Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 071 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS



Zapraszam na Forum Ks. Marka Bałwasa

www.forum.dobreprzeslanie.pl


________________________________________________________________

Ks. Jana Twardowskiego rozważania na... II Niedzielę Wielkiego Postu.

niedziela, 28 lutego 2010 18:35


"Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli."
(Łk 9,28b-36)

 

Uczniowie zapomnieli na górze o poranku, o otaczającej ich przyrodzie. Zobaczyli inną rzeczywistość, przedtem przez nich niedostrzeżoną.

Myślę, że są przynajmniej trzy chwile w naszym życiu, kiedy wszystko, co nas otacza staje się nieważne.

Zamiast słowa "przemienienie" posłużmy się słowem "odsłonięcie".

Czy nie odsłania się nam inna rzeczywistość w chwili zagrożenia życia, wtedy, kiedy spotykamy Boga w człowieku i wtedy, kiedy sam Bóg daje znać o sobie w naszym życiu?

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...

Ks. Jana Twardowskiego rozważania na... I Niedzielę Wielkiego Postu.

niedziela, 21 lutego 2010 0:06


"Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu." (Łk 4,1-13)

Ducha nieczystego, którego Ewangelia wspomina w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, nazywamy diabłem, czartem, kusym, czy po prostu złym.
Jest bardzo inteligentny, pomysłowy, potężny: burzy spokój i doprowadza do wojen. Jednocześnie jest pechowcem- nic mu się do końca nie udaje. Wywołał drugą wojnę światową, opętał szalonego wodza, ale ostatecznie ten ponury człowiek zastrzelił swoją kochankę i siebie. Jak w brukowym romansie kryminalnym.
Kiedy coś nam zginie, mówimy że "diabeł ogonem nakrył". Ale diabli ogon jest kusy, nie zasłoni świętego. Zawsze święty wydostanie się na światło dzienne. Jeżeli nie na ziemi, to w niebie.
Nie raz mówimy, że "prędzej gruby schudnie, niż chudego diabli wezmą". Tymczasem chudzi idą sami do nieba.
Diabeł już z góry jest przegrany. Kto jest po jego stronie, prędzej czy później skompromituje się.
Z aniołem jest całkiem inaczej. Na obrazach wygląda jak nastolatek w powiewnej sukience. A przecież to właśnie anioł dźwigał ogromny kamień, zamykający grób Jezusa- i odrzucił jak piórko.
Nie taki anioł słaby, jak go malują.
 
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

"Piękną i zbawienną rzeczą jest modlić się za zmarłych..." (2 Mch 12,45)

sobota, 20 lutego 2010 23:47
 Zaprawdę godnym i sprawiedliwym, słusznym i zbawiennym jest modlić się za umarłych, tak, jak modlimy się za żywych, bo tak jak żywi mogą jeszcze pomóc sami sobie, tak zmarli mogą liczyć jedynie na pomoc żyjących.

Dziś, 20. lutego, w niewielkiej miejscowości Bakuriani Gruzini pożegnali swojego Bohatera.

21-letni saneczkarz Nodar Kumaritashvili zginął w piątek,

12 lutego 2010 roku, kilka godzin przed oficjalnym rozpoczęciem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver, podczas sesji treningowej na torze olimpijskim w kanadyjskim Whistler, kiedy to wypadł z toru z prędkością niemal 145 km/h i uderzył w stalowy słup stanowiący konstrukcję podporową dachu; pomimo podjęcia natychmiastowej akcji reanimacyjnej nie udało się Go uratować, zgon stwierdzono po przewiezieniu Sportowca do szpitala.


Jego śmierć była szokiem dla wszystkich, dla Rodziców, Przyjaciół, sąsiadów, kolegów z reprezentacji, dla wielu tych, którzy śledzili przedolimpijskie zmagania i przez przypadek stali się świadkami tej niebywałej tragedii, która położyła się cieniem na dalszej olimpijskiej rywalizacji; stała się też pobudką do refleksji... Choćby takich...


"I will either win or die..." Dość nietypowe epitafium...

Matka.

 

Patrzę na Ciebie, starocerkiewna, gruzińska Matko Bolejąca, na granicy rozpaczy mdlejąca z bólu...

Siedząc za stołem przy którym wspólnie jedliście każdy posiłek, zalewasz się łzami przeglądając pamiątki po Nim i tuląc naznaczoną łzami twarz do każdej Jego fotografii, do każdego przedmiotu, który do Niego należał, którego dotykały Jego dłonie, na który patrzyły Jego czarne oczy...

 „Dlaczego ja Cię przeżyłam?" krzyczysz zbliżając się do skrzyni okrytej biało-czerwoną flagą, skrywającej Twój największy Skarb. Chciałabyś zatrzymać Go przy sobie już na zawsze, nie wypuścić już nigdy z matczynych objęć, a tym czasem zabierają Ci Go znowu, by oddać dopiero za kilka godzin...

Omdlała z rozpaczy, z drżącym sercem oczekujesz na Niego na progu domostwa, w którym się wychował. Twój potworny krzyk rozdziera powietrze gdy słaniając się na nogach kroczysz tuż za Nim. Patrzysz na białą flagę znaczoną krwawymi krzyżami i myślisz o Jego obietnicy- „Będziecie ze mnie dumni"...

Twój bezradny, żałosny krzyk, spowita czernią twarz wykrzywiona potwornym grymasem rozpaczy i naznaczona zamarzającymi na mrozie łzami to widok, dla którego opisania trudno znaleźć słowa...

Nareszcie... Jest tutaj, z Tobą... Unosisz ciężkie wieko i opadasz bez ducha na martwe piersi swego Syna, tulisz się do nich krzycząc, jakby mając nadzieję, że żałosny krzyk Matki zbudzi Go ze śmiertelnego snu... Całujesz Jego bladą twarz, zranione usta, a patrząc w Jego zamknięte oczy gładzisz potłuczoną głowę spoczywającą na atłasowej poduszce i przeczesujesz czarne jak węgiel włosy... i chcesz umrzeć... Umrzeć by być z Nim już na zawsze...

