by potem cieszyć się takimi owocami swoich wysiłków. Bardzo chciałbym uczyć katechezy w szkole średniej, lecz na razie nie ma takiej możliwości, może kiedyś to się uda, bardzo w to wierzę. Tym, co pomaga mi żyć jest modlitwa i uśmiech.

W modlitwie staję przed Bogiem taki, jaki jestem, bez udawania, często ze łzami w oczach. Tylko Bóg jeden wie, jaki ból i cierpienie przeżywam otwierając oczy i czekając na błogosławioną chwilę, kiedy dzień się skończy. Jednak pomimo bólu, cierpienia, smutku, może żalu do Boga uśmiecham się!!! To jest to, co mi Ojciec Miłosierdzia zostawił na każdy dzień mojego życia. Uśmiecham się do ludzi, z którymi Pan Bóg daje mi się spotykać. Uśmiecham się do księży, z którymi mieszkam, do sióstr albertynek, które się mną opiekują, do mamy, rodzeństwa, rodziny, przyjaciół, do młodzieży, dzieci i do wszystkich ludzi, których spotykam w życiu. Nie jeden raz widziałem w ludzkich oczach spojrzenie litości „O jaki biedny, taki młody na wózku, taki bezradny, żal go i szkoda jego zmarnowanego życia..." Wówczas głośno mówię: NIE!!! Nie szukam litości, nie chcę użalania się nade mną. Potrzebuję miłości i normalności. Traktowania mnie jak normalnego człowieka, normalnej rozmowy, normalnych spojrzeń i uśmiechów. Ja nie gryzę ani nie zarażam moim kalectwem przez uśmiech, spojrzenie i podanie dłoni.

Każdy najmniejszy, z pozoru może nawet nic nieznaczący gest jest dla mnie czymś niezwykle istotnym... Każde ciepłe słowo, każdy  uśmiech, jest dla mnie najcenniejszym skarbem i najlepszym balsamem dla duszy...
Czasami zdarza się, że młodzi ludzie nazywają mnie aniołem i mówią takie słowa: „Anioł... mój poraniony Anioł o połamanych skrzydłach..." Powstał nawet wiersz z dedykacją dla mnie

Bywają tacy ludzie, którzy boją się przywitać ze mną, jak z trędowatym... To naprawdę boli... Wielu nie wie jak się zachować wobec mnie... Tych rozumiem, ale proszę - nie róbcie ze mnie nieziemskiego zjawiska, nie przechodźcie obojętnie obok człowieka na wózku, nie przechodźcie nie pytając czy nie potrzebuje czegoś, choćby to była mała rzecz.

W tym wszystkim, co składa się na moje życie chce wyrażać miłość.

Dostałem emaila od młodej osoby, która po rekolekcjach napisała o mnie: „Mówił nam o Miłości Jezusa do każdego człowieka, mówił, czym jest prawdziwa Miłość... Opowiadał o tym jak człowiek, który doświadczył w swoim życiu takiej właśnie Miłości... Paradoksalnie doświadczył jej. Paradoksalnie, bo w chwili, gdy Go poznałam od dwóch lat nie chodził... Młody, 35- letni mężczyzna, przed którym jeszcze całe życie... wystarczyła chwila, by wszystko się skończyło lub... zaczęło na nowo... I gdzie ta Miłość? Paradoksalnie objawiła się właśnie w Jego kalectwie... Jezus nie mógł lepiej pokazać, że Go kocha...
To brzmi dziwnie, ale tak jest naprawdę, wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, ale teraz pojmuję... Jezus uczynił Go równym sobie, właśnie poprzez krzyż niepełnosprawności, słabość chorego ciała, cierpienie, głównie fizyczne, będące wynikiem urazów, jakich doznał
w czasie wypadku... Jezus w Swej nieskończonej dobroci i miłości złączył to wszystko
ze Swoją Męką, uświęcając cierpienie Swojego pokornego sługi...
Czy człowieka mógłby kiedykolwiek spotkać większy zaszczyt niż to, kiedy Bóg pozwala nam stać się podobnymi do Siebie?...

Dlaczego zdecydował się zostać kapłanem?... Wspominał - jak bardzo chciał opiekować się niepełnosprawnymi...
To właśnie myśl o nich skłoniła Go do podjęcia decyzji o wstąpieniu na drogę kapłaństwa... Nie chciał służyć ludziom poprzez służbę Bogu, ale służyć Bogu przez służbę chorym i cierpiącym... dostrzegł w cierpieniu niepełnosprawnych cierpienie samego Jezusa... A teraz, po wypadku On sam poprzez Swój ból stał się ikoną cierpiącego Chrystusa... A jak można lepiej zrozumieć „maluczkich" niepełnosprawnych.... jak nie wtedy, gdy staniesz się jednym z nich?"
Mój poranek, otwarcie oczu, ból porannego napięcia mięśni, to małe codzienności, ale tylko Wielka Miłość potrafi rzeczy małe zamieniać na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje naszym czynom wartość. Ciało cierpi, ale dusza raduje się miłością. Ciało tak słabe i kruche upada tak jak moje autentycznie upadło na ziemię wyrzucone z wózka przez spastykę, ale dusza krzyczy- żyj!!! Dlatego staram się, by moja miłość do Boga i człowieka była coraz czystsza, by ogrom cierpień miał we mnie mniej do trawienia, by cierpienie przestało być dla mnie cierpieniem.

Jestem potrzebny. Potrzebują mnie najbliżsi - Mama, rodzeństwo, przyjaciele, Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham. Ciągle mówię o miłości, o tym, że kochać to znaczy powstawać, kochać to znaczy życie oddawać, kochać to znaczy szanować i nie zdradzać. Pytam siebie - „Czy tak kocham Boga?" „Czy tak kocham człowieka?"

