Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 071 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS



Zapraszam na Forum Ks. Marka Bałwasa

www.forum.dobreprzeslanie.pl


________________________________________________________________

Można być człowiekiem religijnym i jednocześnie niewierzącym- rozmowa z x. bp.Zbigniewem Kiernikowskim.

wtorek, 30 grudnia 2008 13:46

Nasza epoka to już po części epoka postchrześcijańska - mówi bp Zbigniew Kiernikowski w wywiadzie dla KAI. Biskup siedlecki dodaje, że współczesna rodzina zasadniczo przestała już być miejscem kształtowania wiary. Dlatego jest niezbędna pogłębiona i stała formacja o charakterze katechumenatu.


Publikujemy cały tekst rozmowy KAI z bp. Zbigniewem Kiernikowskim, biskupem siedleckim, pierwszym na świecie biskupem, który jako ksiądz ukończył Drogę Neokatechumenalną:

 

KAI: Ostatni Synod Biskupów w Rzymie, w którym uczestniczył również Ksiądz Biskup, poświęcony był Słowu Bożemu. Co zrobić, żebyśmy byli bardziej Kościołem słuchającym?

 

ZK: Po pierwsze głosić Słowo - w porę i nie w porę, w czas i nie w czas, a szczególnie w sytuacjach, w których człowiek odbiera swoje życie, czy jakiś jego moment lub aspekt, jako doświadczenie kryzysu, braku, zabrnięcia w ślepą uliczkę. Kościół może i powinien przyjść do takiego człowieka z Dobrą Nowiną o tym, że to trudne doświadczenie czy ten trudny czas jest szczególnym darem. Jest to przeżycie podobne do tego momentu, jaki przeżył Szaweł pod Damaszkiem, gdy spadł z konia. Jest ono szansą na odkrycie wiary w Tego, kto ratuje i zbawia. A ta wiara rodzi się ze słuchania Słowa Bożego.

W Kościele pierwszym elementem jest właśnie Słowo. Kościół żyje ze Słowa, jest „creatura Verdi", jest tworem czy „dziełem Słowa". Zazwyczaj myśli się, że w chrześcijaństwie chodzi o praktyki, o wypełnianie prawa. Kościół to wspólnota ludzi, którzy przeżywają przemianę swego życia przez słuchanie Słowa. Dzięki temu dokonuje się nawrócenie, celebrowanie liturgii, w szczególności Eucharystii, i życie w komunii, we wspólnocie. Stąd zaś wynikają postawy życiowe. Niestety my w dużej mierze zatraciliśmy świadomość tego.

 

KAI: Dlaczego?

 

ZK: Dlatego, że ludzie ochrzczeni to w dużej mierze ludzie nieprzygotowani do tego, by żyć mocą tego sakramentu. To, co powiem, nie jest regułą, ale zdarza się często. Rodzice przynoszą dzieci do chrztu, choć nie mają wiary, która wpływałaby na ich życie. Żyją po swojemu, ale chcą, by ich dziecko było ochrzczone. Na wszelki wypadek, albo dla wypełnienia jakiegoś obrzędu.

Często słyszę: my mamy swoje własne poglądy na małżeństwo i na życie, inne niż Kościół, ale chcemy dziecko ochrzcić. Po co? Kto to dziecko wychowa? Jak je wychowa? Kto doprowadzi je do wiary? Brakuje świadomości, że do chrztu potrzebne jest nawrócenie, które dokonuje się poprzez Słowo Boże. Na tym polega katechumenat, którego dziś często brak. Bez formacji katechumenalnej, którą kiedyś zapewniała rodzina, a dziś tego najczęściej nie czyni, pozostaje sam obrzęd, a życie „chrześcijańskie" - życie w odniesieniu do Ewangelii - wygląda karykaturalnie.

Podobnie karykaturą jest często sakrament małżeństwa zawierany w kościele przez ludzi de facto niewierzących, tzn. nieakceptujących w sobie Misterium Paschalne Jezusa Chrystusa, którzy potem (niekiedy po krótkim czasie) stwierdzają, że nie będą już razem. Zazwyczaj dzieje się to wtedy, kiedy okazuje się, że wspólne życie kosztuje, że trzeba z czegoś rezygnować, że trzeba tracić życie dla drugiego. Przyczyną tego stanu rzeczy może też być brak pomocy ze strony Kościoła, by w takich sytuacjach kryzysu - jak to wspomniałem wcześniej - wyjść naprzeciw, wyjść ze Słowem oświecającym życie.

 

KAI: Jakie znaczenie w prowadzeniu do wiary ma katechizacja w szkole?

 

ZK: Katechizacja w szkole nie zastąpi katechumenatu, nie zastąpi formacji. Odgrywa rolę pomocniczą. Na pewno religia w szkole ma znaczenie ogólnoludzkie, a w pewnych przypadkach, zwłaszcza tam, gdzie jest małe, zżyte środowisko, może realizować elementy chrześcijańskiej formacji. Niestety jednak często wygląda to inaczej. Katecheci wracają z lekcji wykończeni, bo muszą przede wszystkim przekonywać uczniów, żeby w ogóle słuchali. Może przy tym rodzić się zniechęcenie: „my tyle robimy, tyle uczymy, a takie małe są tego owoce".

Jeśli chodzi o formację sakramentalną - zdecydowanie powinna się ona odbywać nie w szkole, a w parafii. To parafia jest wspólnotą wiary, na łonie której dokonuje się formacja wiary.

 

KAI: Tak to przecież w Kościele funkcjonuje. Przygotowanie do sakramentów - pierwszej komunii św. czy bierzmowania - odbywa się w parafii.

 

ZK: Owszem, tylko, że formacja sakramentalna to przede wszystkim przygotowanie do chrztu. Bez tego przygotowywanie do pierwszej Komunii św. można porównać do budowania trzeciego piętra, gdy nie ma fundamentów. Dlatego z tym są takie problemy.

Część rodziców, a co za tym idzie również dzieci, to ludzie nie mający uformowanej wiary - myślę o wierze o charakterze paschalnym. Mają tylko pewien formalny instruktaż o charakterze pietystycznym i moralnym. Mało jest wymiaru egzystencjalnego. Widać, jak w przeżyciu dnia pierwszej Komunii św. zupełnie co innego dla nich jest ważne niż wejście w tajemnicę. Wielu przeżywa ten dzień wręcz antyeucharystycznie!

Eucharystia przecież wprowadza nas w to, byśmy mogli w pełni korzystać z daru, jakim jest Misterium Paschalne Jezusa Chrystusa. Jest to umieranie dla siebie, by otrzymywać nowe życie. Przy okazji przygotowania do pierwszej komunii dzieciom mówi się często: trzeba uprzątnąć serduszko, jakby jakiś kącik, żeby Pan Jezus dobrze tam się czuł.

To są sformułowania, które nie mają wiele wspólnego z właściwie pojętą katechezą inicjacyjną wprowadzającą w życie jako historię zbawienia. W istocie Chrystus przychodzi w nasze zepsute czy zwichnięte, egoistyczne wnętrze, żeby właśnie w nim być i w tym życiu uczyć to życie tracić dla innych. Oczywiście w ten sposób można powiedzieć do dorosłego, ale dziecku też da się tę prawdę uświadomić, przede wszystkim przez przykład i świadectwo życia starszych: rodziców i wychowawców.

Właśnie o to chodzi - sami rodzice muszą dziecku przekazać: otrzymasz pokarm, dzięki któremu będziesz umiał żyć tracąc; dzięki temu pokarmowi żyjemy również my.

Czy do takiego orędzia związanego z Eucharystią pasuje cała przeważająca dziś logika i praktyka bankietów, podarunków, eksponowanie dziecka i cała ta oprawa, która czasem jest jakimś fałszywym celebrowaniem ważności siebie, własnego dziecka?

 

KAI: Mimo tych wszystkich problemów diecezja siedlecka to miejsce, gdzie ludzie wciąż w znacznym stopniu zakorzenieni są w wierze...

 

ZK: Zakorzenieni w religijności, w religijnych praktykach chrześcijańskich, a zdarza się i mało chrześcijańskich. Natomiast co do wiary, to są pewne problemy - jak wszędzie.

Widzę potrzebę rozróżnienia między religijnością i wiarą. Można być człowiekiem religijnym i jednocześnie niewierzącym. Można uczestniczyć w liturgii i w ogóle jej nie rozumieć. Podczas liturgii bowiem mam okazję uczyć się jak wchodzić w tajemnicę paschalną, czyli jak tracić swoje życie, by żyć nowym życiem. A więc także konkretnie tracić swój czas, swoje pieniądze, swoją cierpliwość, swoją potrzebę otaczania się tylko tymi ludźmi, których lubię i którzy mi odpowiadają. Liturgia to jest celebrowanie misterium tracenia życia i otrzymania nowego życia. Liturgia uczy tego w sposób szczególny. A jeśli ktoś przychodzi do kościoła tylko po to, żeby mieć dobre samopoczucie i poczucie spełnionego obowiązku - to z perspektywy chrześcijańskiej pojawia się wielki znak zapytania.

Możemy postawić pytanie: jakie są efekty tego, że ludzie chodzą do kościoła? Czy jest to wiara czy to jest tylko powierzchowna religijność? Dlaczego mamy tyle rozwodów? A przecież tam, gdzie jest wiara i małżeństwa żyją z wiary, tam nie będzie rozwodów. Dlaczego tyle niesprawiedliwości społecznej? Dlaczego chrześcijanie oskarżają się nawzajem w sądach? Czy to jest wyraz postaw chrześcijańskich? Czy i na ile czują się odpowiedzialni za Kościół, za wspólnotę? Bywa, że ktoś przychodzi, załatwia swoje potrzeby religijne i idzie do domu. Płaci i żąda: „zapłaciłem księdzu za całą Mszę, a on jeszcze w jednym miejscu nie wymienił podanego przeze mnie imienia". Czy jest to właściwe rozumienie liturgii?

Swoją drogą zdarza się, że niektórzy księża patrzą na wiernych głównie przez pryzmat tego, ile dają na tacę. Rozróżnienie między wiarą a religijnością dotyczy również księży. Nie jest możliwe, żeby kapłan, który słucha Słowa Bożego, sprawuje sakramenty i bierze to wszystko na serio - miał postawy życiowe sprzeczne z jego wiarą i z tym, czym jest misterium, którego dotyka. Jeśli zaś postawa wskazuje inaczej, to jest pytanie o wiarę.

Dzisiaj przychodzą do seminarium młodzi ludzie, dla których niejednokrotnie wiara jest wielkim problemem. Bywa, że wola bycia księdzem stoi przed świadomością bycia chrześcijaninem. Ci, którzy tak myślą, w konsekwencji łatwo traktują kapłaństwo jak zawód. Przeżywają oni seminarium jako uczenie się, jak być księdzem, a często - z różnych powodów - nie rozumieją formacji do dojrzałej wiary, a w konsekwencji też właściwej formacji do kapłaństwa. Naturalnie wina nie leży tylko po stronie kandydatów do kapłaństwa, ale także samej struktury seminaryjnej, która nie zawsze spełnia właściwe sobie zadanie.

Oczywiście są też księża, którzy mają wiarę ukształtowaną i żyją konsekwentnie z tej wiary. Tak, jak są podobnie wierzący małżonkowie i osoby żyjące w samotności, ludzie podejmujący swój krzyż. Te osoby są często niedoceniane przez Kościół instytucjonalny, ale to na nich Kościół stoi. Natomiast gdyby wszyscy ochrzczeni mieli uformowaną wiarę i żyli stosownie do tej wiary, Kościół wyglądałby inaczej.

 

KAI: Jak zatem formować ludzi do wiary?