 

Ojciec.

 

Powolnym krokiem snujesz się po obejściu, podchodzisz do furtki, jakbyś na kogoś czekał...

Czekasz... ale On już nie wróci. Ocierasz łzy i wracasz do domu, gdzie Twoja pogrążona w rozpaczy Żona ogląda nie tak stare przecież jeszcze fotografie i niczym obłąkana tuli do nich twarz, to przyciska do serca...

„Tato, boję się..." wciąż dźwięczą Ci w uszach Jego słowa, dźwięk Jego głosu powraca jak natrętna mucha i drażni wszystkie nerwy, bo przecież już nigdy Go nie usłyszysz...

Byłeś Jego mistrzem, to od Ciebie zaraził się pasją, to Ty nauczyłeś Go, że trzeba być dzielnym i niezłomnym w walce o postawione sobie cele...

Nie widziałeś jak zginął, Twoje serce pękłoby z żalu na ten widok... Wiesz co się stało, ale nie chcesz tego oglądać, chcesz Go pamiętać takim, jakim widziałeś Go przy pożegnaniu, gdy wyjeżdżał zrealizować swoje największe marzenie.

Obiecał, że będziecie z Niego dumni... Patrząc na Twoją pooraną zmarszczkami twarz i wilgotne od łez oczy czuję, że ponad wszystko na świecie wolałbyś mieć Go obok siebie żywego, choćby nawet nie było powodów do dumy... Cóż bowiem duma? Czy może się równać z życiem?... Wiesz doskonale że nie...

Patrząc na Twoją zafrasowaną ojcowską twarz chyba już się domyślam co musiał czuć Bóg, gdy Jego Syn umierał na krzyżu...


 

Siostra.

 

            Mariam, powiedz mi przed czym się kryjesz?..

Stoisz w progu uchylonych drzwi, drżącą dłonią ściskając lodowatą klamkę. Oczy masz spokojne, ale takie niepewne... Spoglądasz przed siebie, jakby z niedowierzaniem, ale płacz wokoło, zapach dymu i wosku, Twój czarny strój i czarny szal spowijający krucze włosy uświadamiają Ci, że to jednak prawda...

Tak Mariam, to On- Twój Brat... jedyny, ukochany...

Twoje usta lekko rozchylone zdają się szeptać Jego imię, powtarzając je bezgłośnie w niekończącej się litanii. Modlisz się, wiem... Modlisz za Niego, ale to Jego imię jest Twoją modlitwą...

Podejdź do Niego... Tak bardzo chciał Cię przytulić, swoją kochaną, młodszą Siostrę... Idź Mariam, przytul Go tak jak robiłaś to zawsze gdy wracał do domu...

Upadasz na kolana tuląc twarz do Jego martwego policzka. Jest taki zimny, obcy, tak całkowicie inny od tego braterskiego policzka który tak często tuliłaś... Układając rękę na Jego piersi próbujesz wyczuć bicie Jego serca, ale... Ono uparcie milczy... Zamilkło już na zawsze...

 

            Przyjaciel.

 

            Błąkasz się bez celu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca...

Powiedz mi, który już raz stajesz w tym przeklętym miejscu, gdzie wraz z najlepszym Przyjacielem umarły także Twoje marzenia?... O czym myślisz stojąc w miejscu gdzie upadł, opierając się o słup, w który uderzył z tak niebotyczną prędkością i patrząc na pozostałości plam Jego krwi, które ktoś próbował zetrzeć, bo zbyt przerażały...

Patrzę na rosłego, czarnowłosego młodzieńca płaczącego jak dziecko i sama ocieram łzy...

Twój Przyjaciel zginął realizując swoje marzenie, umarł za to, co kochał; Ty potrafiłeś wyrzec się swych marzeń- nie tylko ze strachu, ale przede wszystkim z miłości... O tak, kochałeś Go- nie tylko jako Przyjaciela... „Friendship means more than anything, more than sports and fame." Był kimś znacznie więcej, był dla Ciebie jak Brat i to właśnie z miłości do Niego porzuciłeś swoje największe marzenie, bo ważniejsza jest dla Ciebie Jego cześć i pamięć o Nim niż największy sukces i najwspanialsze marzenia, poza tym... teraz marzysz tylko o jednym... by móc cofnąć czas i zapobiec tej tragedii, lub by ktoś powiedział Ci, że to się nigdy nie wydarzyło...

 

„Bohaterowie".

 

            Głośny, metaliczny odgłos, niczym uderzenie dzwonu zrywa Was na równe nogi. Biegniecie co sił, bo tutaj o życiu decydują sekundy.

Patrzę na Was i pytam, sama nie wiem kogo- co wtedy czuliście, czy ratowaliście Go wierząc, że się uda, czy jednak gdzieś tam, na dnie serca było to nieznośnie uczucie, że próbujecie ocalić Kogoś, kogo już nie ma? Nikt z Was się pewnie nad tym nie zastanawiał, po prostu nie było czasu na takie rozmyślania, przecież na Waszych oczach umierał człowiek i w Waszych rękach spoczywało jego młode życie.

Nie oddychał, serce się zatrzymało... Jeden z Was zdejmuje kask z Jego potłuczonej głowy i podtrzymuje ją w bezpiecznej pozycji choć krew spływa Mu po dłoniach, ale to nic... „Wykonywałem tylko swoją pracę"- jak powiedział ludziom, którzy próbowali robić z Niego bohatera...

Wy wszyscy jesteście Bohaterami- oddychał oddechem jednego z Was, ucisk dłoni jednego z Was był biciem Jego serca...

Wyjąca syrena karetki... Długo patrzycie jak się oddala, macie świadomość, że to już koniec, a jednak, tuląc towarzyszy w geście pocieszenia, próbujecie wlać nawzajem w swoje serca ten przyćmiony płomyk nadziei, wierząc, że ona jest, że nie umarła jeszcze, bo przecież... Zawsze umiera ostatnia...