A szmer łagodnego powiewu przychodzi do mnie i mówi „Kochaj i czyń, co chcesz".

 

Ks. Marek Bałwas

 

 

Więcej znajdziecie tutaj: www.ksiadzmar.fotka.pl

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Świadectwo Pauliny o Janie Pawle II

środa, 29 sierpnia 2007 18:57

 

Gdy przyszłam na świat On już był papieżem. Nigdy nie przywiązywałam większej wagi do Jego osoby. W chwili jego choroby, a później po śmierci odczułam, że jest mi Go brak. To tak, jakbym straciła najbliższą osobę. W tych trudnych chwilach modliłam się tak gorliwie jak tylko potrafiłam. W modlitwie pomagały mi spotkania modlitewne w kościele parafialnym, od momentu śmierci czyli 2 kwietnie do chwili pogrzebu 8 kwietnia. Dzień pogrzebu był dniem wolnym od szkoły usiedliśmy więc całą rodziną przed odbiornikiem telewizyjnym i w skupieniu śledziliśmy przebieg uroczystości pogrzebowych. Jednym z wzruszających momentów było zamknięcie się Pisma Świętego przed czytaną ewangelią. Drugą podniosłą chwilą, którą pewnie nie tylko ja ale i wszyscy ludzie na całym świecie przeżywali, była chwila wyniesienia trumny z placu św. Piotra. W tym momencie zakręciła mi się łza w oku poczułam, że opuszcza mnie Wielki Człowiek.

Te podniosłe chwile uświadomiły mi, że Jan Paweł II był, jest i zawsze będzie dla mnie autorytetem. On umiał przebaczać drugiemu człowiekowi .Przebaczył zamachowcy, który zostawił uszczerbek na jego zdrowiu, co więcej nie ocenił go pochopnie. Nikogo nie potępiał. Udowodnił to w wielu pielgrzymkach, ale jednym z przykładów może być pielgrzymka do Izraela, gdzie modlił się gorliwie przy ścianie płaczu. To również wielki patriota, który choć był tak daleko poza granicami ziemi ojczystej nigdy nie mówił o niej źle zawsze ją wspominał jako ,,Matkę" która wykarmiła go i nauczyła tak pięknego języka. Z jednych swoich kazań powiedział: ,, Wymagajcie od siebie więcej choć inni od was nie będą tego wymagać" i tego powinien trzymać się prawdziwy patriota i katolik. Ukochał w sobie wszystkich ludzi, a w szczególny sposób dzieci i młodzież. Umiał nawiązać z nami doskonały kontakt, może dlatego że próbował nas zrozumieć. Uważam, że my młodzi ludzie w okresie dorastania szukamy odpowiedzi na podstawowe, a zarazem trudne pytania. Szukamy nie tylko sensu życia, ale także projektu wedle którego mamy to swoje życie zacząć budować. Właśnie Jan Paweł II był takim naszym pomocnikiem w budowaniu naszego życia, choćby przez to, że często opowiadał o swoim młodzieńczym życiu. To związanie z młodzieżą widać było szczególnie po Jego śmierci i kiedy młodzi podczas modlitewnego spotkania na Polach Lednickich tego roku, gdzie młodzież, a także ja modliliśmy się za naszego Ojca Świętego. Choć pogoda nie dopisała to każdy z nas pokonał walkę z deszczem.

 

Po powrocie do domu rozmyślając o całym tym modlitewnym spotkaniu w Lednicy pomyślałam, że Jan Paweł II był obecny wśród nas i ten wciąż padający deszcz to nie był taki zwykły deszcz to były łzy właśnie Jego-naszego Wielkiego Jan Pawła II. Oczywiście nowo wybrany papież przemówił do zgromadzonych na Lednickich Polach, ale to już nie było to samo. Kolejnym takim spotkaniem było spotkanie na Przystanku Jezus w Zduńskiej, gdzie 16 października pojechałam tam z młodzieżą z naszej parafii. Po dotarciu na miejsce mieliśmy w planie zwiedzenie domu Maksymiliana Marii Kolbe. Było tam bardzo wiele pamiątek z czasów młodości, a także y misji jakie Kolbe odbył. Obejrzeliśmy tam izbę, w której mały Maksymilian był utulany do snu. Po obejrzeniu całego domu wpisaliśmy się na koniec do pamiątkowej księgi. Następnie powędrowaliśmy wszyscy razem na Msze Świętą, w której przewodniczył biskup Wiesław Alojzy Mering. Msza zakończyła się błogosławieństwem zgromadzonych księży i razem z nimi za krzyżem wyszliśmy na ulice Zduńskiej Woli, gdzie rozdawany był chleb ,,przyjaźni``. Każdy z każdym musiał się nim podzielić. Gdy każdy dostał choć okruszek chleba ruszyliśmy ulicami miasta na stadion. Ze śpiewem i modlitwa za Ojca Świętego dotarliśmy na stadion. Około godziny 20:30 wysłuchaliśmy krótkiej prelekcji na temat JP II. Wtedy wszyscy się wyciszyliśmy. Następnie odbył się apel, a o godzinie 21:37 my razem z księdzem ułożyliśmy ze świeczek i zniczy duży krzyż, zrobili wokół niego duże koło trzymając się za ręce jakby w łączności z Janem Pawłem II. Był to dla mnie moment, w którym przypomniałam sobie wszystkie sytuacje, w których widziałam Ojca Świętego.