 

ZK: Od samego początku Kościoła podstawowym środowiskiem formującym do wiary była wspólnota wiary, a tym specyficznym momentem czy narzędziem był katechumenat. W pierwszych wiekach był to katechumenat instytucjonalny, później jego funkcje przejęte zostały przez różne środowiska formacyjne, w tym zakony, bractwa i stowarzyszenia. Zawsze wielką rolę odgrywała rodzina - duża rodzina. Ale cały czas, od momentu ustania klasycznego katechumenatu w Kościele, gdy w Europie wytworzyła się zasadniczo - można powiedzieć - atmosfera chrześcijańska, podstawowym miejscem katechumenatu dla chrześcijanina była rodzina. To trwało przez stulecia. Zaczęło tracić swoją aktualność w ostatnich dziesięcioleciach.

Mój dom rodzinny jeszcze te funkcje spełniał - widziałem, że moi rodzice są wierzący, tzn. nie tylko chodzą do kościoła, ale że ich wiara i przekonania mają wpływ na ich postawy, ich życiowe decyzje, które czasem wymagały ofiary, rezygnacji. Rodzice tłumaczyli dlaczego tak postępują. Oczywiście wciąż są takie rodziny, nie można już jednak mówić, że jest to dziś zjawisko masowe w Europie.

Nie można powiedzieć, że większość rodzin, także przyznających się do Kościoła, ma konsekwentnie postawy chrześcijańskie. Gdyby tak było, życie wyglądałoby inaczej. Nasza epoka to już po części epoka postchrześcijańska. Rodzina zasadniczo przestała być miejscem kształtowania wiary. Bywa, że rodzice mówią dziecku o pewnych zasadach i wartościach, ale ono widzi, że matka i ojciec się rozchodzą, albo, że w praktyce najważniejszy jest dla nich pieniądz, użycie, ustawienie się. Stawiają przed dzieckiem wartości i zadania, które niekoniecznie współgrają z mentalnością chrześcijańską, a czasem są wręcz jej przeciwne. Na pierwszym miejscu łatwo bywa stawiany sukces, prawo do pierwszeństwa, do posiadania wszystkiego itp. Mało natomiast przekazuje się z nauki krzyża.

Ponieważ rodziny przestały pełnić swoją rolę, potrzebna jest katecheza dorosłych. Trzeba na powrót podjąć katechumenat dorosłych. Przepowiadanie chrześcijańskie to nie instruktaż, jak żyć poprawnie, lecz obwieszczanie kerygmatu - głoszenie tajemnicy Jezusa Chrystusa. My głównie skupiamy się na pouczaniu, co często prowadzi do moralizatorstwa. Mało dowartościowany jest kerygmat.

Homilie, kazania - to stale mówienie o tym, jak powinno być, albo biadolenie nad tym, jak jest. Za mało natomiast mamy wiary w to, co Bóg może z nami uczynić, jeśli uwierzymy. A przecież moralność chrześcijańska jest możliwa dopiero wtedy, kiedy człowiek pozwoli na działanie Boga. Człowiek może chcieć wykonywać "dzieła Boże", ale dopóki się nie nawróci, to jego działanie jest swoistą karykaturą życia chrześcijańskiego. On przymierza prawo Boże do swoich możliwości, a prawa Bożego ludzkimi możliwościami nie da się wypełnić! Jak długo ktoś chce zachować siebie, nigdy nie wypełni Bożego prawa. Dopiero kiedy przez słowo i sakramenty wejdzie w umieranie dla siebie, może w nim spełnić się dzieło Boga (zob. J 6,28n).

Świeccy zresztą narzekają na to moralizowanie w kościołach, ale częściowo jest to dla nich wygodne. Gdy zaś przychodzi kerygmat, staje się dla człowieka bardzo niewygodny. Narusza jego „status quo", jego samozadowolenie i domaga się wejścia na drogę nawrócenia. Tego często człowiek nie chce. A o to właśnie chodzi w chrześcijaństwie.

 

KAI: Czyli pracę duszpasterską Kościoła w Polsce i w Europie trzeba generalnie zreformować?

 

ZK: Tak można to nazwać. Każde pokolenie potrzebuje nowego odczytania Ewangelii. Trzeba ewangelizacji. Takie duszpasterstwo jest trudne, to jest w pewnym sensie dmuchanie pod wiatr. Istnieje duży opór, również w pewnej mierze opór przedstawicieli instytucjonalnego Kościoła, którzy czują się w jakiś sposób zagrożeni. Posługiwanie religijności przy pomocy starych struktur czy zwyczajów kościelnych, wydaje się im bardziej „bezpieczne". A charyzmat wymaga otwartości na nowość. Wyważenie tych spraw to też krzyż biskupa. Dlatego tę pracę formacyjną trzeba prowadzić zarówno w seminarium, jak i w parafiach. Naturalnie trzeba zaczynać od formacji duchownych, formacji wiary tych, którzy wzrostowi wiary mają posługiwać.

W Siedlcach podjęliśmy już próbę pewnej reformy seminarium. To oczywiście nie jest zadanie, które można zrealizować przy pomocy jednego zarządzenia czy przeprowadzić w kilka lat. Trzeba działać etapami, i jest to praca długofalowa. Na razie postawiliśmy pierwszy krok: oddzieliliśmy formację kleryków dwóch pierwszych roczników, tak by dotyczyła ona nie tyle przygotowania do kapłaństwa, co przede wszystkim fundamentu chrześcijańskiego.

Poza tym prowadzimy w diecezji katechumenat dorosłych, czyli przygotowujemy ich do przyjęcia chrztu i innych sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. Prowadzimy pracę formacyjną w ramach diecezjalnego programu „Chrzest w życiu i misji Kościoła". Są z tym pewne trudności, bo zwyczajne duszpasterstwo parafialne nie jest przygotowane do takiego sposobu pracy, ale wiem, że warto to robić! Wiem, że to ma sens!

 

KAI: Na czym polega ta praca?

 

ZK: Od 3 lat realizujemy ten program. Są to przygotowane przeze mnie katechezy dla dorosłych, materiały do indywidualnego studium Pisma świętego i refleksji nad własnym życiem oraz do pracy w zespołach. Treścią katechez jest przedstawienie, w kolejnych etapach, historii zbawienia i wizji Kościoła według Soboru Watykańskiego II. To wszystko prowadzi do odkrywania istoty chrztu.

Rozpoczęliśmy od biblijnej koncepcji człowieka. Dziś bowiem spotykamy się z kryzysem antropologii chrześcijańskiej, nawet wśród ludzi spełniających praktyki religijne. Nie wiemy, kim człowiek jest, dlatego m.in. pojawiają się problemy w wychowaniu. Biblijna koncepcja człowieka polega na tym, że Bóg stworzył go na swój obraz i podobieństwo.

Oznacza to przede wszystkim, że uzdolnił człowieka do komunii z drugim, innym, zupełnie różnym. Elementami tego podobieństwa jest też - jak to tradycyjnie się mówi - rozum i wolna wola, ale właśnie to zdolność do komunii jest zasadniczym wyrazem tego podobieństwa. W biblijną koncepcję człowieka wpisuje się też prawda o grzechu. Po grzechu komunia z drugim może się odbyć tylko za cenę własnej straty, za cenę przegranej mojego "ja". Jeśli tego nie zrozumiemy, ślizgamy się po powierzchni problemu człowieczeństwa, i w konsekwencji wszystkich problemów każdego z nas.

Dalszy etap to katechezy na temat wyjścia z niewoli, paschy; wyjścia z niewoli grzechu, którego niewola egipska jest tylko obrazem.

Trzeci etap, który podjęliśmy, to temat Ziemi Obiecanej. W naszym myśleniu może pokutować obraz Ziemi Obiecanej jako miejsca spełnienia wszystkich naszych marzeń, oazy, w której mogę usiąść przy dobrze zastawionym stole, z piękną kobietą u boku i w otoczeniu dzieci. Tak to zresztą jest przedstawione w Ps 127. Ale to nie jest cała prawda Ziemi Obiecanej. Wejście do Ziemi Obiecanej to jest wejście w komunię z Bogiem, przełamanie samego siebie, opuszczenie siebie. Ja nie zdobywam Ziemi Obiecanej dla siebie, dla swojej satysfakcji, lecz pozwalam, żeby Bóg mnie zdobył dla siebie, żebym ja stał się terenem obecności Boga, który zaczyna przemieniać moje życie.

W planie mamy kolejne etapy katechezy - dotyczące epoki świątyni, aż do czasów Nowego Testamentu, a następnie Jezusa Chrystusa i wydarzeń z życia Kościoła. Chcemy przez to pokazać schemat historii zbawienia, aby w niej widzieć osadzone nasze chrześcijaństwo i życie Kościoła.

 

KAI: Jak w tym kontekście Ksiądz Biskup postrzega rolę nowych ruchów i wspólnot w misji Kościoła?

 

ZK: Odpowiadając na to pytanie, widzę potrzebę zróżnicowania. Zasadniczo dzielę ruchy i wspólnoty na trzy kategorie. Pierwsza obejmuje to wszystko, co związane jest z różnymi formami pobożności. Przykładem mogą być tu kółka różańcowe, różnego rodzaju grupy modlitewne itp. Druga grupa to ruchy charytatywne, niosące pomoc czy wspomagające człowieka. To wszelkiego rodzaju dzieła wolontariatu i takie ruchy, jak np. "Wiara i Światło".

Trzecia grupa to ruchy i te rzeczywistości, które koncentrują się na formacji chrześcijańskiej. Niestety trzeba podkreślić, że nie wszystkie do końca rozumieją istotę Kościoła i dlatego zdarza się, że z mniejszą lub większą aprobatą hierarchii formują nie w duchu ewangelijnym, ale moralizatorskim, woluntarystycznym, prowadzącym do rozumienia chrześcijaństwa głównie w kluczu zobowiązań.

W ramach tej trzeciej grupy są też oczywiście nurty, które usiłują podejmować autentyczny katechumenat, formację w duchu Ewangelii, w duchu Jezusa Chrystusa, wchodzenie w tajemnicę śmierci i Zmartwychwstania. Podam dwa przykłady. Jeden z nich to Ruch Światło-Życie. Idea deuterokatechumenatu zaproponowanego przez Założyciela ruchu, Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, jest bardzo dobra i bardzo trafiona. Jest to formacja zakorzeniona w Biblii i w duchu Soboru Watykańskiego II, chociaż jej początki sięgają czasów przedsoborowych. Drugi to Neokatechumenat. Na Drodze Neokatechumenalnej też proponuje się autentyczną formację chrzcielną.

 

KAI: Jest to formacja, którą przeżył Ksiądz Biskup osobiście. Jaka jest historia tego zaangażowania?

 

Zaczęło się w 1973 r. Byłem wtedy młodym księdzem, studiowałem Biblię w prestiżowym Instytucie Biblijnym w Rzymie. Ci, co tam studiowali mieli świadomość, że jeśli chodzi o znajomość Słowa Bożego są 'kimś', oczywiście głównie na płaszczyźnie czy w kluczu studium tego Słowa. Wtedy usłyszałem kerygmat głoszony przez świeckich. Zobaczyłem, że Słowo, głoszone przez nich, ma mi coś do powiedzenia i ja w to uwierzyłem. Tak się rozpoczęło ponad 20 lat Drogi Neokatechumenalnej, z różnymi etapami. Zakończyłem całą Drogę w 1994 r. W 2002 r. zostałem biskupem. Byłem pierwszym biskupem na świecie z takim doświadczeniem. Teraz jest już kilku.

 

KAI: Co jest najistotniejsze w formacji „na Drodze"?

 

ZK: Po pierwsze - właściwa logika czy porządek tej formacji oparty jest na doświadczeniu Kościoła. Jest to formacja, która opiera się na ogłoszonym w 1972 r. przez Kongregację Kultu Bożego dokumencie „Ordo initiationis christianae adultorum" (Obrzęd chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych). Czerpie zarówno z wprowadzenia teologicznego, jak i z wskazanego tam porządku katechumenatu dorosłych. To z nauki Soboru i z doświadczenia Kościoła bierze swoją strukturę Droga Neokatechumenalna. Zaczyna się ona od Słowa i kerygmatu. Prowadzi przez katechezy, aż do mistagogii. Całościowo ujmując, jest to wprowadzenie w tajemnicę Jezusa Chrystusa.