 

„...Your dream will last forever"...

 

            Już nawet nie próbuję liczyć który dziesiąty (a może setny) raz oglądam to nagranie, zapis ostatnich chwil Twojego życia, który setny raz przeglądam zdjęcia, dla wielu zbyt makabryczne, bo śmierć na nich jest zbyt przerażająca, bo tak prawdziwa- inna od tej, którą przywykli oglądać w „filmowych arcydziełach" 10 kategorii...

Prawdziwy ból, prawdziwa krew, autentyczna rozpacz Rodziny i Przyjaciół, bezradność w obliczu tego, co się stało, bo przecież „The impossible had happened"... Tak, stało się niemożliwe, nikt nie przypuszczał nawet, że może dojść do takiej tragedii, szkoda, że nikt nie przypuszczał...

Wiem, że bardzo się bałeś, ale przecież tylko głupiec nie odczuwa strachu.

Bałeś się, a jednak postanowiłeś wystartować, przecież marzyłeś o tym przez całe życie...

Wreszcie nadszedł ten moment. Stajesz na progu niemal półtorakilometrowej lodowej rynny, o krok od realizacji swojego życiowego marzenia... ostatniego marzenia... Odpychasz się, uderzasz dłońmi o lód, mocno, aż do granicy bólu, by nabrać prędkości. Jesteś skupiony, choć w myślach kołacze zapewne ostatnia rozmowa z Ojcem, w której to przyznałeś się, że czujesz strach. Pamiętasz, że kazał Ci zwolnić gdyby coś się działo, ale przecież to byłoby równoważne z poddaniem się, a Ty jesteś dzielny, nie poddasz się tak łatwo, chcesz, by Rodzice byli dumni, że mają takiego Syna. Zawrotna prędkość niemal 145 km/h i całkiem niezły czas przejazdu, możesz być z siebie zadowolony. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów, ostatni łuk i meta.

Ale sanki źle wchodzą w zakręt, wyrzucając Cię w powietrze. Ostatnia próba ratunku. Za późno... Uderzając w stalowy słup upadasz bezwładnie na ziemię.

Na betonowym krawężniku rosną plamy krwi...

Ratownicy są przy Tobie w ułamku sekundy, uwalniają rozbitą głowę z kasku, próbują przywrócić oddech i bicie serca.

Poruszą niebo i ziemię by Cię ocalić, choć gdzieś w zakamarkach umysłu pokutuje świadomość, że jest już za późno. Ich oddech jest Twoim oddechem, ucisk Ich rąk jest biciem Twego serca... Nic więcej nie mogą zrobić...

Patrzę na to „makabryczne" zdjęcie, na Twoje usta sine i zakrwawioną twarz, i na te otwarte, czarne i nieprzytomne (a może dawno martwe już) oczy...

Jeden z Ratowników podtrzymywał Twoją głowę, podczas gdy inni próbowali przywrócić Cię do życia... To właśnie na Niego patrzyłeś swymi czarnymi, nieprzytomnymi oczami, tak nieziemsko spokojnymi i łagodnymi oczami dziecka... Jakbyś chciał Go przeprosić za Twoją krew sączącą się powoli po Jego dłoniach, podziękować za podjęty trud, jakbyś mówił: Wiem, że zrobiliście wszystko co w Waszej mocy...

 

Powracają obrazy oszalałej z żalu Matki, zapłakanej, pooranej zmarszczkami

twarzy Ojca, oczu Twojej Siostry- niedowierzających temu, co widzą; Przyjaciela, przygniecionego stratą bliskiej osoby i Ratowników, którzy wbrew nadziei próbowali ocalić Ci życie...

I znów Twoja spokojna twarz, niczym twarz chłopca pogrążonego we śnie, śnie, z którego nie zbudzisz się już nigdy, który będzie trwał wiecznie, tak jak wieczne jest złoto o którym marzyłeś i za które oddałeś życie...

 

„I will either win or die..."

Dlaczego dotrzymałeś słowa?...

 

Spoczywaj w pokoju...

 

 

 


Tak oto zakończyła się historia Nodara. 

Był młodym, spokojnym chłopakiem, obiecującym sportowcem; miał też piękne marzenia- pragnął wystąpić na Igrzyskach Olimpijskich, godnie reprezentować swój kraj i być powodem dumy swoich Rodziców...

Nodar oddał życie za swoje marzenia, zginął robiąc to, co kochał...

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Modlitwa za zmarłego Sportowca.


Panie Jezu, Ty jesteś życiem i zmartwychwstaniem, prosimy Cię za Nodara dla którego zakończył się bieg ziemskiego życia. Niech dzięki Twemu miłosierdziu osiągnie niewiędnący wieniec chwały. Pozwól Mu radować się oglądaniem oblicza Boga ze świętymi w Królestwie Niebieskim, gdzie żyjesz i królujesz na wieki wieków Amen.


Niech Miłosierny Bóg i Ojciec obdarzy Go wiekuistą radością, a dla Jego Rodziców, bliskich i przyjaciół niech będzie ukojeniem i pocieszeniem w ich bólu.

 

"W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia..." (2 Tm 4, 7-8a)

 

Wykorzystane zdjecia pochodzą z serwisu: http://sports.yahoo.com
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (18) | Powiedz coś...

Popielec. "Prochem jesteś i w proch się obrócisz". Refleksja na progu Wielkiego Postu.

środa, 17 lutego 2010 23:39
   Środa Popielcowa rozpoczyna okres czterdziestodniowego przygotowania do największej chrześcijańskiej uroczystości - Świąt Paschalnych. Wielki Post, bo tak nazywa się ten okres, trwa do początku sprawowanej w Wielki Czwartek liturgii Mszy Wieczerzy Pańskiej.
Jest to czas pokuty, refleksji i zadumy nad własnym życiem, nad nicością naszego istnienia. Jest Popielec i cały Wielki Post czasem refleksji nad słowami jakie skierował Bóg do człowieka u zarania jego dziejów, tuż po grzechu pierwszych Rodziców, zanim jeszcze wypędził ich z Edenu: "Bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!" (Rdz 3,19b)
W kontekście cytowanych słów mogę powiedzieć, że dla mnie Wielki Post zaczął się już w sobotę... Dlaczego?...