Tego wszystkiego co się we mnie działo nie umiem wyrazić słowami. Czułam się tak jakbym była z Ojcem Świętym. To spotkanie było wyjątkowe i nie zapomniane.

 

Po śmierci czytając wiele artykułów poznałam wielką, a zarazem ciekawą historię rodziny i jego życiorys. Żył w okresie wojennym, a mając zaledwie 19 lat przeżył walkę o ojczyznę. Wykształcił się na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gorliwie uczył się języków szczególnie greki i łaciny. Po śmierci ojca zapisał się na studia teologiczne w Krakowie. Napisał wiele wspaniałych książek o życiu i postępowaniu człowieka. Pisał także wiersze takim bardzo pouczającym dla mnie wierszem jest wiersz pod tytułem ,, Spełnienie Apokalipsis". Ten właśnie wiersz skłonił mnie do poszukania innych bardzo pouczających i kontrowersyjnych wierszy. Moim marzeniem jest przeczytać książkę ,,Pamięć i tożsamość". Bardzo nurtuje mnie co znajduje się w tej książce. Może są tam rozdziały w których Wojtyła opisuje sygnały dawane przez Boga, w którym dniu odejdzie. Zastanawiające jest to, dlaczego odszedł właśnie w wigilię Bożego Miłosierdzia.

 

W filmie przedstawiającym życie Karola Wojtyły można zobaczyć jakim Wielkim i uczonym człowiekiem był już jako ksiądz, biskup, a w późniejszym okresie kardynał. Patrząc na film miał on trudne życie. W 1946 roku został wysłany przez Księcia Metropolitę Sapiehę na studia do Rzymu. W 1958 roku ksiądz Karol Wojtyła zostaje biskupem.

 

Bardzo wiele wysiłku poświęcał wiernym w Nowej Hucie, w której władza utrudniła wiernym kontakt z księżmi. Wtedy w Karolu zrodziła się myśl budowy kościoła. Hutnicy dzięki pomysłowi Wojtyły zabrali się do budowy wielkiego krzyża. Stanął on na jednym z placów w Nowej Hucie podczas wigilii. Mimo przeciwwskazań biskup Karol Wojtyła odprawił pasterkę gromadzącą tumy wiernych, przeciwstawiając się władzą politycznym. W 1978 roku w 20 rocznicę swoich święceń biskupich umiera Jan Paweł I. Wojtyła wyjeżdża do Rzymu i bierze czynny udział w konklawe. Wówczas to władze państwowe były spokojne wysyłając K. Wojtyłę do Rzymu. Biskupi nie mogli dojść do jednomyślności. Dopiero za trzecim razem jednomyślnie wybrali Karola Wojtyłę. Nikt nie mógł uwierzyć, że to właśnie on obejmie najwyższą władze w kościele.

,,Śpieszmy się Kochać ludzi tak szybko odchodzą". Te słowa ks. Jana Twardowskiego mają według mnie magiczne znaczenie. Nie zwracałam tak wielkiej uwagi na osobę Jana Pawła II za jago życia. Uświadomiłam sobie dopiero po Jego śmierci jak był i jest dla mnie ważny. Na zawsze zostanie w moim sercu ten spaniały człowiek, który poruszył serca wielu młodych ludzi, a w szczególny sposób moje. Będę na pewno opowiadała o Nim przyszłym pokoleniom, które już nie pozna go i nie przeżyje jego rozstania tak jak ja. Choć nigdy nie spotkałam się z Nim twarzą w twarz, to jednak uważam, iż będę spotykać go na przystankach Jezus, w kościele, w miejscach jego pielgrzymek, ale także w ważnych dla mnie chwilach. Mam nadzieję, że spotkam Go w bramach Raju.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Uaktualnione działy...

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 19:30
W działach "Modlitwy" i "Artykuły" pojawiło się kilka wpisów, a także kilka zdjęć (3) w galerii. Zapraszam SERDECZNIE i GRZECZNIE:-)
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Ślub inny niż wszystkie...

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 18:56
 

Zaręczyli się rok temu na oazie chorych w licheńskim Sanktuarium Maryjnym. Dziś wzięli ślub w miejscowym kościele parafialnym pw. św. Doroty. Krystyna Grabowska i Andrzej Harla - dwoje niepełnosprawnych podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Sieradzu - powiedziało sobie „tak" w asyście dwustu osób.

 

W ślubie uczestniczyła najbliższa rodzina nowożeńców, osoby samotne, chore i niepełnosprawne, które przyjechały w tym roku na dwa wakacyjne turnusy oazy chorych. - Historia tych spotkań w Licheniu sięga blisko 30 lat, ale ten ślub to pierwsze takie wydarzenie - powiedział ks. Dariusz Fabisiak, organizator wakacyjnego spotkania dla grupy z Włocławka.

 

Ślub Krystyny i Andrzeja pobłogosławił ks. Marek Bałwas, który sam od czterech lat porusza się na wózku inwalidzkim. - Niepełnosprawna para młoda, ksiądz na wózku - to nie ma precedensu. Wcześniej o czymś takim nie słyszałem. Nas, młodych księży, jest na wózkach dwóch, ale nie dotarły do mnie informacje, żeby tamten ksiądz brał udział w takim wydarzeniu - mówił ks. Bałwas.

 

Nowożeńcy nie kryli emocji i radości. - Była nutka strachu, bo zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy na czterech kółkach. Myśleliśmy, jak to będzie wyglądać, jak ludzie nas przyjmą, ale taka wiara w siebie pokonała ten strach i jesteśmy razem - mówiła Krystyna.