Po drugie - fakt stopniowości. To jest potrzebne w prowadzeniu do wiary. Tak jak w szkole - nie gromadzi się dzieci na lekcjach w jednej klasie. Owszem, czasami jest jakaś akademia czy specjalne spotkanie, gdzie wszyscy są razem, ale zasadniczo, każda klasa ma swoje zajęcia. W Kościele często brak tego rozróżnienia. Ponieważ nie ma stopniowości i wszystko głoszone jest wszystkim, zdarza się, że w konsekwencji ludzie nie odnoszą do siebie tego, co jest im mówione. Jest to zawsze "dla tych innych". Na Drodze Neokatechumenalnej natomiast widoczne są etapy. Zaczyna się od prekatechumenatu, który trwa jakieś 4-5 lat. Jest to tzw. "formacja zdejmująca łuski z oczu". Człowiek, żeby wejść na drogę nawrócenia, musi zobaczyć kim jest, przeżyć czas bolesnej prawdy, czas upokorzeń. Podobna jest logika ćwiczeń ignacjańskich. Kolejny etap to tzw. "formacja pozytywna" - wprowadzanie w modlitwę, kształtowanie postaw. Ostatni etap to wybranie, oświecenie, podczas którego wprowadza się coraz bardziej w misterium Chrystusa.

Po trzecie - bardzo jasne zaakcentowanie, że życie chrześcijańskie opiera się na "trójnogu", jakim jest Słowo, Liturgia i Wspólnota. Nie spotkałem w żadnej formie pracy wprowadzającej w chrześcijaństwo, by było to tak wyraziste, jak właśnie na Drodze Neokatechumenalnej.

 

KAI: A jednak formacja Drogi Neokatechumenalnej budzi też wiele kontrowersji.

 

ZK: Najwięcej nieporozumień dotyczy osadzenia wspólnot neokatechumenalnych w parafii. Często zdarzają się oskarżenia, że wspólnoty się odcinają, że odprawiają liturgie gdzieś w salce parafialnej, w zakrystii itp. Chcę to mocno podkreślić: nie ma katechumenatu bez parafii! Inicjatorzy Drogi zresztą bardzo się bronili przed tym, żeby Drogę uczynić jakimś ruchem, stowarzyszeniem, czy czymś na kształt prałatury personalnej, jak np. Opus Dei. Od początku wyraźnie zaznaczali, że Neokatechumenat nie jest żadną odrębną instytucją. Jest po prostu w strukturze diecezjalnej, parafialnej i nie ma żadnego prawa działać poza parafią. Katechez neokatechumenalnych nigdy nie zaczyna się poza parafią, chyba, że w bardzo, bardzo wyjątkowych okolicznościach (np. w więzieniach). Zawsze konieczna jest do tego akceptacja biskupa i proboszcza.

Problem natomiast pojawia się gdzie indziej. Nasze parafie nie są przygotowane do tego, żeby prowadzić katechumenat. Nie są też nawet przygotowane do tego, żeby widzieć potrzebę katechumenatu i zaakceptować jego fakt. Nasze parafie funkcjonują jako parafie chrześcijańskie, które mają już wspólnotę wierzących i wydaje się, że wcale nie muszą nikogo do wiary prowadzić. Nie ma mowy o jakiejś etapowości formacji, o konieczności stopniowego wprowadzania w pewne znaki, w pewne prawdy wiary. Nieczęsto zdarza się też, by fakt udzielania chrztu był przeżywany przez wspólnotę parafialną jako jej wydarzenie. Jest to raczej sprawa rodziny. W parafiach nie widzi się potrzeby posiadania struktury katechumenalnej. Tego nie rozumieją często i proboszczowie, a czasem nawet biskupi.

Tymczasem - używając mocnego porównania - parafia bez struktury katechumenalnej jest jak kobieta, która nie posiada łona. Ona żyje, ale nie może urodzić. A najgorsze jest to, że takie parafie zazdroszczą, mają pretensje o to, że obok nich np. istnieje inna wspólnota, która jest płodna. Sam spotkałem się z silną presją niektórych środowisk parafialnych przeciw katechumenatowi.

 

KAI: Dlaczego Eucharystie neokatechumenalne nie mogą być odprawiane przy głównych ołtarzach w świątyni, tylko są sprawowane gdzieś w podziemiach i w salkach?

 

ZK: Mogą, o ile świątynia jest do tego przygotowana. Nie zawsze jednak tak jest. Trzeba czasem dostosować przestrzeń liturgiczną. Przestrzeń katechizuje. Ważne jest, żeby ludziom wprowadzanym w wiarę wyraźnie pokazać logikę trzech przestrzeni koniecznych do sprawowania liturgii: miejsca przewodniczenia, miejsca Słowa i ołtarza. Niestety np. w naszej diecezji wiele kościołów zbudowanych jest niewłaściwie pod względem przydatności do sprawowania liturgii posoborowej, nie tylko tej we wspólnotach neokatechumenalnych. Dlatego trzeba tworzyć tę przestrzeń prowizorycznie.

 

KAI: Czy na Eucharystię neokatechumenalną może wejść każdy ochrzczony?

 

ZK: Tak, ale taka osoba powinna być przygotowana. Liturgia neokatechumenalna niczym się nie różni od Mszy św. parafialnej. To jest ta sama Eucharystia, ale pewne znaki są wyeksponowane, gdyż odgrywają one rolę katechizującą dla uczestniczących w niej. Takim jest samo zgromadzenie, sposób przekazania znaku pokoju, komunia św. pod dwiema postaciami - w szczególności picie z kielicha i komunia św. na rękę. Podobnie też echo Słowa po czytaniach.

Chodzi o to, żeby te znaki nie dziwiły i nie gorszyły osoby, która znajdzie się tam przypadkowo i która nie ma pojęcia, jaki jest ich sens. Natomiast warto podkreślić, że Neokatechumenat nie robi niczego, co nie zostało zatwierdzone w dokumentach Soboru Watykańskiego II. Przeciwnie, bardzo dokładnie odtwarza to, co zawarte jest w „Ordo initiationis christianae adultorum" oraz w „Ogólnym wprowadzeniu do Mszału rzymskiego".

 

KAI: Jak Ksiądz Biskup widzi przyszłość Neokatechumenatu?

 

ZK: Mnie nie tyle interesuje przyszłość Neokatechumenatu, co przyszłość Kościoła. Jest on zbudowany na opoce i bramy piekielne go nie zwyciężą. Dzisiaj widzę potrzebę struktury katechumenalnej w Kościele. To nie musi być Droga Neokatechumenalna. Może być inna forma katechumenatu. Droga jest tylko jakąś propozycją. I Pan Bóg sprawi, że będzie działać, bez względu na przeciwności, tak długo, jak długo będzie Kościołowi potrzebna.

 

KAI: Co to znaczy być biskupem, który przeszedł Drogę Neokatechumenalną?

 

ZK: Widzicie, co robię, widzicie jak myślę.

 

Rozmawiali: Maria Czerska i Marcin Przeciszewski /a., Siedlce, 2008-11-21


http://ekai.pl/wywiad/x16471/bp-kiernikowski-mozna-byc-czlowiekiem-religijnym-i-jednoczesnie-niewierzacym/
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Ks. Jana Twardowskiego rozważania na... Święto Świętej Rodziny z Nazaretu.

niedziela, 28 grudnia 2008 14:54


"A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono." (Łk 2,33)

Najświętsza Rodzina była tylko jedna. Czy całe ludzkie rodziny mogą być święte? Kościół kanonizuje matkę, ojca, dziecko, małżeństwo, ale czy kanonizuje całą rodzinę?
W rodzinie można być świętym pojedynczym. Trudno o całą rodzinę świętą, ale wystarczy, że tylko matka jest święta, aby cała rodzina była wzruszającą rodziną dla innych. Wystarczy, by jeden tylko ojciec był święty, to ci gorsi w rodzinie mają przykład na całe życie. Wystarczy, by tylko dziecko było święte i na swój sposób oddziaływało na wszystkich.
Jak ważny jest jeden święty w rodzinie.
 
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Św. Rozalia.

sobota, 27 grudnia 2008 17:33


Rozalia była pustelnicą, żyła w grocie na Sycylii. Do dnia dzisiejszego jest czczona w świątyni wybudowanej na miejscu jej życia, modlitwy i śmierci.
Według starej opowieści urodziła się na zamku Olivella w pobliżu Pergamo ok. 1130 roku, jako córka księcia Sinibalda, służącego królowi Normanów Rogerowi II. Przed jej urodzeniem matka otrzymała polecenie we śnie, aby nazwała ją Rozalia, będzie bowiem najpiękniejszym kwiatem rodu i wyspy. Miał to być również proroczy symbol: jej życia pokutnego (kolce róży) i niewinności (biel lilii). Kiedy rodzice przynaglali ją do małżeństwa, uciekła z pałacu do groty na pobliską górę i tam zamieszkała jako pustelnica, prowadząc życie pełne pokuty i wyrzeczeń. Na ścianach wyryła napis:

Ja, Rozalia, córka Sinibalda, postanowiłam żyć w tej grocie dla miłości mego Pana, Jezusa Chrystusa.

Poddawała się licznym umartwieniom, żyjąc w ścisłej łączności z Bogiem. Po pewnym czasie zmieniła miejsce pobytu, przenosząc się w okolice Monte Pellegrino pod Palermo. Nie przyzwyczajona do surowego życia zmarła młodo, prawdopodobnie w 1165 lub 1170 r. Podobno po śmierci ukazała się i opowiedziała ludziom o tym, jak przez kilkanaście lat przebywała w grocie, kryjąc się przed światem w maleńkim zagłębieniu skalnym.
W roku 1624 przypadkowo odkryto relikwie św. Rozalii. Odtąd zaczął się jej kult. Podanie głosi, że podczas znalezienia relikwii miała ustać zaraza, która wówczas nękała miasto Palermo i całą okolicę. Dlatego odtąd św. Rozalia jest wzywana jako patronka chroniąca od zarazy. Jej imię wpisał do Martyrologium Rzymskiego surowy papież Urban VIII w 1630 r.
W ikonografii św. Rozalia przedstawiana jest z postacią, która pisze na ścianie jej imię. Atrybutem Świętej są: czaszka, grota, w której mieszkała, wieniec z róż.

Wspomnienie: 4. września.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/09-04b.php3
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Błogosławiona Maria Angela Truszkowska.

sobota, 27 grudnia 2008 17:18


Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii pielęgnowała chorego ojca i w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa de Cantalizio, dlatego też nazwano je "felicjankami".
10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działałność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie "znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej".