* * *

Nigdy nie lubiłam mówić, ani pisać o śmierci... Nie wiem czy to strach przed nią, czy po prostu jest ona zbyt wielką tajemnicą by o niej tak po prostu pisać i mówić; a może jedno i drugie, niemniej jednak- wciąż powraca... Jest nieodłącznym elementem ludzkiego życia, jedyną rzeczą której człowiek może być pewny...

Pewność śmierci... cóż... jedyna pewność w tym, że czeka ona każdego, problem w tym, że zawsze przychodzi niespodziewanie...

Sobotnie przedpołudnie przyniosło (przynajmniej mnie, inni może wiedzieli już wcześniej) wiadomość o tragicznej śmierci 21-letniego gruzińskiego saneczkarza, który zginął podczas kwalifikacji na torze saneczkarskim w Whistler, kilka godzin przed oficjalnym rozpoczęciem Zimowych Igrzysk Olimpijskich.

Tak, wiem, masę na ten temat jest w Internecie, włączając w to wiadomości prasowe, radiowe, opinie ekspertów i „ekspertów", po zapis samego wypadku i zdjęcia z akcji reanimacyjnej, mówi się o tej tragedii snując spekulacje kto zawinił, oskarżając kogo się tylko da- a to organizatorów o karygodne zaniedbanie standardów bezpieczeństwa, a to konstruktora toru o niekompetencje i brak dostatecznej wiedzy na temat budowy takich obiektów, a to wreszcie samego saneczkarza- o brak doświadczenia, błędy techniczne podczas zjazdu wynikające z niedostatecznych umiejętności...

Daleka jestem od snucia jakichkolwiek rozważań na ten temat- na temat winy czy niewinności jednych bądź drugich... Zginął człowiek- młody, dopiero wkraczający w życie, chłopak z małej gruzińskiej miejscowości, który pragnął jedynie spełnić swoje marzenie- pojechać na olimpiadę, wziąć udział w największym w życiu sportowca wydarzeniu, chciał reprezentować swój kraj i... oddał życie za te marzenia...

Zginął, ale czy ktokolwiek ponosi za to odpowiedzialność?

Mam świadomość co niektórzy powiedzą- że zawsze ktoś ponosi odpowiedzialność, zwłaszcza kiedy dzieje się taka tragedia... możliwe. A może w tym przypadku zawinił... Bóg?... Może to Jego wina, że Nodar Kumaritashvili zginął w tak makabrycznym wypadku, że nawet nie doczekał oficjalnego rozpoczęcia Igrzysk?...

Dla mnie jedyna „wina" Boga w tym wszystkim to to, że zabrał tego młodego chłopaka tak wcześnie, że tak wcześnie wybrał dla niego najodpowiedniejszy czas na opuszczenie tego świata...

W chwili gdy dowiedziałam się o tym, co stało się w Kanadzie przypomniał mi się Ks. Marcin, o którego śmierci pisałam w połowie września ubiegłego roku- też zginął młodo, też w bardzo tragicznym wypadku, też o całe życie za wcześnie, ale jak to napisał Ks. Marek- w najodpowiedniejszej chwili... Tak, wierzę w to, że tak jak do Ks. Marcinka, tak i do Nodara pasuje ten cytat z 4 rozdziału Księgi Mądrości: „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele[...]A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca..."

 

Nie wiem ile dziesiąt już razy oglądałam zapis tego tragicznego zjazdu zawodnika z numerem 30, nie wiem ile razy przeglądałam zdjęcia... Nie, nie, wcale nie dlatego, że lubię oglądać śmierć, krew, dramat ludzki... nic z tych rzeczy...

Ilekroć oglądam ten materiał zastanawiam się co wtedy czuł, w tych ułamkach sekundy przed utratą przytomności

(i jednocześnie śmiercią zapewne), czy myślał o słowach ojca, o tej ostatniej z nim rozmowie, kiedy to zwierzał się z tego, jak bardzo boi się jednego zakrętu na torze (może właśnie tego na którym zginął); czy miał do siebie żal, że nie posłuchał ojcowskiej rady i nie hamował kiedy czuł, że coś się dzieje?... Pytania bez odpowiedzi, tak jak i bez odpowiedzi są pytania o to, co czuli ratownicy, którzy w ciągu kilku sekund podjęli próbę ocalenia życia tego młodego, dobrze zapowiadającego się sportowca, co czuli patrząc w jego czarne, nieprzytomne oczy, czy mieli świadomość że walczą o kogoś, kogo już nie ma?...

Może i jestem nienormalna że zadaję sobie takie pytania, może, ale ja też przeżyłam śmierć osoby, którą próbowałam uratować. Pytałam się wtedy samej siebie, czy podejmuję akcję reanimacyjną dlatego, iż mam pewność że tego człowieka można jeszcze uratować, czy po prostu dlatego że ratownik zawsze podejmuje taką próbę; pytałam siebie w duchu czy ekipa karetki pogotowia reanimowała tego człowieka przez 20 minut mimo braku jakiejkolwiek reakcji organizmu dlatego że mieli nadzieję, że jednak w 21 minucie zareaguje, czy tylko dlatego, że ratownik postępuje tak każdorazowo- mając nadzieję wbrew jakiejkolwiek nadziei...

 

Zadawałam sobie jeszcze inne pytania...

Czytając komentarze odnośnie informacji o śmierci tego młodego człowieka natknęłam się na opinie, że to skandal, by takie rzeczy pokazywać w telewizji (mowa o nagraniu wypadku) i by publikować w Internecie takie zdjęcia... To fakt, nie jest to „przyjemny" widok, już nawet abstrahując od tego, iż ma się świadomość, że ogląda się śmierć człowieka; jednak czy podobne komentarze to nie hipokryzja?