 

Krystyna i Andrzej poznali się 1,5 roku temu w sieradzkim Domu Pomocy Społecznej. Ona cierpi na dziecięce porażenie mózgowe, on na dystrofię mięśni. Mają po około 50 lat. Oboje od lat przyjeżdżają do Sanktuarium na organizowane tu oazy chorych. Krystyna powiedziała, że w mężu spodobało jej się to, że ma „ładny uśmiech, dobre serduszko i że jest gentelmanem". Andrzej powiedział, że zawdzięcza Krysi dużo mobilizacji do działania, szczęścia oraz to, że otworzył swoje serce. Nowożeńcy będą mieszkać w placówce w Sieradzu.

 

Ślub odbył się w kościele św. Doroty o godz. 15.00. O oprawę muzyczną zadbali wolontariusze, którzy na oazach chorych opiekują się tymi najbardziej potrzebującymi. Na ślubie obecni byli księża organizujący dwa turnusy oazy chorych: odpowiedzialny za grupę konińską ks. Tomasz Bartczak oraz opiekun grupy włocławskiej ks. Dariusz Fabisiak.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Co dalej z "Pokoleniem JP II"?...

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 18:51
 

Pojęcie „pokolenie J.P.II" posiada wielorakie znaczenie i szerokie zastosowanie. Najczęściej określa się nim osoby, które przeżywając swoją młodość, zetknęły się (mniej lub bardziej bezpośrednio) z postacią i nauką Sługi Bożego Ojca Świętego Jana Pawła II. Owo zetknięcie się było na tyle silne, że wywarło wpływ na ich stosunek do życia, hierarchię wartości, rozumienie własnego miejsca w Kościele i świecie. Ludzie ci dojrzewali i wchodzili w dorosłość w czasie pontyfikatu Papieża Polaka.

 

Ponieważ pontyfikat ten był jednym z najdłuższych w historii Kościoła i trwał 28 lat, dlatego też określeniem „pokolenie J.P.II" w tym rozumieniu objąć należy zarówno współczesną młodzież (również tą poniżej 18-go roku życia) jak i ludzi w wieku średnim a nawet osoby zbliżające się do okresu zwanego „wiekiem podeszłym". Tak postrzegane „pokolenie Jana Pawła II" to w rzeczywistości kilka pokoleń katolików, chrześcijan wyznawców innych religii a także ludzi „dobrej woli", połączonych pragnieniem realizacji wartości reprezentowanych i propagowanych przez Jana Pawła II.

 

 

Choć określenie „pokolenie J.P.II" powstało najprawdopodobniej w czasie XII Dnia Młodzieży, który odbył się w 1997 roku w Paryżu, to rzeczywistą popularność zdobyło w Polsce po śmierci Ojca Świętego. W świadomości sporej części elity katolickiej wytworzyło się wówczas oczekiwanie, że owo „kwietniowe duchowe przebudzenie", które stało się udziałem milionów Polaków, zaowocuje faktyczną przemianą w standardach życia obyczajowego, kulturalnego, społecznego i politycznego w naszym kraju. Odszedł Nauczyciel, czas wyciągnąć wnioski z Jego nauki - mówiono. Czy tak się stało? - pytanie to wydaje się interesującym tematem do analizy.

 

 

Wśród argumentów „za", jednym z najmocniejszych jest przytaczany wynik wyborów parlamentarnych i prezydenckich, przeprowadzonych w Polsce jesienią 2005 roku. Zwycięstwo formacji „postsolidarnościowych" przypisuje się właśnie przemianie moralnej społeczeństwa i oczekiwaniu na uzdrowienie państwa w duchu papieskich ideałów. Tezę taką potwierdzałyby wyniki badań nad wpływem nauczania Jana Pawła II na Polaków, które przeprowadzono od listopada 2003 do wczesnej wiosny 2004r. (a więc w okresie bezpośrednio poprzedzającym śmierć Papieża) na reprezentatywnej próbie 1606 respondentów. Jak zauważa ks. Jan Śledzianowski, autor publikacji omawiającej i syntetyzującej badania, pod wpływem nauczania Ojca Świętego zdecydowanie lepszym człowiekiem i chrześcijaninem stało się niemal 64% Polaków, a starania w tym kierunku podejmuje kolejne 3%. Konstruktywne przemiany, mające wpływ na rozwój osobowy w relacji do Boga, bliźnich lub samego siebie odnotowano u 70,5% ogółu respondentów.( J. Śledzianowski, Wpływ Jana Pawła II na życie rodaków, Kielce 2005. )

Sceptycy twierdzą jednak, iż wychowawczy wpływ, jaki wiązał się i wiąże z Janem Pawłem II może nie przejawiać cech trwałości, jako, że nie dotyczy on Jego nauczania, lecz osobowości i na dodatek ma charakter w dużej mierze „emocjonalny". Jako argument przywoływany jest fakt, że w kwietniowej manifestacji miłości do Ojca Świętego w roku 2005 udział wzięli również ludzie, będący na co dzień nie tylko obojętnie, ale wręcz wrogo ustosunkowani do nauczania Kościoła. Można się zatem obawiać, że w miarę upływu czasu i zacierania się w pamięci przeżyć związanych z życiem i śmiercią Papieża, polskie społeczeństwo mniej będzie podatne na realizację jego ideałów. Pokolenie J.P.II pozostanie zaś „bytem wirtualnym", ogólnym hasłem o sentymentalnym zabarwieniu, jakąś bliżej nie określoną deklaracją dobrej woli, symbolem tego co piękne, ale co przeminęło wraz z naszą młodością i życiem Papieża Polaka.