Wspomnienie 10. października.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/10-10c.php3
 
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Św. Koleta z Corbie.

sobota, 27 grudnia 2008 17:04


Nicolette Boylet przyszła na świat 13 stycznia 1381 r. w Corbie we francuskiej Pikardii. Była długo wyczekiwanym (jej rodzice mieli w momencie jej narodzin około 60 lat) i jedynym dzieckiem Roberta i Małgorzaty Boylet. Rodzice - przypisując narodziny córki wstawiennictwu św. Mikołaja - nadali jej imię owego orędownika. Była już pełnoletnia, kiedy - po śmierci obojga rodziców - znalazła się pod opieką Raoula de Roye, opata benedyktynów w Corbie, gdzie za życia jej ojciec był cieślą. Odrzuciła kilka ofert matrymonialnych i wstąpiła do klasztoru beginek, potem przeniosła się do benedyktynek, a w końcu trafiła do klarysek. Ostatecznie zdecydowała się jednak na żywot pustelnicy i za zezwoleniem opata 17 września 1402 r., w wieku 21 lat, została zamurowana w celi jako rekluza.
Był to dla niej czas intensywnych przeżyć mistycznych. Miała wizję św. Franciszka z Asyżu, który wzywał ją do przywrócenia pierwotnej surowości regule św. Klary. Kiedy Koleta się wahała, na trzy dni została pozbawiona wzroku, a na trzy kolejne - mowy. Po czterech latach odosobnienia opuściła więc celę i w 1406 r. została zwolniona ze ślubowanego odosobnienia. Wsparcia w reformowaniu klarysek udzielił jej specjalną bullą Benedykt XIII, a pomagali jej franciszkanie: przełożony generalny Wilhelm z Casale oraz Henryk de Baume, w którego majątku rodzinnym w Baume-de-Frontanay założyła pierwszą zreformowaną wspólnotę. Przez kolejne lata reformowała istniejące klasztory i tworzyła nowe. Spotykała się jednak z buntem i oszczerstwami. Oskarżono ją nawet o czarnoksięstwo. Jej reforma objęła Burgundię, Francję, Flandrię i Hiszpanię. Jedna z gałęzi klarysek jest do dziś nazywana koletankami. Znana była z głębokiej czci dla Męki Chrystusowej. Pościła w każdy piątek. Po przyjęciu Komunii przeżywała wielogodzinne ekstazy.
Dużo czasu spędzała w podróżach pomiędzy Francją, Włochami a Niemcami, spotykając się m.in. ze św. Janem Kapistranem i św. Wincentym Ferreriuszem. Być może w 1429 r. widziała się w Moulins także ze św. Joanną d'Arc. Zmarła 6 marca 1447 r. w belgijskiej Gandawie, zgodnie z przepowiedzianą przez siebie datą śmierci. Beatyfikowano ją w 1625, a kanonizowano w 1807 r.

Wspomnienie: 7. lutego.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/02-07c.php3
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Św. Dyzmas- Św. Dobry Łotr.

sobota, 27 grudnia 2008 16:48


Święty Dyzmas był tym człowiekiem, o którym pisze w swojej Ewangelii św. Łukasz, że kiedy jeden z ukrzyżowanych z Jezusem łotrów urągał Mu, skarcił go, że oni umierają słusznie, za swe zbrodnie, ale Jezus nic złego nie uczynił. I zwrócił się do Jezusa, prosząc, żeby wspomniał na niego, kiedy już przyjdzie do swego królestwa. A Jezus obiecał Dobremu Łotrowi - bo tak go od tego czasu nazywamy - że jeszcze dziś będzie z Nim w raju. Był to pierwszy swoisty akt kanonizacji, którego jeszcze na Krzyżu dokonał Chrystus.

O Dobrym Łotrze pisało wielu Ojców Kościoła i świętych. Jego imię Dyzmas pochodzi z pism apokryficznych. Kościół wschodni czci go nawet jako męczennika. W Bolonii, w kościele Św. Witalisa i w bazylice Św. Stefana oddawano cześć częściom krzyża, na którym Dobry Łotr miał ponieść śmierć. Pielgrzymi, udający się do Ziemi Świętej, chętnie nawiedzali miejscowość "Latrum" w pobliżu Emaus, która im przypominała postać Dobrego Łotra.


Dobry Łotr jest symbolem Bożego Miłosierdzia; pokazuje, że nawet w ostatniej chwili życia można jeszcze powrócić do Boga. Św. Dyzmas jest patronem Gallipoli (Apulii), złodziei, skazanych na śmierć i dobrej śmierci.

Wspomnienie: 26. marca.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/03-26a.php3
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Św. Chryzant i Daria.

sobota, 27 grudnia 2008 16:43


W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny - wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.

W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.

Wspomnienie: 25 października.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/10-25a.php3
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (3) | Powiedz coś...

Św. Apolonia.

sobota, 27 grudnia 2008 16:33


Pierwszy historyk Kościoła, Euzebiusz, przytacza list św. Dionizego Wielkiego (+ 265), który opisuje pogrom chrześcijan, jaki odbył się w Aleksandrii pod koniec 248 roku lub na początku 249 r. Rzucono się na domy chrześcijan, wyznawców Chrystusa wywlekano siłą z ich mieszkań, zabijano, a ich dobytek grabiono. W tych właśnie okolicznościach zginęła św. Apolonia. Być może, Dionizy był naocznym świadkiem wydarzeń. Na pewno znał świadków. W jednym z fragmentów owego listu znajduje się opis męczeństwa św. Apolonii: "Apolonia była już podeszła wiekiem. A jednak poganie, nie patrząc na to, rzucili się na nią, zmiażdżyli jej szczęki i powybijali wszystkie zęby. Następnie tłum rozszalały żądzą krwi rozpalił stos przed miastem i zagroził Świętej, że ją żywcem spali, jeśli nie będzie złorzeczyć Chrystusowi. Na to Święta poprosiła o chwilę do namysłu, a potem gotowa na ofiarę, sama się w ogień rzuciła i spłonęła". Miało się to wydarzyć pod koniec roku 248 lub na początku roku 249.
Św. Apolonia zdobyła się na ten heroiczny akt z obawy, by poganie nowymi katuszami i powolną śmiercią na stosie nie załamali jej woli. Nie była to więc śmierć samobójcza, ale bohaterskie oddanie życia za najwyższą wartość, jaką jest wieczne zbawienie. Żar jej miłości do Chrystusa był tak potężny, że stłumił w niej obawę przed męką ognia doczesnego. Równocześnie św. Apolonia dała poganom piękny przykład, że nie tylko nie lęka się pogróżek, ale sama jest gotowa oddać życie dla sprawy Bożej. Jej heroiczny czyn był także zachętą dla chrześcijan, by dla Chrystusa byli gotowi na wszelkie ofiary.
Kult św. Apolonii rozszerzył się rychło w całym chrześcijaństwie, tak na Wschodzie, gdzie poniosła męczeńską śmierć, jak też na Zachodzie. W Rzymie przy bazylice NMP w Zatybrzu wystawiono jej bazylikę. Ikonografia przedstawia Świętą z obcęgami dla przypomnienia, że zmiażdżono jej usta i wybito zęby. Święta uchodzi jeszcze dotąd za patronkę wzywaną w chorobach zębów i dziąseł. "Pontyfikał krakowski" z XV wieku nazywa św. Apolonię patronką Regni Poloniae - Królestwa Polskiego.


W ikonografii św. Apolonia przedstawiana jest z kleszczami, którymi wyrwano jej zęby. Jej atrybuty to: korona, księga, palma męczeństwa oraz stos, na którym spłonęła.

Wspomnienie: 9 lutego.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/02-09.php3
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Święto Świętego Jana Apostoła i Ewangelisty.

sobota, 27 grudnia 2008 13:53
   

Całe doświadczenie mistycznej więzi z Chrystusem św. Jan zamyka w określeniach: „Cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo życie objawiło się". Droga wewnętrznego zjednoczenia z Jezusem prowadzi od usłyszenia Jego słowa po kontemplację Jego Osoby. Dlatego św. Jan mógł napisać, że „ujrzał i uwierzył". Byśmy uwierzyli, że Jezus narodził się, żył pośród nas, umarł za nas i zmartwychwstał, nie potrzeba nam innych dowodów niż doświadczenie Jego miłości, której chce nam udzielić także w tej Eucharystii. Wraz ze św. Janem kontemplujmy Jezusa w czasie świętej Wieczerzy.

 

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002, s. 125-126

 

PŁACIĆ MIŁOŚCIĄ

W narodzeniu Twoim, o Panie, składamy Ci hołd hymnem chwały i miłości (LG)

„Znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić" (2 Kor 8, 9). Jezus, z miłości ku człowiekowi, by go ubogacić swoimi boskimi darami, wybrał dla siebie życie najbiedniejszych: Maryja „owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie" (Łk 2, 7). „Raczył być złożonym na sianie, nie wzdrygał się przed żłóbkiem", śpiewa liturgia bożonarodzeniowa (LG). Kto pragnie naśladować Jezusa z bliska, niech ogołaca się wielkodusznie, powodowany miłością ku Niemu, z przywiązania do bogactw, do dobrobytu materialnego, niechaj się wyrzeka ochotnie wygody, zbytku. Już ślub czy obietnica ubóstwa zobowiązuje w szczególny sposób do tego ogołocenia się. Lecz nawet nie mając tych zobowiązań, jakże można by prowadzić życie spokojne i wygodne, skoro Syn Boży poddał się tak wielkiemu ubóstwu i nędzy? Przy żłóbku Pana łatwiej odczuć, że droga owego nic nie wymaga zbyt wiele. „Niech dusza usiłuje szukać nie lepszych rzeczy stworzonych, lecz gorszych. Niech pragnie z miłości dla Chrystusa dojść do zupełnego ogołocenia, ubóstwa i oderwania się od wszystkiego, co jest na świecie" (Dr. I, 13, 6). Tą drogą dochodzi się szybko do Betlejem, tam, gdzie Syn Boży zjednoczył się jak najściślej z człowieczeństwem, gdzie czeka na ludzi, by ich zjednoczyć z sobą.

Pokora i ubóstwo, przygotowując serce do doskonalszej miłości Boga i do ściślejszego zjednoczenia z Nim, przygotowują je również do doskonalszej miłości bliźniego i do serdeczniejszej łączności z braćmi. Św. Paweł wzywa wiernych, aby naśladowali uczucia pokory Jezusa, tłumili swoją miłość własną, starali się o prawdziwą jedność ducha oraz miłość obopólną (Flp 2, 2). Stawia im również za przykład ubóstwo Pana, wzywając, aby umieli jak On stać się ubogimi na rzecz bardziej potrzebujących. Miłość ku Bogu jest tylko wówczas doskonała, gdy doskonała jest miłość ku braciom. Jan Apostoł, którego dzisiaj czci Kościół, jest heroldem tej wielkiej prawdy: „Kto miłuje Boga, miłuje też i brata swego" (1 J 4, 21).

  • O Boże, Stworzycielu, uczyń mnie godną Twojej głębokiej i najgorętszej miłości; daj, abym mogła pojąć tę miłość niewysłowioną, jaką nam dałeś, dając nam Syna we Wcieleniu i kiedy Syn objawił się nam. O przedziwna i słodka Miłości, w Tobie prawdziwie jest wszelki smak, wszelka słodycz i radość! Kontemplacja tej miłości podnosi dusze ponad świat i utrzymuje ją ponad sobą w stanie pokoju i ciszy (bł. Aniela z Foligno).
  • O Panie, otrzymawszy tyle niezliczonych dowodów miłości od Ciebie, dusza pragnie choć w czymkolwiek za nic się odpłacić. Szczególnie wzrusza ją to, że Ty, prawdziwy Miłośnik, nigdy jej nic opuszczasz, lecz zawsze jesteś przy niej, dając jej byt i życie. Rozum przekonywa ją, że nigdy nic znajdzie lepszego przyjaciela... że świat jest pełen fałszu i kłamstwa, a uciechy, którymi nęci ja diabeł, są nieustającym źródłem trosk, utrapień i przeciwności... Ale niestety, Panie i Boże mój, panujący na świecie obyczaj próżności i widok ludzi za nim idących wszystko niweczy. Taka bowiem w nas martwa wiara, że raczej wierzymy w to, co widzimy, niż w to, czego ona naucza. Wielką nędzę cierpią ci, którzy żyją oddani wyłącznie tym rzeczom widzialnym... o Panie mój, jak bardzo tu potrzebna jest pomoc Twoja, bez której nic uczynić nic możemy. Nic dopuszczaj tego, przez wielkie miłosierdzie Twoje, by dusza uległa oszukaniu diabelskiemu, opuszczając drogę, na którą weszła! Użycz jej potrzebnego światła, aby poznała, że w wytrwałości leży całe jej dobro (św. Teresa od Jezusa: Twierdza wewnętrzna II, 4-6).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. I, str. 162

 

http://mateusz.pl/czytania/20081227.htm


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Święto Świętego Szczepana- pierwszego męczennika.

piątek, 26 grudnia 2008 0:06
  

Podniosły klimat świąt Bożego Narodzenia przerywa dramatyczny opis śmierci pierwszego męczennika - św. Szczepana, diakona. Zjednoczony z Chrystusem, naśladuje Go, prosząc o miłosierdzie dla prześladowców. Życie chrześcijanina to nie tylko wzruszenie nad Dzieciątkiem w szopce betlejemskiej, ale także wyznawanie Go w Duchu Świętym w godzinie prześladowania. Kościół w minionym stuleciu zrodził więcej męczenników niż we wszystkich poprzednich stuleciach razem wziętych. Naszym wyznaniem wiary i ofiarą może być nasza wierność Jezusowi pośród codzienności. „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony."