Jeden z internautów napisał, oburzony publikacją zdjęć reanimowanego sportowca, że wszedł tylko żeby się dowiedzieć o tym wypadku, żeby go zobaczyć, ale nie po to, żeby oglądać zakrwawioną twarz tego człowieka...(!!!)

Jeśli mam być szczera- znacznie bardziej wstrząsnął mną zapis samego wypadku, niż widok zakrwawionej twarzy i otwartych (być może martwych już oczu) Nodara, o tym jednak za moment- na razie, wracając do hipokryzji- zastanawiam się ilu z tych krzykaczy obejrzało (i po ile razy) ten wypadek w telewizji- (spiker/-ka) uprzedzał/-a, że materiał zawiera scenę śmierci, i jest dość makabryczny, ilu z nich obejrzało go na YT lub innym podobnym portalu, wreszcie- ilu z nich było choć raz w tłumie gapiów obserwujących wypadek, walkę o życie poszkodowanych, krew i śmierć?... Tak bardzo boli ich widok prawdziwej krwi, a ciekawe kto z nich nie oglądał „Piły", „Teksańskiej masakry..." i diabli wiedzą jakiego im podobnego ustrojstwa, gdzie krew leje się strumieniami a ludzkie mięso fruwa dookoła.

Dlaczego wydaje mi się, że boli ich raczej co innego- nie widok krwi i śmierci (tak prawdziwej, a nie sfingowanej na potrzeby filmu 10 kategorii) a raczej brutalność z jaką ten makabryczny wypadek uświadomił wielu, że w sekundzie jesteś, w drugiej już cię nie ma...

Tak, wydaje mi się, powiem więcej- jestem niemal pewna, że znacznie bardziej niż widok krwi i śmierci dotknęła owych krytykantów bolesna prawda o kruchości życia, nieuchronności, a co ważniejsze- nieprzewidywalność końca...

 

            Wiele się nauczyłam przez tych kilka dni, wiele nauczyła mnie ta śmierć...

Przede wszystkim przypomniała mi po raz kolejny o tym, że powinnam żyć tak, jakby to był ostatni dzień mojego życia; poza tym- że dla tego, co się kocha, trzeba być gotowym nawet na największe poświęcenie...

Gdy pierwszy raz patrzyłam na zakrwawioną twarz sportowca i na jego otwarte, czarne i nieprzytomne (jeśli jeszcze nie martwe) oczy, pytałam- Dlaczego? (Odwieczne pytanie człowieka w doświadczeniu jakiejś tragedii), kiedy jednak patrzyłam na to jedno zdjęcie po raz kolejny zobaczyłam w tych nieprzytomnych oczach spokój i taką niemą wdzięczność dla tych ludzi, którzy próbowali ratować młode życie...

 

Mam zatem kolejny wzór, kolejnego człowieka, od którego mogę się uczyć...

 

            David Kumaritashvili, ojciec Nodara powiedział dziennikarzom "The Times": Zadzwonił do mnie przed Olimpiadą, trzy dni temu, i powiedział: „Tato, boję się jednego z łuków". Powiedziałem mu: „Połóż stopy na lodzie, by zwolnić", ale powiedział, że jeśli wystartuje [rozpocznie przejazd] to dojedzie do końca... był dzielny...

 

Tak... Był dzielny- wystartował pomimo wielu obaw, pomimo wypadków jakie mieli na torze znacznie bardziej doświadczeni od niego zawodnicy, wystartował, bo tego nauczył go jego ojciec (też sportowiec), zaryzykował, bo tak nakazuje duch sportu- odważnie kroczyć do postawionego sobie celu...

Trochę tak, jak w herbertowskim Przesłaniu Pana Cogito:

 


„bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

[...]

czuwaj - kiedy światło w górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

[...]

Bądź wierny idź"

 

 Takie zadanie stoi tak naprawdę przed każdym z nas- by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, w zgodzie z Prawdą jaką objawił nam Jezus, by bronić swojej wiary kiedy będzie trzeba, by być wytrwałym w czynieniu dobra, nawet, jeśli przychodzi nam ono z największym trudem...

 

 

 

 

Nodar Kumaritashvili stał się bohaterem swojego narodu.

Moim też, bo przypomniał mi o tym, co naprawdę w życiu ważne...

 

Niech spoczywa w pokoju...


May He rest in peace...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Ks. Jana Twardowskiego rozważania na... VI Niedzielę Zwykłą.

niedziela, 14 lutego 2010 12:35


"Jezus zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom."
(Łk 6,17.20-26)

Mówimy tyle o naszych nieprzyjaciołach.
Czy rzeczywiście ich mamy?
W czasie wojny mamy wrogów, ale w normalnym, codziennym, zwykłym życiu czy my sami sobie nie tworzymy nieprzyjaciół przez tysiące naszych wad, jak urazy, zazdrość, pycha...



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Najświętszej Maryi Panny z Lourdes. Światowy Dzień Chorego.

czwartek, 11 lutego 2010 14:29

    Maryja Niepokalanie Poczęta, „Pani w bieli” zjawiła się Bernadetcie Soubirous w 1858 roku w Lourdes we Francji. Sanktuarium nieopodal groty massabielskiej stało się celem niezliczonych pielgrzymek, miejscem wielu uzdrowień, także fizycznych. Orędzie Maryi przekazane światu nie przestaje wzywać nas do nawrócenia, modlitwy i czynienia pokuty. Każdego dnia mamy powstawać z naszych grzechów i słabości do nowego życia w Chrystusie – za wstawiennictwem Tej, która jest Matką naszego Pana, Matką Kościoła.

 Anna Foltańska, “Oremus”, styczeń/luty 1997, s. 174.

 

 

Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI

na Światowy Dzień Chorego 2010

 

Drodzy bracia i siostry!