 

 

Choć powyższy scenariusz wydaje się zbyt pesymistyczny, to jednak w tym miejscu pozwolę sobie na osobistą dygresję nieco go uprawdopodobniającą. W grudniu 2005 roku, przebywając na dworcu w niewielkiej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, stałem się mimowolnym słuchaczem rozmowy dwóch osób oczekujących na autobus. W pewnym momencie jeden z mężczyzn zaczął wspominać rok 1999, w którym Jan Paweł II gościł w tym mieście. Jego refleksje nie były wynikiem bynajmniej przypływu i manifestacji uczuć religijnych, lecz posiadały charakter wybitnie „ekonomiczny". „Ileż to rzeczy można byłoby pobudować, wyremontować a ile spraw załatwić, gdyby pieniądze z pielgrzymki przeznaczyć na cele społeczne." Przecierałem oczy i uszy ze zdumienia, słysząc dobrze znany i zapamiętany język, którym w latach 90' (szczególnie w pierwszej połowie) operowały niektóre publikatory i który tak wówczas ranił serca Polaków zasłuchanych w słowa Wielkiego Rodaka. Moje zdumienie było tym większe, że uświadomiłem sobie, iż rozmowa ma miejsce zaledwie w nieco ponad pół roku po „polskim kwietniu". Oczywiście autor „analiz ekonomicznych", jak twierdził „do papieża nic nie miał", nawet zapewne przekonany był, że Go szanuje. Nie przeszkadzało mu to jednak wygłaszać opinii co najmniej nietaktownych. Na szczęście jego interlokutor okazał nieco więcej inteligencji, wynikiem czego rozmowa zeszła na inny temat. Na koniec dygresji pozwolę sobie zwrócić uwagę na pewien interesujący aspekt opisanego wydarzenia. Otóż z jednej strony w pamięci osoby wypowiadającej się, najwyraźniej zatarły się stosunkowo nieodległe wspomnienia związane z cierpieniem i odejściem Papieża, z drugiej zaś w tejże pamięci pozostały i nie uległy wymazaniu schematy antyklerykalnego myślenia, których rodowód sięga wiele lat wstecz. Oczywiście z jednostkowej obserwacji nie należy wysnuwać zbyt daleko idących wniosków, a pochopne uogólnienia byłyby nadużyciem, tym niemniej nie wydaje się, by pytanie o trwałość wpływu nauczania Jana Pawła II na moralność i przekonania Polaków a tym samym pytanie o losy pokolenia J.P.II było jednoznacznie rozstrzygnięte.

 

 

Ufając w optymistyczny bieg wydarzeń, licząc się z problemami, warto zastanowić się nad działaniami, które pojęcie pokolenia Jana Pawła II wypełnią realną treścią, zapewniając mu trwałość, popularność i rozwój. Tego typu poczynania mają już miejsce i rozwijają się coraz intensywniej, przy czym niekoniecznie wprost opatrywane są omawianą tu nazwą. Należą do nich inicjatywy o charakterze symbolicznym (miejsca pamięci i modlitwy, pomniki, muzea, nadawanie imion ulicom, placom, szkołom, instytucjom itp.); dzieła charytatywne (np. Fundacja Trzeciego Tysiąclecia); działania społeczno-kulturalne i medialne (np. Dni Papieskie, spotkania pokolenia J.P.II, nagrody „Totus" itp.); inicjatywy modlitewno-ewangelizacyjne; dzieła artystyczne; publikacje (naukowe i popularyzatorskie); działania instytucjonalne (np.: budowa centrum myśli Jana Pawła II w Łagiewnikach); aktywności o charakterze naukowo-dydaktycznym (sympozja, konferencje, seminaria, wykłady monograficzne itp.); inicjatywy edukacyjne (np. katechezy o Janie Pawle II) itp.

 

 

Jakie postulaty można by sformułować wobec tych poczynań, aby przyniosły one oczekiwane efekty? Po pierwsze wydaje się, że powinny być kontynuowane w dotychczasowym pluralizmie form. Krytycznie traktowałbym tendencję do absolutyzacji pewnych rodzajów działań kosztem innych, również potrzebnych. Zasada „to czynić a tego nie zaniechać" znajduje chyba w tym wypadku właściwe zastosowanie. Argumentem uzasadniającym ten pogląd jest niezaprzeczalny fakt zróżnicowania intelektualnego, ekonomicznego czy kulturowego polskiego społeczeństwa. Jeśli do jednych trafiają proste formy a do innych bardziej wyrafinowane, to dlaczego z jednych zrezygnować a inne pozostawić? Oczywiście najbardziej chlubny cel i szlachetne intencje nie usprawiedliwiają poczynań o miernym poziomie merytorycznym, grzeszących brakiem dobrego smaku itp. Z drugiej strony równie silnie wydają się razić inicjatywy na wysoce profesjonalnym poziomie, podejmowane z pobudek wyłącznie merkantylnych.

 

 

Doceniając ważność zachowania pluralizmu form, szczególną uwagę zwróciłbym jednakowoż na te spośród nich, które zmierzają do poznania, zrozumienia, utrwalenia i wcielania w życie nauczania Jana Pawła II-go. Chodzi o inicjatywy o charakterze edukacyjnym, formacyjnym i wychowawczym. Wydają się być nieco mniej liczne i nacechowane mniejszą „siłą przebicia" w stosunku do działań skierowanych na utrwalanie pamięci o osobie i życiu Karola Wojtyły a następnie Ojca Świętego Jana Pawła II, które cieszą się też znacznie większą popularnością. Wystarczy przypomnieć zainteresowanie filmem „Karol - człowiek, który został papieżem", czy gigantyczne nakłady, jakie osiągały (zwłaszcza w tygodniach i miesiącach po śmierci Jana Pawła II) czasopisma z dołączonymi „papieskimi" płytami CD i DVD. Inicjatywy edukacyjne natomiast zwykle powstają w większym, choć mniej „efektownym" trudzie, stawiają inicjatorom wyższe wymagania, nie posiadają tak bogatej formy i oprawy, trudniej znaleźć dla nich potencjalnych odbiorców.