 

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002, s. 122.

Nie kamień, lecz przebaczenie

W Jerozolimie publiczna dysputa. Szczepan ma przeciw sobie dziesiątki uczonych w Piśmie, ludzi, którzy doskonale znają Stary Testament. Im to w oparciu o tekst Pisma Świętego próbuje udowodnić, że ich serca są kamienne, zamknięte na działanie łaski Bożej. Jego wywód tchnie żelazną logiką. Nie mają żadnych argumentów. Kiedy prawda przekazana przez Szczepana staje się oskarżeniem, sięgają po jedyny argument, jaki im został, po kamień. Wyrzucają Szczepana poza miasto, aby go zamordować. Szczepan jednak ma jeszcze mocniejszy argument, aniżeli kamień - „Ojcze, nie poczytaj im tego grzechu". Przebaczenie. Ostatnie jego słowo wypowiedziane na tej ziemi. To on odnosi zwycięstwo, a nie ci, którzy rzucali kamienie. Oto człowiek, którego potrzeba w naszych czasach. Znający prawdę, kochający prawdę, umiejący bronić prawdy i umiejący kochać tych, którzy go nienawidzą.

Czy Szczepan przegrał? Oto wśród tych, którzy rzucali kamieniami, jest jego przyjaciel. Szaweł, w imię przyjaźni, nie wziął kamienia do ręki. Aby jednak był współwinny śmierci Szczepana, ci którzy rzucali kamieniem, u jego nóg złożyli swoje szaty. Szaweł odchodzi zostawiając zwłoki swojego przyjaciela. Ten inteligentny uczony w Piśmie zaczyna dostrzegać, że prawda nie może być po stronie tych, którzy rzucają kamieniami, że prawdy nie da się zniszczyć przy pomocy siły, że prawda jest po stronie zamordowanego przyjaciela. Ta myśl tak głęboko drąży jego serce, że w stosunkowo krótkim czasie otwiera się na łaskę i przechodzi na stronę Boga.

Św. Paweł przejmuje od Szczepana pałeczkę umiłowania prawdy i rozpoczyna wielką sztafetę poprzez wszystkie pokolenia, aż do naszych czasów. To właśnie przy pomocy takich ludzi Ewangelia rozchodzi się po ziemi. Przy pomocy ludzi znających prawdę, kochających prawdę, umiejących bronić prawdy i kochających tych, którzy ich nienawidzą, Ewangelia odnosi zwycięstwo.

Uczestnicząc w Świętej Ofierze prośmy Pana Boga, abyśmy do tych ludzi należeli, abyśmy przekazali następnym pokoleniom umiłowanie prawdy, umiejętność jej obrony i umiłowanie tych, którzy nas nienawidzą.


Ks. Edward Staniek

 

Litera i duch

W ciągu jednej doby zmienia się atmosfera liturgicznego przeżywania Świąt Bożego Narodzenia. Dziś zamiast radości betlejemskiej groty przeżywamy dramat mordowania człowieka. Dlaczego Kościół tak ustawił te dwie wielkie uroczystości? Dlaczego tak blisko Bożego Narodzenia, które jest świętem niepojętej miłości Boga wobec ludzi, ustawił brutalną scenę śmierci jednego z pierwszych uczniów Chrystusa?

Chcąc na to pytanie odpowiedzieć, trzeba uświadomić sobie, że w czasach kiedy Syn Boży wędrował po palestyńskiej ziemi, doszło do kompromitacji duchowieństwa starotestamentalnego. Ci ludzie specjalnie przez Boga wybrani, namaszczeni i przeznaczeni do strzeżenia wielkich wartości religijnych byli tak zaślepieni, że nie tylko nie rozpoznali działania Boga żywego, ale przyczynili się do zniszczenia Jego Syna. To arcykapłan wydał wyrok śmierci na Chrystusa. Szczepan był pierwszym człowiekiem, który niezwykle ostro wytknął tę kompromitację starotestamentalnemu duchowieństwu. Nie mogąc znieść jego ostrej krytyki, morduje ono Szczepana. Zniszczyło Chrystusa i zniszczy Jego ucznia.

Trzeba zauważyć, że Kościół odziedziczył w spadku coś z tego smutnego zjawiska. Raz po raz pewni ludzie, odpowiedzialni za wielkie wartości religijne, nie umieją rozpoznać żywego działania Pana Boga. Stają się mało wrażliwi na tchnienie Ducha Świętego. Urządzając się dobrze na tej ziemi, nie tylko nie ułatwiają objawienia miłości w świecie, ale często swoją postawą to objawienie utrudniają.

Św. Franciszek znalazł się w całkiem podobnej sytuacji, jak św. Szczepan. W trzynastym wieku trzeba było wytknąć skompromitowanie postawy religijnej już nie starotestamentalnemu duchowieństwu, ale duchownym Kościoła. Św. Franciszek nie chciał krytykować wprost. Wiedział, że to nic nie da. Ta krytyka skończyłaby się podobnie, jak w dziejach św. Szczepana. Franciszek wiedział, że trzeba światu ukazać ducha Ewangelii, że Kościół to nie tylko duchowieństwo, lecz wielki lud Boży. W nim, obojętnie przez kogo, Bóg objawia swą miłość. Oddał siebie do dyspozycji Boga i zdumiał świat potęgą ewangelicznej miłości.

Ostatnio mówi się wiele o świeckich w Kościele. Dla mnie konkretnym przeżyciem związanym z dyskusją nad udziałem świeckich w Kościele było spotkanie z młodym uczniem drugiej klasy szkoły średniej. Przyszedł i postawił mi proste pytanie: „Proszę księdza, co należy robić, aby w dzisiejszym świecie głosić Boga, który jest skompromitowany przez duchowieństwo. Nikt w mojej klasie nie chce chodzić na religię, nikt z nas nie chce słuchać Ewangelii przepowiadanej przez księdza. Ale z tego nie wynika, że my nie chcemy słuchać i mówić o Bogu. Jadąc na zgrupowanie sportowe potrafimy dwie i pół godziny mówić o Bogu. Nigdy nie zostanę zakonnikiem ani księdzem, ale przecież Bóg jest tak fascynującą rzeczywistością, że trzeba ją ludziom podać". Człowiek młody. Pytanie postawione w formie bardzo drastycznej, ale jest w nim zawarte to samo pragnienie, które było w sercu św. Szczepana i św. Franciszka. Jak głosić światu Boga, którego ciągle ktoś kompromituje. Jak głosić światu Boga?

Wczoraj wielbiliśmy interwencję Boga w nasze życie. A dzisiaj mówimy o tym, że instytucje, które stoją na straży wartości religijnych, są zbudowane z elementu Boskiego i ludzkiego. A ten ludzki jest tak niedoskonały, że często zamiast Bogu pomagać, utrudnia Mu działanie. Ale w tej instytucji Bóg jest obecny, jak w stajni betlejemskiej. Chodzi o to, abyśmy się nie gorszyli i z powodu ludzi nie odrzucali Pana Boga. Jeśli ludzie Kościoła spełniają swoją funkcję tak, jak my pragniemy, i widać w nich działanie Boga, dziękujmy za to, ale jeśli nie widać w nich tego działania, nie odwracajmy się plecami, bo odwracamy się nie tylko od nich, ale i od Boga. Bóg jest obecny w Kościele.

Dzisiejsza uroczystość ma nam pomóc w zrozumieniu prawdy, że to, co ludzkie w Kościele, nigdy nie jest doskonałe, lecz mimo to nie może nam zasłonić samego Boga. Uczestnicząc w Świętej Ofierze prośmy, abyśmy wiarę swoją budowali na Bogu, który nigdy nikogo nie zawodzi, a wtedy zadanie, które nam wyznaczył Bóg w Kościele, potrafimy wykonać w sposób doskonały.

 

Ks. Edward Staniek

 

WIERZYĆ MIŁOŚCI

Na wieki będę opiewał łaski Twoje, Panie, Twoją najmiłosierniejszą miłość (Ps 89, 2)

„Bóg jest miłością!" (1 J 4, 16). Skarb zamknięty w tych słowach Pisma świętego jest niezmierzony, ale Bóg go otwiera i objawia temu, kto w pełni oddaje się kontemplacji Słowa wcielonego. Dopóki się nie zrozumie, że Bóg jest miłością nieskończoną, życzliwością bezgraniczną, która się oddaje i obejmuje wszystkich ludzi, aby im udzielić swego dobra, swego szczęścia, dopóty życie duchowe pozostaje w zarodku, bo nie rozwinęło się jeszcze albo nie pogłębiło. Dopiero kiedy chrześcijanin oświecony światłem Ducha Świętego wnika w tajemnicę boskiej miłości, jego życie wewnętrzne staje się głębsze, dojrzewa.

Trudno lepiej zrozumieć nieskończoną miłość Boga, jak wtedy, kiedy zbliżamy się do nędznego żłóbka, w którym spoczywa On, stawszy się dla nas człowiekiem. Jezus, Słowo, Słowo Ojca, mówi wszystkim i każdemu z osobna to wielkie słowo: Bóg cię miłuje!

Człowiek przymioty i właściwości Boga poznaje przez przyjęcie wzniosłych tajemnic Boga-Człowieka, poucza św. Jan od Krzyża (P.d. 37, 2); wśród nich pierwszą jest zawsze miłość, która stanowi istotę Boga. Z miłosnej i milczącej kontemplacji Dzieciątka Jezus rodzi się w nas głęboki i przenikliwy zmysł nieskończonej Miłości, który sprawia, że nie tylko wierzymy, ale również do pewnego stopnia odczuwamy, że Bóg nas miłuje. Wola przyjmuje wówczas bez zastrzeżeń to, czego naucza wiara, przyjmuje to z miłością i ze wszystkich sił, a wtedy i dusza poczyna wierzyć niezachwianie nieskończonej Miłości. Bóg jest miłością. Kiedy ta podstawowa prawda całego chrześcijańskiego życia przeniknie całkowicie serce, wtedy dopiero chrześcijanin ją przeżywa, odczuwa, niemal jej dotyka w swoim Bogu wcielonym. Kto tak wierzy Miłości nieskończonej, odda się jej bez zastrzeżeń i całkowicie.

Tak wierzył i tak się oddał pierwszy męczennik Szczepan, którego dzisiaj Kościół wspomina, pragnąc ukazać swoim synom najbardziej autentyczną odpowiedź na miłość Boga: męczeństwo podjęte dla dochowania wiary Temu, kto przyszedł nas zbawić.