11 lutego, w liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, w Bazylice Watykańskiej odbędą się uroczyste obchody XVIII Światowego Dnia Chorego. W tym samym dniu szczęśliwym zbiegiem okoliczności przypada 25. rocznica ustanowienia Papieskiej Rady ds. Służby Zdrowia, co stanowi dodatkowy powód, by dziękować Bogu za wszystko, czego udało się dotychczas dokonać w dziedzinie duszpasterstwa chorych i służby zdrowia. Żywię w sercu nadzieję, że te obchody przyczynią się do wielkodusznego wzmożenia zapału apostolskiego do posługi chorym i tym, którzy się nimi opiekują.


Coroczne obchody Światowego Dnia Chorego mają bowiem, w zamyśle Kościoła, zwrócić uwagę całej wspólnoty kościelnej na znaczenie posługi duszpasterskiej w rozległym świecie chorych i służby zdrowia - posługi, która stanowi integralną część jego misji, ponieważ wpisuje się w zbawczą misję Chrystusa. On, Boski Lekarz, «przeszedł (...) dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła» (Dz 10, 38). Z tajemnicy Jego męki, śmierci i zmartwychwstania ludzkie cierpienie czerpie sens i pełne światło. W liście apostolskim Salvifici doloris sługa Boży Jan Paweł ii napisał na ten temat oświecające słowa: «Cierpienie ludzkie osiągnęło swój zenit w męce Chrystusa. Równocześnie zaś weszło ono w całkowicie nowy wymiar i w nowy porządek: zostało związane z miłością (...), z tą miłością, która tworzy dobro, wyprowadzając je również ze zła, wyprowadzając poprzez cierpienie tak, jak najwyższe dobro Odkupienia świata zostało wyprowadzone z Krzyża Chrystusa, i stale z niego bierze swój początek. Krzyż Chrystusa stał się źródłem, z którego biją strumienie wody żywej» (n. 18).


Zanim Pan Jezus powrócił do Ojca, podczas Ostatniej Wieczerzy pochylił się, aby apostołom umyć stopy, uprzedzając najwyższy akt miłości, jakim jest Krzyż. Tym gestem zachęcił swoich uczniów do przyjęcia Jego logiki miłości, która się daje zwłaszcza najmniejszym i potrzebującym (por. J 13, 12-17). Każdy chrześcijanin, który idzie w Jego ślady, powinien brać sobie na nowo do serca, w różnych i wciąż zmieniających się okolicznościach, przypowieść o dobrym Samarytaninie, który przechodząc obok ledwo żywego człowieka, porzuconego na skraju drogi przez zbójców, zobaczył go i «wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: 'Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał'» (Łk 10, 33-35).


Na zakończenie przypowieści Jezus mówi: «Idź, i ty czyń podobnie!» (Łk 10, 37). Te słowa kieruje również do nas. Wzywa nas, byśmy się pochylali nad ranami na ciele i duchu naszych licznych braci i sióstr, których spotykamy na drogach świata; pomaga nam zrozumieć, że gdy będziemy przyjmowali Bożą łaskę i żyli nią na co dzień, doświadczenie choroby i cierpienia może się stać szkołą nadziei. Zaprawdę, jak napisałem w encyklice Spe salvi, «nie unikanie cierpienia ani ucieczka od bólu uzdrawia człowieka, ale zdolność jego akceptacji, dojrzewania w nim (...), odnajdywania sensu przez zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością» (n. 37).


Już Ekumeniczny Sobór Watykański ii przypominał o ważnym zadaniu Kościoła, jakim jest zajmowanie się ludzkim cierpieniem. W  konstytucji dogmatycznej Lumen gentium czytamy, że jak «Chrystus został posłany przez Ojca, 'aby ubogim nieść dobrą nowinę, aby uzdrawiać skruszonych w sercu' (Łk 4, 18), 'aby odszukać i zbawić to, co zginęło» (Łk 19, 10); podobnie i Kościół otacza miłością wszystkich dotkniętych ludzką słabością, co więcej w ubogich i cierpiących odnajduje wizerunek swego ubogiego i cierpiącego Założyciela, stara się ulżyć im w niedoli i w nich usiłuje służyć Chrystusowi» (n. 8). Ta działalność humanitarna i duchowa wspólnoty kościelnej na rzecz chorych i cierpiących doprowadziła do powstania na przestrzeni wieków różnych rodzajów i struktur opieki zdrowotnej, również o charakterze instytucji. Chciałbym przypomnieć tutaj te z nich, które są prowadzone bezpośrednio przez diecezje, i te, które zrodziły się dzięki wielkoduszności różnych instytutów zakonnych. Jest to cenne «dziedzictwo», związane z tym, że «miłość potrzebuje również organizacji, aby możliwa była uporządkowana służba wspólnotowa» (encyklika Deus caritas est, 20). Powołanie do życia 25 lat temu Papieskiej Rady ds. Służby Zdrowia jest wyrazem tej troski Kościoła o świat chorych i tych, którzy się nimi opiekują. Pragnę też dodać, że w obecnym momencie historyczno-kulturowym odczuwa się większą jeszcze potrzebę, by Kościół był obecny i czuwał wszędzie tam, gdzie są chorzy, a także potrafił skutecznie przekazywać społeczeństwu wartości ewangeliczne, by chronić życie ludzkie we wszystkich jego fazach, od poczęcia do naturalnego końca.


Chciałbym tu zacytować Orędzie do ubogich, chorych i do wszystkich, którzy cierpią, skierowane przez ojców soborowych do świata na zakończenie Ekumenicznego Soboru Watykańskiego II: «Wy wszyscy, którzy bardziej od innych odczuwacie ciężar krzyża - pisali - (...) wy, którzy płaczecie (...) bezimienni cierpiący, nabierzcie odwagi: wy jesteście wybranymi w królestwie Bożym, królestwie nadziei, szczęścia i życia; jesteście braćmi cierpiącego Chrystusa; i razem z Nim, jeśli chcecie, zbawiacie świat! (Ench. Vat., I, n. 523*, [s. 313]). Z całego serca dziękuję osobom, które codziennie «posługują chorym i cierpiącym», starając się, by «apostolat miłosierdzia Bożego, w którym uczestniczą, coraz lepiej odpowiadał nowym wymogom» (Jan Paweł II, Konst. ap. Pastor Bonus, art. 152).