 

Tymczasem, jak wspomniano wcześniej, to właśnie postawa wobec papieskiego nauczania wydaje się na dłuższą metę czynnikiem decydującym o rzeczywistym i trwałym utożsamieniu się z formacją społeczno - ideową, określaną mianem „pokolenie J.P.II". Co więcej: znajomość, rozumienie i poważne traktowanie nauki Jana Pawła II umożliwi zachowanie i przekazanie Jego dorobku kolejnym pokoleniom, które nie będą miały już szczęścia zetknąć się z Nim osobiście. Wobec powyższego, wydaje się uprawdopodobnionym stwierdzenie, iż losy pokolenia J.P. II uzależnione są na dłuższą metę od znajomości, akceptacji i determinacji we wcielaniu przezeń w życie nauki Jana Pawła II. Zatem w koniecznym pluralizmie podejmowanych przezeń działań, szczególne miejsce znajdować powinna aktywność o charakterze edukacyjno-formacyjnym.

 

Grzegorz Grochowski

www.grochowski.edu.pl

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

Pokolenie JP II nie istnieje.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 17:54
 

" Młodzi ludzie mówią, że pontyfikat Jana Pawła II wywarł na nich piętno. Tak naprawdę jednak "Pokolenie JPII" jest pojęciem wirtualnym, hasłem reklamowym - i niczym więcej

 

Jestem z pokolenia JPII - mówi z dumą 27-letni Andrzej z Warszawy aktywny członek ruchów religijnych. Gdy Jan Paweł II cierpiał na łożu śmierci, Andrzej podobnie jak tysiące innych młodych Polaków chodził na nocne czuwania. Gdy Papież umarł - zapalał znicze na warszawskich ulicach. Miał łzy w oczach. Andrzej niekoniecznie jednak stosuje w życiu nauki wielkiego Polaka. Żyje na kocią łapę z dziewczyną, stosuje środki antykoncepcyjne. Mimo to nie przestaje twierdzić, że należy do pokolenia JP II. ile jest osób takich jak on? Nie wiadomo. Ale polski Kościół przebadał religijność młodych ludzi na przykładzie młodzieży z Warszawy.

Choć raport z badań ("Młodzież Warszawy - Pokolenie Pontyfikatu Jana Pawła II") powstał w czerwcu zeszłego roku, czyli ponad pół roku temu i zaledwie miesiąc po śmierci Jana Pawła II - mało kto i o nim wie. Dlaczego? - Idea była taka, żeby udowodnić, jak wielką i pozytywną przemianę duchową w młodych ludziach dokonały ostatnie ehwile pontyfikatu Jana Pawła II. Ale wyniki badań rozczarowały, więc się o nich nie mówi

- powiedział nam jeden z pracujących przy raporcie naukowców, prosząc o niepodawanie nazwiska.

- Ależ zostały one ogłoszone i są jawne. Nikt raportu nie ukrywa - replikuje ks. prof. Witold Zdaniewicz, który współredagował raport. Tak czy inaczej, wyniki faktycznie szokują!

CIĘŻKO KIEROWAĆ SIĘ NAUKĄ JANA PAWŁA II

Aż 70 proc. młodych ludzi uważa za dopuszczalne współżycie seksualne przed ślubem, ponad 75 proc. akceptuje środki antykoncepcyjne, 11 proc. przyznaje, że odczuwa niechęć do Niemców, 4 proc. - do Rosjan i tyle samo do Żydów.

Choć Jan Paweł II przestrzegał przed relatywizmem wartości, blisko 60 proc. młodzieży uważa, że "nie ma jasnych kryteriów mówiących o tym, co jest dobre, a co złe". Na pytanie, czy kradzież jest dobra, czy zła, co trzeci stwierdza:

"To zależy". Tak samo odpowiada 80 proc. pytanych o kłamstwo, 60 proc. indagowanych o prawdomówność, ponad 30 proc. - o nadużywanie alkoholu, 26 proc. - przemoc fizyczną. Aż 40 proc. waha się, czy "przebaczenie win" jest dobre, czy złe. Co trzeci uważa, że szacunek dla starszych nie zawsze jest na miejscu. Na pytanie o wartości nadające sens życiu ludzkiemu więcej osób wskazuje pieniądze i dobrobyt (17 proc.) niż wiarę religijną (12,4 proc). Czy nawet śmierć Jana Pawła II nie zmieniła postaw młodych ludzi? Kard. Józef Glemp w komentarzu do badań 13 czerwca napisał: "Spontaniczny i masowy udział młodych Polaków w tej niezwykłej manifestacji uczuć, jaka się objawiła w ostatnich chwilach życia Ojca Świętego Jana Pawła II i po jego śmierci, był niewątpliwie wzruszający i dawał powód do dumy (...) Można powiedzieć, że polska młodzież zaprezentowała duży potencjał wiary i przywiązania do Kościoła, co jednak nie oznacza, że realizuje ona (...) katolicki model moralności".

PODĄŻANIE ZA MODĄ

Czy młodzi ludzie, którzy głoszą poglądy sprzeczne z nauczaniem Jana Pawła II, mogą zarazem manifestować przywiązanie do Jego osoby i nauk? Czy mogą nazywać siebie pokoleniem Jana Pawła II? - Nie mają takiego prawa - twierdzi stanowczo ks. prof. Michał Czajkowski. - To nadużycie dodaje. Takie "wycieranie sobie gęby" osobą Jana Pawła II bywa niebezpieczne.