  • Ty, Boże wieczny... zstąpiłeś z wielkiej wysokości Twojego Bóstwa aż do błota naszego człowieczeństwa, albowiem niskość rozumu mojego nie mogła ani pojąć, ani oglądać Twojej wyniosłości. Abym ja z moją nędzą mogła oglądać Twoją wielkość, stałeś się Dzieciątkiem zamykając wielkość Twojego Bóstwa w nędzy naszego człowieczeństwa. W ten sposób ukazałeś się nam w Słowie, Jednorodzonym Synu Twoim; w ten sposób poznałam Ciebie, o przepaści Miłości!... zawstydź się, zawstydź się, ślepe stworzenie tak uczczone i wyniesione przez swego Boga, że nie pojmujesz, iż Bóg w swojej niewysłowionej miłości zstąpił z wysokości Bóstwa, zstąpił do niskości błota twojego człowieczeństwa, abyś ty poznała Go w sobie... o Miłości niepojęta, o Miłości niewysłowiona, co Mu powiesz ty, duszo moja? Powiem Tobie, Ojcze przedwieczny, błagając Cię, najłaskawszy Boże, że Ty nas karmisz, wszystkie swoje sługi, ogniem Twojej miłości (św. Katarzyna ze Sieny).
  • O Panie mój, jak źle używamy Twoich dobrodziejstw! By nam dać poznać miłość, jaką masz ku nam, uciekasz się do rozmaitych środków i sposobów, a my niewiele znając Twoją miłość, nie zważamy na nic. Nic przyzwyczajeni do tego ćwiczenia, pozwalamy, aby nasze myśli błądziły, gdzie chcą, nic troszcząc się o pogłębienie wielkich tajemnic, jakie Duch Święty zamknął w Twoich słowach... Zdumiewam się, odchodząc niemal od siebie, rozważając miłość, jaką Ty, Boże mój, masz ku nam, mimo że wiesz, jacy jesteśmy. Ona jest tak wielka, że słowa, którymi ją objawiasz, nic wydają mi się bynajmniej przesadne, gdyż gorętszą nam pokazałeś przez swoje dzieła (św. Teresa od Jezusa: Myśli 1, 4. 7).


O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. I, str. 158


http://mateusz.pl/czytania/20081226.htm



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Skrzynka intencji.

czwartek, 25 grudnia 2008 23:55


 Z dniem dzisiejszym pojawiła się na blogu SKRZYNKA INTENCJI; można ją znaleźć na dole strony.

Będą się w niej pojawiać intencję, w których wszystkich czytelników strony proszę o modlitwę- wystarczy choćby jedno "Zdrowaś..."

We wszystkich tych intencjach będę modlić się w każdy piątek podczas modlitwy różańcowej, a jeśli będzie taka możliwość- będą one również przedstawione podczas piątkowej nowenny do Miłosierdzia Bożego.

Jeśli ktokolwiek z Was chciałby, aby i w jego intencjach się modlono proszę o kontakt. Intencje można wysyłać na adres ego_sum_qui_sum@op.pl lub na numer gg: 5831151.


 
Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (26) | Powiedz coś...

Uroczystość Narodzenia Pańskiego.

czwartek, 25 grudnia 2008 2:05
 Narodzenie Pana wpisuje się w historię ludzi wielu pokoleń, których imiona wymienia św. Mateusz. „Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych" (1 Kor 1,26). W genealogii Jezusa Chrystusa zaskakuje fakt wyboru dokonanego przez Boga. W historii czterdziestu dwóch pokoleń znajdują się różni ludzie, także bałwochwalcy, grzesznicy, niewierni, a nawet mordercy. Możemy w niej odnaleźć i siebie samych. Potwierdzają się słowa Jezusa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem" (J 15,16). Dziękujmy w tę noc wigilijną za to, że Jezus narodził się dla każdego; wybrał każdego z nas po imieniu, abyśmy byli Jego, gdyż On „podnosi nędzarza z prochu, a dźwiga z gnoju ubogiego, by go posadzić wśród książąt, wśród książąt swojego ludu" (Ps 113, 7-8)

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002, s. 104

Pierwsze słowa wypowiedziane przez anioła do pasterzy to orędzie nowo narodzonego Jezusa: „Nie bójcie się". On - Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju - niesie zbawienie wszystkim ludziom, gdyż wydał za nas samego siebie, aby odkupić nas od wszelkiej nieprawości. On kocha nas bezgranicznie - Jego miłość nie zna żadnych granic poza jedną: wolną wolą człowieka. Czy chcę tej nocy prawdziwie wyznać i przyjąć Jezusa jako mego Pana i Zbawiciela? Mogę to uczynić we wspólnocie Kościoła, który kończy czas adwentowego czuwania, celebrując świętą Eucharystię jako prawdziwą obecność Jezusa pośród swego ludu - ludu, w którym ma upodobanie.

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002, s. 109

 

„Znajdziecie Niemowlę położone w żłobie"

Bóg jest ponad wszelkimi schematami, konwenansami i oczekiwaniami, nie mieści się w żadnych ludzkich wyobrażeniach i przewidywaniach, zawsze nas zaskakuje swoimi planami. Zarazem Jego oryginalność nie ma w sobie nic z krzykliwego, dziwacznego i spektakularnego efekciarstwa, którym ludzie próbują nas nieraz szokować. Doskonała prostota Boga, która wciąż na nowo przyprawia nas o zdumienie i uwielbienie, nie ma nic wspólnego z żądzą popularności, lecz wypływa z doskonałej wolności Boga.

Wszyscy oczekiwali Go w świątyni, wyglądali anielskich hufców, spodziewali się koronacji i tryumfalnego panowania, wielkiego i głośnego zwycięstwa, które cały świat powaliłoby u stóp Izraela. Co najciekawsze: wszystko to faktycznie się wykonało, ale w jakże inny, ukryty i niespodziewany sposób. Wszystkie ludzkie szyki i rachuby się poplątały.

A raczej rozplątały. Bo o ileż prościej zbliżyć się do Dzieciątka złożonego w pieluszkach na sianie, wespół z pasterzami i roześmianymi dziećmi, niż gdyby trzeba było ubiegać się o protekcję, audiencje, z onieśmieleniem przemierzać królewskie komnaty. O ileż łatwiej żyć, wiedząc, że Bogu było jeszcze trudniej. I ile nadziei i otuchy spływa do naszych serc, gdy przekonujemy się, że pieniądze, zaszczyty i stanowiska nie są wcale potrzebne.

Prostota i skromność, z jaką objawiło się przyjście Zbawiciela, są dla nas znakiem, że to, co największe, nawet przełom czasów, może dokonać się w sposób zupełnie niepozorny, niezauważony przez wielkich tego świata. Tylko ludzie cisi, prości i pokorni, ludzie prawdziwie mądrzy, którzy rozumieją mowę traw na łące i gwiazd na niebie, tylko oni się spostrzegli.

Trzeba wielkiej wrażliwości serca i umysłu, by dostrzec Boga, zwłaszcza Boga w człowieku. Ale niczego więcej! A więc każdy, kto tylko chce, ma dostęp do Boga. Nie tylko do Boga, także do tego, co dobre, prawdziwe, piękne, co ma jakąś autentyczną i autonomiczną wartość.

I to jest światło nadziei, wielka szansa dla każdego, bo okazuje się, że wcale nie trzeba tak wiele, że zawsze można zrobić coś dobrego. Bez wielkich nakładów, inwestycji, uprawnień można osiągnąć nadzwyczajne efekty, choć może nie aż tak efektowne i spoktakularne. Bo Bóg gotów jest pomóc każdemu, w każdych okolicznościach: tak jak kiedyś przyszedł do nas w zwykłej stajni, o nic nie pytając, o nic się nie prosząc. Po prostu: przyszedł, żeby z nami być.

Nie musimy nic robić, aby ta wspólnota z Bogiem się urzeczywistniła. Musimy tylko pozwolić Bogu, aby On działał. Bóg jest bardzo tolerancyjny: nie zraził się zamkniętymi na głucho drzwiami betlejemskich domów, nie przestraszył się chłodu i niewygód betlejemskiej stajenki, nie uląkł się nawet krzyża! Ale boi się ludzkiej obojętności, bo wie, że przez nią człowiek skazuje się na pustkę i samotność życia bez Boga - a On nie chce naszej krzywdy. Przed dwoma tysiącami lat, w Betlejem, ludzie jeszcze o tym nie wiedzieli; my dzisiaj - wiemy. Dlatego nie powtarzajmy ich błędu. Otwórzmy drzwi Chrystusowi!

Ks. Mariusz Pohl

 

U źródła

Idąc za blaskiem betlejemskiej gwiazdy uczestniczymy w wielkiej pielgrzymce liczącej miliony ludzi, którzy dziś, w środku nocy, razem z nami przerwali spoczynek i opuścili domy. Dokąd prowadzi nas betlejemska gwiazda? Do źródła najczystszych i największych wartości, jakie są dostępne dla człowieka, do betlejemskiej groty.

Uczestniczyłem dziś w kilku rozmowach, których główną nutą było narzekanie na trudną, szarą, by nie powiedzieć brudną sytuację, w jakiej przychodzi nam przeżyć obecne Święta. Równocześnie przez cały czas zastanawiałem się nad tym, że za kilka godzin spotkamy się przy ołtarzu i będziemy uczestniczyć w niezwykle pięknym, wielkim wydarzeniu.

Jak te dwie rzeczywistości połączyć ze sobą? Myślę, że jest to przeżycie człowieka, który dotarł do samych źródeł Wisły i zanurzył ręce w kryształowej, czystej wodzie, stawiając pytanie: Co się stanie z tą wodą, kiedy ona dopłynie pod Wawel? Co ludzie z tą czystą i piękną wodą uczynią? Wystarczy dwieście kilometrów, aby ta czysta i piękna woda nie nadawała się nie tylko do picia, ale nawet do mycia ulicy. Ta sama woda.

Chrześcijaństwo płynie przez świat dwadzieścia wieków. Jego źródłem jest betlejemska grota. Dwadzieścia wieków ta woda obmywa ludzkie serca i wydobywa z nich to, co jest brudne. Dziś przypomina wodę w Wiśle w naszym mieście. Patrząc na tę brudną wodę można załamać ręce, można zwątpić we wszystko. Wystarczy jednak podejść do źródła, aby zobaczyć, że w nim jest czysta, kryształowa woda, Woda Życia. Źródło wciąż bije i decyduje o życiu tysięcy i milionów ludzi. Betlejemska grota to źródło zbawczej Wody Życia. Dziś Kościół przyprowadza nas do tego źródła. Oto wielki gest zaufania Boga wobec człowieka, a równocześnie wspaniały gest zaufania człowieka Bogu. Oto Józef i Maryja wzór wielkiej, autentycznej miłości męża do żony i żony do męża. Oto wielka, autentyczna radość Rodziców przyjmujących narodziny Dziecka. Oto prawdziwe szczęście w skrajnym ubóstwie.

Chciałbym wam dziś życzyć, aby każdy podszedł do tego źródła i zanurzył w nim swoje serce. Zaczerpnijmy z niego te wielkie wartości, które są w stanie ocalić każdego z nas i cały świat. To źródło wciąż bije, jest tak obfite, że potrafi ożywić cały świat.

Stoimy przy ołtarzu. Dokonuje się tu to samo misterium betlejemskiej groty. Będziemy uczestnikami wielkiego gestu miłości Boga wobec nas. Pamiętajmy, że choćby świat pokryły ciemne chmury, w betlejemskiej grocie wciąż bije źródło zbawczej miłości Boga. Kto do niego dotrze, nie zginie, ale żył będzie na wieki.

Ks. Edward Staniek

 

Radość wielka

Święta noc Bożego Narodzenia to noc najradośniejszego orędzia, jakie kiedykolwiek usłyszała ludzkość. Posłaniec z nieba ogłosił: „Zwiastuję wam radość wielką. Dziś (...) narodził się wam Zbawiciel". Gromadzimy się razem z milionami ludzi, którzy czuwają tej nocy, aby ponownie przeżyć głęboką treść tego orędzia: „narodził się wam Zbawiciel".

Niech ta wiadomość dotrze dziś do szpitalnych sal, do łóżka każdego chorego człowieka, do ludzi zmęczonych cierpieniem: „Narodził się wam Zbawiciel". On jest jeden jedyny, który potrafi nadać sens cierpieniu. On jeden jedyny, który potrafi przeprowadzić człowieka przez mękę. Wystarczy w Niego uwierzyć, by ze szpitalnego łóżka słabą ręką można było dosięgnąć nieba. „Narodził się wam Zbawiciel".