W tym Roku Kapłańskim myślę w sposób szczególny o was, drodzy kapłani, «słudzy chorych». Jesteście znakiem i narzędziem, poprzez które współczucie Chrystusa musi dotrzeć do każdego człowieka dotkniętego cierpieniem. Zachęcam was, drodzy prezbiterzy, byście nie szczędząc sił, otaczali ich opieką i nieśli im pociechę. Czas spędzony z tymi, którzy są poddawani próbie, owocuje łaską we wszystkich innych wymiarach duszpasterstwa. Na koniec zwracam się do was, drodzy chorzy, i proszę was o modlitwę i o ofiarowanie cierpień w intencji kapłanów, aby dochowali wierności powołaniu, a ich posługa wydawała bogate owoce duchowe dla dobra całego Kościoła.


W tym duchu błagam Maryję Salus Infirmorum o macierzyńską opiekę nad chorymi i nad tymi, którzy im pomagają, i wszystkim udzielam z serca płynącego Błogosławieństwa Apostolskiego.

 


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Ks. Jana Twardowskiego rozważania na... V Niedzielę Zwykłą.

niedziela, 07 lutego 2010 19:51


"Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret - zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim." (Łk 5,1-11)

Adoracyjne nabożeństwo przypomina czasem akademie ku czci Najświętszego Sakramentu- śpiewy, muzyka, recytacje...
Tymczasem w słowach świętego Piotra "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny" kryje się wielkość adoracji.
Kiedy święty Piotr uświadomił sobie wielkość Boga i swoją niegodność- został powołany.
 

Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Święto Ofiarowania Pańskiego (MB Gromnicznej). Dzień Życia Konsekrowanego.

wtorek, 02 lutego 2010 13:48
   Nazwa dzisiejszego święta wywodzi się od dwóch terminów greckich: Hypa-pante oraz Heorte ton Kataroin, co oznacza święto spotkania i oczyszczenia. Oba te święta były głęboko zakorzenione w tradycji Starego Testamentu.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej, każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego dnia 40 po jego urodzeniu należało syna zanieść do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą 5 sykłow. Równało się to zarobkowi 5 dni pracy. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo, to przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Uroczystość Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia. Święto Ofiarowania jest związane z tajemnicą Narodzenia Pańskiego i dlatego jeszcze dziś wolno śpiewać kolędy.

Kościół wszystkim ważniejszym wydarzeniom z życia Chrystusa daje w liturgii szczególnie uroczysty charakter. Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele Zachodnim.

 Tradycyjnie dzisiejszy dzień nazywa się dniem Matki Bożej Gromnicznej. W ten sposób uwypukla się fakt przyniesienia przez Maryję małego Jezusa do świątyni. Obchodom towarzyszyła procesja ze świecami. W czasie Ofiarowania starzec Symeon wziął na ręce swoje Pana Jezusa i wypowiedział prorocze słowa: "Światłość na oświecenie pogan i na chwałę Izraela" (Łk 2, 32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelezego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa - Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej - poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exultet.
W Polsce święto Ofiarowania Pana Jezusa nabrało charakteru wybitnie maryjnego. Polacy widzą w Maryi tę, która sprowadziła na ziemię niebiańskie Światło i która nas tym Światłem broni i osłania od wszelkiego zła. Dlatego często brano do ręki gromnice, zwłaszcza w niebezpieczeństwach wielkich klęsk i grożącej śmierci. Niegdyś wielkim wrogiem domów w Polsce były burze, a zwłaszcza pioruny, które zapalały i niszczyły głównie drewniane domostwa. Właśnie od nich miała strzec domy świeca poświęcona w święto Ofiarowania Chrystusa. Zwykle była ona pięknie przystrajana i malowana. W czasie burzy zapalano ją i stawiano w oknach, by prosić Maryję o ochronę. Gromnicę wręczano również konającym, aby ochronić ich przed napaścią złych duchów.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek - kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny - ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Dzisiejsze święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.

Od 1997 r. 2 lutego Kościół powszechny obchodzi ustanowiony przez Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach i instytutach świeckich. Pamiętajmy o nich w podczas naszej dzisiejszej modlitwy na Eucharystii.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/02-02.php3

***

Ludzie w podeszłym wieku, Symeon i Anna, umieli rozpoznać tajemnicę, która dla wielu miała pozostać niedostrzegalna jeszcze przez długi czas... Zanurzenie w modlitwie i kontemplacji otworzyło ich oczy na niepojęty dar Boga, wcielonego w życie Dziecka, które rodzice wnosili do świątyni. Te dwa wymiary radosnego daru i kontemplacji wyznaczają sens życia zakonnego, któremu Kościół poświęca serdeczną modlitwę dzisiejszego dnia.

 

ks. Jan Konarski, „Oremus" luty 2004, s. 9

Chwała Tobie, Chryste, światło na oświecenie pogan (Łk 2, 32)

Według proroctwa Malachiasza, Pan przychodzi do swojej świątyni aby oczyścić lud z grzechu, by mógł składać Bogu, „ofiary sprawiedliwe" i miłe Panu (Ml 3, 3-4). Pierwsza z nich, która wznosi doskonały kult i skuteczną uczyni każdą inną ofiarę, to właśnie ofiara, jaką Chrystus składa Ojcu z siebie. Dla Niego nic nie znaczy wykupienie ocalające wszystkich pierworodnych synów Hebrajczyków. On jest dobrowolną żertwą, która zostanie ofiarowana za zbawienie świata. Lecz Jezus, poddając się swej sytuacji nowo narodzonego, chce być ofiarowany przez ręce swojej Matki, stającej tutaj jako współodkupicielka. Maryja wie dobrze, że Jezus jest Zbawicielem świata, i poprzez zasłonę proroctw poznaje, że On wypełni swoją misję w tajemnicy cierpienia, w którym Ona jako matka będzie musiała uczestniczyć. Słowa Symeona potwierdzają to jasno: „A Twoją duszę miecz przeniknie" (Łk 2, 55). Maryja rozumie i w głębi serca powtarza swoje fiat w Nazarecie. Ofiarując Syna ofiaruje siebie samą, rozpoczynając w ten sposób swoje cierpienie jako matka i łącząc je każdego dnia coraz ściślej z męką Syna.