- Może kompromitować tych, którym Jan Paweł II i jego nauki faktyczniesą bliskie - mówi.

Mechanizm tej kompromitacji można zrozumieć na prostym przykładzie: człowiek w koszulce z wizerunkiem Jana Pawła II używa na ulicy wulgarnych słów. Co pomyślą sobie przechodnie?

- A przecież manifestowanie uwielbienia dla Ojca Świętego zobowiązuje - mówi ks. Czajkowski. Wiele osób, nazywając siebie przedstawicielami pokolenia JPII, po prostu podąża za modą. "

 

Michał Stangret, Metro, środa 20 lutego 2006 nr 768 str 6-7


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

MODLITWA ŚW. BERNARDA.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 14:05
 

Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. Amen.


Podziel się
oceń
1
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

MODLITWA O WSKAZANIE DROGI.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 14:04
 

Panie!

Pomóż nam żyć według Twojej woli.

Daj, abyśmy mogli ujrzeć w naszym życiu Twoją światłość i rozradować się przed Tobą.

Twoje światło niech nam wskaże drogę do Ciebie.

Tę drogę, którą dla nas od wieków przygotowałeś.

Wskaż nam drogę naszego powołania, byśmy się mogli radować na wieki.

Amen.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

MODLITWA ZA CHORYCH.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 13:59
 

Przed ta modlitwą należ odmówić trzy razy Chwała Ojcu.

 

O mój Boże, oto przed Tobą ten chory; przyszedł Cię prosić o to, czego pragnie i o to, co uważa za najważniejsze dla siebie. Ty, o Boże, wprowadź w jego serce te słowa: "Najważniejsze jest zdrowie duszy!" Panie, niech się w nim wypełni cała Twoja wola: jeśli chcesz by wyzdrowiał, by zostało mu dane zdrowie; jeśli jednak inna jest Twoja wola, niech dalej niesie swój krzyż. Proszę Cię także za nami, którzy się za nim wstawiamy; oczyść nasze serca, abyśmy byli godni przekazać Twoje święte miłosierdzie. Strzeż go i ulżyj mu w cierpieniu, niech się w nim wypełni Twoja Święta wola, niech przez niego zostanie objawione Twoje święte Imię; pomóż mu odważnie dźwigać krzyż. Amen.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 13:39

 

 

Kościół w dniu wczorajszym obchodził Uroczystość MB Częstochowskiej, a w moim sercu wciąż powraca wspomnienie tegorocznej pielgrzymki na Jasną Górę.

Tydzień spędzony poza domem, dziennie średnio 30 km marszu, w upale, czasem w deszczu, z obolałymi nogami... Ciężko... Ale kiedy staje się już pod Jasnogórskim Szczytem nie sposób powstrzymać łez wzruszenia.

Skaczesz pomimo bolących nóg, pomimo zdartego gardła śpiewasz na cały głos. Zapomina się wtedy o wszystkich trudach, z jakimi trzebabyło się zmagać, bo serce przepełnia radość, że wreszcie jesteś u celu, w końcu możesz spotkać się z Matką, która czeka na Ciebie z otwartymi ramionami.

A później idziesz do Kaplicy, by pokłonić się Matce... To tylko moment, ale piękno tego przeżycia sprawia, że moment staje się wiecznością...

W tym roku szłam na pielgrzymkę 3 raz, ale szczerze mówiąc, była to dla mnie najtrudniejsza pielgrzymka...

Miałam nie iść... Wydarzyło się w moim życiu wiele dziwnych i przykrych rzeczy, to wszystko sprawiło, że odechciało mi się wszystkiego, nawet pójścia na pielgrzymkę...

Jednak jakiś miesiąc przed pielgrzymką dowiedziałam się o chorobie mojego Przyjaciela... Od trzech miesięcy z Nim nie rozmawiałam, bo... Bo uniosłam się honorem, twierdząc, że "skoro nie rozumie o czym mówię, to Jego problem; nie mamy w takim razie o czym rozmawiać..."

Wiadomość o Jego chorobie, o cierpieniu z jakim musi się zmagać skruszyła moje serce. Płakałam tak, jak nie płakałam od bardzo dawna. Ta wiadomość była tym, co zadecydowało o tym, że podjęłam decyzję o wyruszeniu na szlak pielgrzymkowy. Poszłam by modlić się za Niego, by prosić dla Niego o łaskę zdrowia, o potrzebne siły, by cierpienie nie było tak straszne...

To była dla mnie wspaniała lekcja Miłości...

I jeszcze spotkanie z dwiema fantastycznymi osobami...

Pierwszy i ostatni dzień drogi to spotkanie z ukochanym "Bratem"... Tak, szedł z nami człowiek, którego traktuję jak mojego starszego Brata, a z którym niestety od 2 lat nie mam praktycznie żadnego kontaktu :-( Ale teraz był... Kilka chwil rozmowy, pare słów, łącznie może 10- 15 min... Jednak to wystarczyło...

Drugiego dnia mieliśmy na trasie wspaniałego, niezwykłego Gościa- przyjechał do nas x. Marek. Pielgrzymował z nami w ubiegłym roku z grupą osób niepełnosprawnych, dając wspaniałe świadectwo swojej wiary. W tym roku nie mógł z nami iść... Ale pomimo bólu przyjechał, by się z nami spotkać... Był z nami tylko kilka godzin, ale to był wspaniały czas, kolejna fantastyczna lekcja Miłości...