Niech słuchają tych słów sieroty. Niech otrą gorzką łzę spływającą po smutnym obliczu. Niech usłyszą te słowa mieszkańcy domów dziecka, zakładów wychowawczych, dzieci cuchnących melin, wyziębłych z powodu braku miłości mieszkań: „Narodził się wam Zbawiciel" - Ojciec dla sierot. Przybył, aby budować dom dla bezdomnych, by znaleźć matkę i ojca, którzy przygarną porzucone dziecko. Przybył, aby uczynić możliwym to, co dla nas niemożliwe, aby spełnić najgłębsze pragnienie ludzkiego serca, pragnienie rodzinnej miłości. „Narodził się wam Zbawiciel".

Niech się zamienią w słuch ludzie, którzy przymierają z głodu, którym rozpacz zagląda w oczy, bo paraliżuje ich widmo niezapłaconego mieszkania, dług za gaz, światło i ogrzewanie. Ci, którzy niespokojnie spoglądają na termometr za oknem, bo dziecko nie ma wystarczająco ciepłego ubrania. „Narodził się wam Zbawiciel". Sam ubogi i zziębnięty. Sam bezdomny, w cudzej stajni, przybył, aby przeprowadzić biednych przez pustynię ubóstwa i wprowadzić do krainy miodem i mlekiem płynącej. „Narodził się wam Zbawiciel".

Słuchajcie uważnie wszyscy samotni, w których drzwi już od miesięcy, a może i od lat, nikt nie zapukał. Oto puka On. „Narodził się wam Zbawiciel". Stoi, puka i prosi o przyjęcie. Uleczy samotność. Otwórzcie, porządek zrobicie już razem. On nie przerazi się pustką samotności. On ją uleczy. „Narodził się wam Zbawiciel".

Niech ta wiadomość dotrze do więziennych cel. Do ludzi zniewolonych przez nałogi, do przygniecionych wyrzutami sumienia. „Narodził się wam Zbawiciel". Nie ma takiego grzechu, by nie przebaczył, nie ma takiej winy, aby nie ułaskawił, nie ma takiej pomyłki, aby jak ojciec nie przygarnął marnotrawnego syna. Wystarczy zawierzyć, wyciągnąć do Niego rękę prosząc o przebaczenie. Wesprzeć się na Jego wszechmocy. „Zwiastuję wam radość wielką. Narodził się wam Zbawiciel".

Niech ta wiadomość dotrze do walczących. Zwaśnionych narodów, państw, ludów, sąsiadów, małżonków i rodzin. Oto Książe Pokoju, wystarczy odłożyć broń, rozluźnić zaciśniętą pięść, uścisnąć Jego dłoń. Przynosi pokój i pojednanie. „Narodził się wam Zbawiciel".

Niech to orędzie usłyszą zniewoleni przemocą polityczną, gospodarczą i społeczną. Zbawiciel wyzwala miłością. Niech to usłyszą zniewoleni przez błędne informacje w telewizji, prasie i opinii publicznej. Zbawiciel wyzwala prawdą. „Narodził się wam Zbawiciel".

Niech to usłyszą ci, którzy spoczywają w grobie, których ciało traci tożsamość i zamienia się w ziemię. „Narodził się wam Zbawiciel". On wyprowadzi z krainy śmierci. On ubierze was w ciało nieśmiertelne.

To nie jest demagogia. To nie są piękne hasła. To jest rzeczywistość. To ona nas tu zgromadziła. Mamy Zbawiciela, który wyzwala nas z wszelkich doczesnych form zniewolenia. To orędzie rozbrzmiewa dwadzieścia wieków. Błogosławiony, kto weń wierzy. Kto spotkał Chrystusa jako Wybawiciela, kto przeżył i odkrył w Nim i z Nim prawdziwy smak wolności. Jest tylko jeden jedyny warunek. To orędzie realizuje się o tyle, o ile ludzie w Niego uwierzą.

Zabrakło nam wiary w Chrystusa Zbawiciela. Próba budowy życia bez Niego się nie udaje. Oto dziś ponownie trzeba odkryć, że wiara w Chrystusa jest siłą wolności, jest prawem wolności, jest krainą wolności.

Składamy sobie życzenia. Życzę wam tej wolności wewnętrznej, otwartej na wieczność. Tej wolności, która od Boga pochodzi i której nie potrafi odebrać żadna siła doczesna. Życzę wam, abyście w Chrystusie odkryli swojego Zbawiciela; Tego, który daje prawdziwą wolność przerastającą wszelkie wyobrażenia i wszelkie ludzkie pragnienia wolności.

Wyjdźcie dziś z Chrystusem w sercu i z wolnością, która pozwala spojrzeć w przyszłość, i z podniesionym czołem, bez obawy, że jakakolwiek trudność doczesna jest w stanie nas pokonać.

„Zwiastuję wam radość wielką: narodził się wam Zbawiciel. Chrystus Pan".

Ks. Edward Staniek

 

NARODZENIE PAŃSKIE

„Zajaśniał nam dzień święty, pójdźcie, oddajcie pokłon Panu" (Lekc.)

Liturgia dwóch pierwszych mszy Narodzenia Pańskiego wysławia przede wszystkim narodzenie Syna Bożego w czasie; natomiast liturgia trzeciej mszy odnosi się do Jego narodzenia odwiecznego w łonie Ojca. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo" (J 1, 1). Bóg jako Ojciec sprawił, że Słowo istniejące zawsze, a na początku czasu będące narzędziem dzieła stworzenia, w pełni czasów „stało się ciałem i zamieszkało między nami" (tamże 14). Niesłychana i niewysłowiona tajemnica. Nie jest ona jednak mitem czy figurą, lecz udowodnioną rzeczywistością historyczną: „I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy" (tamże). Ewangelista znał Jezusa i żył z Nim, słuchał Go, dotykał i uznał w Nim odwieczne Słowo wcielone w nasze człowieczeństwo. Wielkie rzeczy przepowiedziane przez proroków odnośnie do Mesjasza, są niczym wobec rzeczywistości Boga, który stał się ciałem.

Jan odsłania nieco zasłonę tajemnicy: Syn Boży przyjmując ciało stanął na równi z człowiekiem, aby go podnieść do swojej godności: „Wszystkim, którzy Go przyjęli, dał moc, aby się stali dziećmi Bożymi" (tamże 12). Jednak nie tylko to, Chrystus bowiem przyjął ciało, aby Boga uczynić dostępnym dla człowieka i dać mu Go poznać: „Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył" (tamże 18). Św. Paweł podejmuje i rozwija tę myśl: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg... przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna" (Hbr 1, 1-2). Prorocy przekazywali słowo Boga, lecz Jezus jest samym Słowem, Słowem Boga; Słowo, które ciałem się stało, przekłada Boga na język ludzki, objawiając przede wszystkim Jego nieskończoną miłość ku ludziom. Prorocy głosili cudowne rzeczy o miłości Boga; lecz Syn Boży wcielił tę miłość i ukazał, jak ona żyje i działa w Jego osobie. To „Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie" (Łk 2, 12) mówi ludziom, że Bóg miłuje ich tak, iż dał dla ich zbawienia swojego Jednorodzonego. To posłannictwo ogłoszone kiedyś pasterzom przez aniołów, ma być zaniesione dzisiaj do wszystkich ludzi - szczególnie do biednych, pokornych, wzgardzonych, uciśnionych - już nie przez aniołów, lecz przez wierzących. Na cóż bowiem przydałoby się obchodzić Narodzenie Jezusa, jeśliby chrześcijanie nie umieli głosić Go braciom własnym swoim życiem? Ten świętuje prawdziwie narodzenie Pańskie, kto przyjmuje do siebie Pana z wiarą i miłością coraz gorętszą, ten, kto pozwala Mu narodzić się i żyć we własnym sercu, aby mógł objawić się światu poprzez dobroć, łaskawość i oddanie wszystkich w Niego wierzących.

  • Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło... albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: „Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książe Pokoju" (Izajasz 9, 1. 5).
  • O błogosławione to narodzenie, kiedy Dziewica-Matka, za sprawą Ducha Świętego, wydała na świat nasze zbawienie, a Dziecię, Zbawiciel świata, ukazał nam boskie oblicze! Niechaj wyśpiewują wysokie nieba, śpiewajcie wszyscy aniołowie! Wszelka moc, jaka istnieje we wszechświecie, niechaj śpiewa na chwałę Bogu; niech nic milczy żaden jeżyk, a każdy głos niech się dołączy do chóru. Oto Ten, o którym wieszczowie śpiewali w dawnych wiekach, a prawdziwe pisma proroków zapowiedziały, Ten, obiecany kiedyś, ukazuje się. Niechaj Go chwalą wspólnym głosem wszystkie rzeczy! (Aurclio Prudenzio).
  • O Boże, Ty w przedziwny sposób stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i w jeszcze cudowniejszy sposób odnowiłeś jego godność przez przyjście Twojego Syna, dozwól nam uczestniczyć w Bóstwie Tego, który raczył przyjąć naszą ludzką naturę.
    W Nim, Chrystusie Jezusie, jaśnieje dzisiaj pełnym blaskiem tajemnicza wymiana, dzięki której zostaliśmy odkupieni: Słowo przyjęło naszą słabość, człowiek zaś śmiertelny został podniesiony do wiecznej godności i zjednoczony z Tobą, Ojcze Święty, w przedziwnej łączności, dzieląc z Tobą życie nieśmiertelne (Mszał Polski: kolekta i 3. prefacja).
  • O słodkie Dziecię z Betlejem, spraw, abym przystąpił z gorącą duszą do tej głębokiej tajemnicy narodzenia. Udziel sercom ludzkim tego pokoju, jakiego szukają niekiedy w sposób tak bezwzględny, a przecież tylko Ty go dać możesz. Pomóż nam poznać Cię lepiej i żyć po bratersku, jak dzieci jednego Ojca, Ukaż nam swoją piękność, świętość, czystość. Wzbudź w naszym sercu miłość i wdzięczność za Twoją nieskończoną dobroć. Zjednocz nas wszystkich w miłości i daj nam Twój niebieski pokój (Jan XXIII).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. I, str. 150

 

Paradoksalnie: choć pasterze znajdują Dziecię Jezus, nie czynią tego sami z siebie, ale dlatego, że Bóg sam wzywa ich dobrocią i miłością, posyła do nich aniołów. Każde dobre poruszenie w naszych sercach jest Jego wezwaniem, za którym podążając, zostajemy odrodzeni i odnowieni w Duchu Świętym. Bóg Ojciec „wylał Go na nas obficie przez Jezusa Chrystusa". Nie lekceważmy Bożego działania w nas, ale odpowiedzmy Bogu z miłością, na którą oczekują także nasi bliźni. Wróćmy do domu, do swoich, „wielbiąc i wysławiając Go za wszystko, co usłyszeliśmy i zobaczyliśmy" podczas tej Eucharystii.

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002, s. 114

„Wielokrotnie i na różne sposoby" przemawiał do nas Bóg. „W tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna." Jezus jest Słowem, które było na początku dzieła stworzenia, kiedy świat był w chaosie. Słowo Boga odwiecznego wyprowadza nas z nieporządku, oddziela w naszych sercach ciemność od światłości, aby „ciemność nas nie ogarnęła". Jezus jest „światłością prawdziwą, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi". Nie brakuje nam łaski, którą otrzymaliśmy z Jego pełni. On hojnie udziela się każdemu na tyle, na ile pragniemy Go mieć za Ojca. Eucharystia jest zadatkiem życia wiecznego, w którym będziemy oglądać Boga twarzą w twarz.

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002, s. 118

http://mateusz.pl/czytania/20081225.htm


Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Wigilia Świąt Narodzenia Pańskiego.

środa, 24 grudnia 2008 0:53
 Zachariasz, uwolniony z więzów niewiary, napełniony Duchem Świętym, wyśpiewuje proroczy hymn błogosławieństwa. Oto już Pan przychodzi, nawiedza i wyzwala swój lud, bo jest Bogiem bogatym w miłosierdzie. Możemy służyć Mu bez lęku, w pobożności i sprawiedliwości, tak jak On tego chce. Dzisiejszy wieczór wigilijny, spędzony zwykle w gronie najbliższych, pozwala nam pozostawić to, co nas wiąże, przełamać chlebem to, co nas dzieli, aby później wspólnie wyśpiewać Bogu miłość - zawsze wzajemną. Niech dzisiejsza rodzinna celebracja pozwoli nam głęboko przeżyć tajemnicę Narodzenia. Jak pasterze, tak i my możemy udać się do maleńkiego Jezusa, aby zostać przez Niego obdarowani - każdy tą łaską, której najbardziej potrzebuje i pragnie.