Innym rysem podobieństwa Matki do Syna jest głęboka pokora, dzięki której Maryja, chociaż świadoma swojego dziewictwa, staje na równi z innymi niewiastami i wraz z nimi poddaje się obrzędowi oczyszczenia. Jezus nie musiał być wykupiony, Maryja nie musiała poddać się oczyszczeniu, a jednak są posłuszni tym przepisom, by nauczyć ludzi poszanowania i wierności nakazom Pana, wartości pokory i posłuszeństwa.

Oczyszczenie Maryi połączone z ofiarowaniem Jezusa, jest symbolem tego oczyszczenia, jakiego człowiek zawsze bardzo potrzebuje i które może otrzymać tylko przez zasługi Chrystusa ofiarowanego Ojcu „dla przebłagania za grzechy ludu" (Hbr 2, 17). Jak Maryja ofiarowała Syna, tak niechaj ofiaruje Bogu każdego wiernego, a Jej macierzyńskie pośrednictwo niech przygotuje go do tego oczyszczenia, które powinno się w nim dokonać. Niepokalana i święta ofiara Chrystusa niech go uświęci i uczyni zdolnym ofiarować Ojcu modlitwy i ofiary mile Jego boskiemu majestatowi.

  • Biegniemy wszyscy na spotkanie z Tobą, o Chryste, szczerze i z pokorą wielbiąc Twoją tajemnice; idziemy do Ciebie przepełnieni radością... Niesiemy w rękach zapalone świece jako symbol Twojej boskiej jasności.
    Dzięki Tobie cale stworzenie jaśnieje, co więcej, zalane jest światłością wiekuistą rozpraszającą ciemności zła. Lecz te świece zapalone niech będą przede wszystkim symbolem jasności wewnętrznej, przez którą pragniemy się przygotować na spotkanie z Tobą, o Chryste. Jak w istocie Matka Twoja, Dziewica Najczystsza, nosiła na rękach Ciebie, prawdziwą światłość, ofiarując Cię tym, którzy pogrążeni byli w ciemnościach, tak również my, trzymając w rękach to światło widzialne dla wszystkich i oświeceni jego blaskiem, spieszymy na spotkanie z Tobą, prawdziwą światłością.
    Światłość, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na ten świat, przyszła... Wszyscy razem przychodzimy do Ciebie, o Chryste, abyś nas ogarnął swoim blaskiem i abyśmy Cię mogli przyjąć jak starzec Symeon, o wiecznie żywa Światłości. Razem z nim radujemy się i śpiewamy hymn dziękczynienia Bogu, Ojcu światłości, który zesłał nam prawdziwą światłość, aby wybawić nas z ciemności i otoczyć blaskiem (św. Sofroniusz z Gerus).
  • Ofiaruj Syna swego, o Dziewico Najświętsza, okaż Panu błogosławiony owoc Twojego żywota. Ofiaruj hostię świętą i miłą Bogu na pojednanie nas wszystkich. Niewątpliwie, Bóg Ojciec przyjmie nową ofiarę i bezcenną hostie, o której On sam mówi: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie"...
    Również ja, Panie, złożę Ci dobrowolnie moją ofiarę, skoro Ty dobrowolnie ofiarowałeś się nie dla własnej potrzeby, lecz dla mojego zbawienia... Posiadam tylko dwie nędzne rzeczy, o Panie: własne ciało i dusze; obym mógł godnie złożyć Ci w ofierze te dwie nędzne rzeczy jako ofiarę chwały. Lepiej, o wiele lepiej dla mnie, abym ja raczej ofiarował się Tobie, niż był pozostawiony sobie samemu. Istotnie, jeśli pozostaję sam, dusza moja jest niespokojna, lecz w Tobie duch mój raduje się, zaledwie ofiaruje się Tobie całkowicie... Ty, o Panie, nie chcesz moje) śmierci, C2yż więc ja nie ofiaruję Ci dobrowolnie mojego życia? To, w rzeczywistości, jest hostia, która uśmierza Twój gniew, to jest hostia, Tobie miła, hostia żywa (św. Bernard).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. II, str. 508

 

http://mateusz.pl/czytania/2010/20100202.htm

 

Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (1) | Powiedz coś...



PORTAL KATOLICKI




Portal chrześcijański Angelus.pl

poniedziałek, 24 lipca 2017

Wędrowcy...:  372 903  

A czas płynie...

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Żebym wiedziała czy warto było...






Zobacz co sądzą inni...

Strony, które gorąco polecam.

Duszpasterstwa akademickie

Fundacje i Organizacje Pożytku Publicznego

Katolickie rozgłośnie radiowe

Masturbacja, pornografia i inne zagrożenia dla Miłości i czystości

Muzyka

Parafie

Prasa katolicka

Strony i serwisy katolickie

Warto posłuchać, warto przeczytać, warto zobaczyć...

Zgromadzenia zakonne

ekumenizm.pl


Szukaj a znajdziesz...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Tylu zatrzymało się na chwilę...: 372903
Tyle już powiedziałam...
  • liczba: 567
  • komentarze: 1565
Tyle już pokazałam...
  • liczba zdjęć: 202
  • komentarze: 59
Ad urbe condita...: 3620 dni

Lubię to