 

Pomimo uszkodzonego ścięgna w kolanie, pokaleczonych stóp, pomimo kilku kryzysów udało mi się dotrzeć do celu i spotkać się z Moją Matką, mogłam popatrzeć w Jej kochjące oczy i prosić o potrzebne łaski dla tych, których kocham...

Każdego dnia wracam do tych kilku pielgrzymkowych dni, wspominam ludzi, słowa, sytuacje i dziękuję Jezusowi za to, że pozwolił mi przeżyć te wspaniałe, choć czasem trudne chwile...

Za to wszystko niech będzie CHWAŁA PANU!!!         


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Pierwsza notka...

sobota, 25 sierpnia 2007 21:54

 

 

Cóż... nie bardzo wiem co w niej napisać, bo i ta stronka będzie dość niezwykła...

Założyłam ją po to, by opowiedzieć o moich doświadczeniach związanych z Miłością...

Od razu zastrzegam jednak, że nie będzie tu opowieści o relacjach damsko- męskich, a nawet jeśli będą, to nie w takim ujęciu jak wielu mogłoby się wydawać.
Będę mówić o Miłości, która mimo iż skazana na śmierć, na śmierć nie umiera.

Usłyszałam niedawno, że: „Umrzeć to zbyt mało, żeby przestać kochać..."

I to rzeczywiście jest prawda...

O jakiej zatem Miłości będę pisała?...

Niech częściową odpowiedzią będzie mój wiersz...

 

 

 

Drewniany krzyż...

 

 

Kawałek rzeźbionego drewna

przytwierdzony do krzyża...

Czym jest ten kształt

spocony wonną żywicą?...

 

Ręce... dlaczego tak napięte?...

Jak struny nastrojonej lutni...

Pod drewnianym ciałem

boleśnie drgają mięśnie...

 

Dłonie... dlaczego przebite gwoźdźmi?...

Dlaczego takie chropowate?...

Czy to rzeźbiarz skaleczył je dłutem?...

A może to rany po upadkach?...

 

Głowa... ozdobiona diademem?

Nie, to jakieś ostre kolce...

Dlaczego to nosi?...

Przecież musi Mu to sprawiać ból...

 

Twarz... drewniana... martwa...

Kosmyki drewnianych włosów

opadające na opuchnięte, drewniane policzki

i oczy mokre od żywicznych łez...

 

Delikatne młodzieńcze piersi...

jak piersi dziecka...

Poorane głębokimi ranami...

Dlaczego?...

 

Zraniony bok... skaleczony?...

Nie, to nie skaleczenie,

ale rana przeszywająca na wylot

niewinne drewniane serce...

 

Przytulam twarz do drewnianych stóp

przeszytych ogromnym gwoździem...

Dotykam potłuczonych kolan...

Czy wiele razy upadał?...

 

Nagi, skatowany mężczyzna

brutalnie przybity do krzyża...

Mój Bóg...

Zaklęty w pachnącym kawałku drewna...

 

 

Łódź, 24.10.2005

 

 

To jest właśnie Miłość o której chcę pisać- Jezus!!!

Bo Jego Miłość jest potężniejsza niż śmierć, bo On oddał Swoje życie z Miłości do nas wszystkich, choć tak naprawdę nikt z nas na nią nie zasługuje...

Pewien kapłan mówił na rekolekcjach- "Popatrz na krzyż, wiesz, kto powinien na nim wisieć? Ty! Ja! Za nasze grzechy! A wisi na nim Jezus... Pozwolił się przybić do krzyża tylko z jednego powodu- bo tak bardzo Cię kocha!!!"

Nic dodać, nic ująć...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Witaj Wędrowcze...

sobota, 25 sierpnia 2007 17:45
 

Kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz i dokądkolwiek zmierzasz - WITAJ!

Zatrzymaj się na chwilę.

Odpocznij.

Pozbądź się smutnych myśli.

Zrelaksuj się.

Pomyśl o pięknie otaczającego Cię świata.

Doceń, jakim cudem jest życie.

Uśmiechnij się.

Dla każdego wschodzi zawsze jakieś słońce.

Nie ma takiej chwili w naszym życiu, w której nie moglibyśmy rozpocząć nowej drogi.

Kimkolwiek jesteś Nieznajomy... Dziękuję, że jesteś...

Niech Pan Ci błogosławi i niech Cię strzeże. Niech Ci ukaże oblicze Swoje i zmiłuje się nad Tobą. Niech zwróci oblicze Swoje ku Tobie i niech Cię obdarzy pokojem. Pan niech Ci błogosławi.


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...



PORTAL KATOLICKI




Portal chrześcijański Angelus.pl

poniedziałek, 24 lipca 2017

Wędrowcy...:  372 888  

A czas płynie...

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Żebym wiedziała czy warto było...






Zobacz co sądzą inni...

Strony, które gorąco polecam.

Duszpasterstwa akademickie

Fundacje i Organizacje Pożytku Publicznego

Katolickie rozgłośnie radiowe

Masturbacja, pornografia i inne zagrożenia dla Miłości i czystości

Muzyka

Parafie

Prasa katolicka

Strony i serwisy katolickie

Warto posłuchać, warto przeczytać, warto zobaczyć...

Zgromadzenia zakonne

ekumenizm.pl


Szukaj a znajdziesz...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Tylu zatrzymało się na chwilę...: 372888
Tyle już powiedziałam...
  • liczba: 567
  • komentarze: 1565
Tyle już pokazałam...
  • liczba zdjęć: 202
  • komentarze: 59
Ad urbe condita...: 3620 dni

Lubię to