Ks. Jakub Szcześniak, „Oremus", Adwent - oktawa Narodzenia Pańskiego 2002,

s. 100

 

BÓG Z NAMI

„Jutro będzie zgładzona nieprawość ziemi i Zbawiciel świata biedzie panował nad nami" (Lekc.)

Wśród wszystkich dzieł, jakich Bóg dokonał w czasie i poza sobą, zbawcze Wcielenie Słowa jest największe. Jest największe, ponieważ jego celem nie jest zwykłe stworzenie, choćby najbardziej wzniosie, lecz sam Bóg, Słowo odwieczne, które przyjmuje w czasie naturę ludzką. Jest największe, ponieważ jest najwyższym objawieniem miłosiernej miłości Boga oraz dziełem, które oddaje Mu większą chwalę niż każde inne, uwielbiając Go właśnie w odniesieniu do miłości, stanowiącej istotę Boga. Jest, na koniec, największe ze względu na niezmierne dobro, jakie przynosi ludziom: odpuszczenie grzechów, zbawienie i szczęśliwość wieczna całego rodzaju ludzkiego zależą w zupełności od Wcielenia Słowa, od Jezusa, Słowa wcielonego.

Bóg Ojciec wybrał nas „w Nim przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie, jako przybranych synów, przez Jezusa Chrystusa... w Nim mamy odkupienie... według bogactwa Jego łaski... Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia... razem też wskrzesił i posadził na wyżynach niebieskich" (Ef 1, 4-7; 2, 4-6).

Jezus, Słowo wcielone, jest jedynym źródłem zbawienia i świętości. „On jest obrazem Boga niewidzialnego" (Kol 1, 15), „jest człowiekiem doskonałym, który przywrócił synom Adama podobieństwo Boże, zniekształcone od czasu pierwszego grzechu" (KDK 22). Bez Chrystusa człowiek nie mógłby nazywać Boga imieniem Ojca, nie mógłby Go kochać jak syn ani ufać, że będzie dopuszczony do współżycia z Nim; nie byłoby ani łaski, ani „widzenia uszczęśliwiającego". Człowiek bez Jezusa byłby zamknięty w granicach życia czysto ludzkiego, pozbawionego wszelkich nadprzyrodzonych horyzontów, tak w czasie, jak i w wieczności.

  • O Miłości najwyższa i przemieniona! O boskie widzenie! O Niewysłowiony! Kiedy, o Jezu Chryste, dajesz mi poznać, że dla mnie się narodziłeś, czynisz mi wielki zaszczyt udzielając mi tego zrozumienia! Prawdziwie, widzieć i rozumieć, że się narodziłeś dla mnie, jest powodem rozkoszy nad wszelki wyraz. Pewność, jaką nam daje Wcielenie, jest taka sama, jak ta, która płynie z Narodzenia: dla jednego i tego samego celu Słowo stało się ciałem i narodziło się. O Przedziwny, jak cudowne są dzieła, których dokonałeś dla nas! (Bł. Aniela z Foligno).
  • Pospiesz, o Jezu, oddaję Ci moje serce. Dusza moja jest biedna i nie ma w niej cnót. Słomiane źdźbła moich niedoskonałości będę Cię kłuły i będziesz płakał, lecz, o mój Panie, co mam zrobić: oto wszystko, co posiadam. Wzrusza mnie Twoje ubóstwo, rozczula, wyciska z oczu łzy... o Jezu, niech Twoja obecność upiększy moją duszę; ozłoć ją swymi łaskami, spal te słomę i przemień ją w miękkie posianie dla Twego najświętszego ciała.
    Jezu, czekam na Ciebie. Źli ludzie Cię odepchnęli. Na dworze wieje lodowaty wiatr... przyjdź do mego serca. Jestem biedakiem, ale Cię ogrzeję, jak tylko potrafię. Niech ucieszy Cię przynajmniej moje pragnienie godnego przyjęcia Ciebie, kochania Cię i poświecenia się dla Ciebie. Ty jesteś bogaty, a znasz moje potrzeby. Jesteś płomieniem miłości i oczyścisz moje serce z wszystkiego, co niezgodne z Twoim najświętszym Sercem. Jesteś samą świętością i obsypiesz mnie łaskami przynoszącymi prawdziwy postęp duchowy. Przyjdź, o Jezu, mam Ci tyle do powiedzenia i tyle trosk do powierzenia! Tyle pragnień, tyle przyrzeczeń, tyle nadziei. Chce Cię adorować, ucałować Twe czoło, o mały Jezusku, ofiarować się Tobie raz jeszcze na zawsze. Przyjdź, o Jezu, nic zwlekaj, przyjmij moje zaproszenie, przyjdź (Jan XXIII: Dziennik duszy, rok 1902).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. I, str. 143

 

http://mateusz.pl/czytania/20081224.htm



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (2) | Powiedz coś...

"Gwiazda jeszcze nie spadła..."

wtorek, 23 grudnia 2008 21:44



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...

Kazanie ks. Marka Bałwasa w kościele NSPJ w Turku, 14.09.2008

niedziela, 21 grudnia 2008 20:54

Krzyż...

Ile razy ten znak kreśliłeś na swoim ciele?

Ile razy, od urodzenia do śmierci człowiek ten znak czyni?

Może już uleciało z pamięci jak mama, tata, może babcia albo dziadek brali twoją prawą dłoń i prowadzili ją do czoła, potem do piersi i do dwóch ramion, mówili „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego".

Ile razy w życiu uczyniłeś znak krzyża? A ile razy czynisz go dzisiaj?

Może to jest tylko wtedy, kiedy jesteś w kościele, bo tutaj wszyscy tak robią.

Czasami to wygląda tak dość magicznie... Różne te znaki krzyża robimy. Potem coś tam odmalujesz na czole, też niby to krzyż, ale czy to do krzyża podobne?


Pamiętam jak byłem w tym roku w Ziemi Świętej, gdy byliśmy na lotnisku, dwóch muzułmanów, gdy przyszła godzina modlitwy, wyjmują ze swojej walizki dywanik, rozkładają go w kącie na lotnisku, klękają w stronę Mekki, zdejmują buty, głowę skłaniają do ziemi i w takiej postawie się modlą. Nie patrzą na to, że tłum ludzi na lotnisku, że wszyscy się gapią; nic ich to nie obchodzi, dla nich najważniejsza jest modlitwa, przyznanie się do tego, że ich bogiem jest Allach.

Później, gdy samolot startował, niewielu było tych, którzy uczynili znak krzyża. Dlaczego? Czy to nie są chrześcijanie, katolicy? Wstydzą się znaku krzyża.

A czy ty nie wstydzisz się tego znaku? Kiedy w restauracji, w autobusie, w samochodzie, kiedy uczyniłeś, uczyniłaś znak krzyża? „No co ksiądz oszalał?!"- Nie.

Dzisiaj ludzie powtarzają sobie pytanie jak dać świadectwo, że jestem wierzący, jak mówić o Panu Bogu; bo jak się zaczyna poruszać temat wiary, Jezusa, to zaraz wszyscy patrzą jak na wariata, jakiś nawiedzony, niewiadomo skąd.

Nie musisz wiele robić; uczyń znak krzyża- przeżegnaj się przed jedzeniem w restauracji, przed podróżą- nie wstydź się; bo „Kto się do Mnie przyzna przed ludźmi- mówi Jezus- do tego i Ja przyznam się przed Moim Ojcem; ale kto się zawstydzi Mnie przed ludźmi, tego i Ja wstydził się będę przed Moim Ojcem."


A może te słowa z dzisiejszego czytania dotyczą ciebie- „W owych dniach podczas drogi lud stracił cierpliwość..."- może ty też już straciłeś, straciłaś cierpliwość do Pana Boga- „Panie Boże, już mam Cię dość! Uprzykrzyło mi się to życie! Już mi tak ciężko! Już mi tak trudno! Już mam dosyć, już nie mam siły, już nie dam rady, więcej już nie wytrzymam!"

„I tak szemrali Izraelici przeciwko Bogu. I zesłał Pan Bóg na nich węże o jadzie palącym...", i dopiero zrozumieli że są zależni od Boga, i poszli do Mojżesza- „ratuj nas, zgrzeszyliśmy przeciw Bogu, szemraliśmy". I modlił się Mojżesz, i dał im Pan Bóg węża z brązu, i kto na niego spojrzał zostawał przy życiu.

I dał nam Bóg swojego Syna, bo już bardziej nie mógł nam pokazać, że nas kocha.

Dał nam swojego Syna, który pozwolił się przybić do krzyża zamiast ciebie.

I na krzyżu wisi Jezus, a powinieneś wisieć ty i ja, za nasze grzechy; a wisi Jezus.

Miał tylko jeden jedyny powód dla którego dał się przybić do krzyża- bo tak bardzo ciebie kocha i to miłość Boga do człowieka zaprowadziła go na krzyż, „Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna Swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne."


Każdy z nas niesie swój krzyż. Ludzie często patrząc na mnie na wózku mówią: „O matko, jaki biedny ksiądz, zmarnowane życie..." wtedy głośno naprawdę mówię „Nie!" Ja nie potrzebuję litości, nie potrzebuję użalania się nade mną, ja potrzebuję tylko miłości, normalności, to, czego każdy z nas pragnie, normalnego podejścia do życia.

Każdy z nas ma swój krzyż, dopasowany tylko i wyłącznie do nas, każdy z nas ma swoje własne życie. I nie masz za ciężkiego krzyża, gdyby ci się wydawało że masz najcięższy ze wszystkich, to nie masz najcięższy, (sic!) popatrz na tych, którzy mają gorzej.

Ja, gdy w Internecie zobaczyłem film o człowieku, który się urodził bez nóg i bez rąk, taki się urodził, to gdy popatrzyłem na niego, mówię „O Boże, dziękuje Ci za to, co ja mam", bo ja mam jeszcze sprawne ręce, a ten człowiek nie miał nic, nie miał nóg, nie miał rąk i chwalił Boga, chwalił Boga za to, że dał mu dar życia, że ludzie mogą być dotknięci nawet przez uśmiech, przez jego uśmiech. I wielu ludzi Pan Bóg dotyka także przez mój uśmiech, i może dotknąć przez twój uśmiech, i może dotknąć innych ludzi przez twój znak krzyża, którego się nie będziesz wstydził.


Nie wstydźmy się krzyża, bo tylko pod tym krzyżem, pod tym znakiem Polska będzie Polską, a Polak, Polakiem.


Amen.



Podziel się
oceń
0
0

Tylu zabrało głos... (0) | Powiedz coś...



PORTAL KATOLICKI




Portal chrześcijański Angelus.pl

poniedziałek, 24 lipca 2017

Wędrowcy...:  372 958  

A czas płynie...

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Żebym wiedziała czy warto było...






Zobacz co sądzą inni...

Strony, które gorąco polecam.

Duszpasterstwa akademickie

Fundacje i Organizacje Pożytku Publicznego

Katolickie rozgłośnie radiowe

Masturbacja, pornografia i inne zagrożenia dla Miłości i czystości

Muzyka

Parafie

Prasa katolicka

Strony i serwisy katolickie

Warto posłuchać, warto przeczytać, warto zobaczyć...

Zgromadzenia zakonne

ekumenizm.pl


Szukaj a znajdziesz...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Tylu zatrzymało się na chwilę...: 372958
Tyle już powiedziałam...
  • liczba: 567
  • komentarze: 1565
Tyle już pokazałam...
  • liczba zdjęć: 202
  • komentarze: 59
Ad urbe condita...: 3620 dni

Lubię to